Wizja kultury

2011.07.10

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Richard M. Weaver

Sama idea kultury koliduje ze ślepym progresywizmem, przez który rozumiem taki stan umysłu, który mierzy wszystko jedynie za pomocą liczb i linearnego wzrostu. Ponieważ kultura funkcjonuje w sferze jakości i nie oferuje coraz okazalszych wielkości, lecz coraz bardziej wyrafinowane i intensywne uczucia, angażuje ducha znajdującego się poza myśleniem tych, którzy pozwolili, by ich umysły zdominowały materialne kategorie. Prędkość i masa – właściwie slogany współczesnej zachodniej cywilizacji – są antytezami kultury.

Nikt nie zaprzeczy istnieniu szeroko pojętego dyskursu nad upadkiem kultury zachodniej, choć opinie dotyczące jego realiów znacznie różnią się między sobą. Od ponad półwiecza kwestia ta obecna jest w pracach filozoficznych. Do popularnej dyskusji wprowadził ją szok I wojny światowej, więc dziś można na nią natrafić, choć zazwyczaj w formach frywolnych, na szpaltach prasy codziennej. To, że idea upadku nie przetrwała jedynie w uporczywy sposób, lecz coraz bardziej sączy się do współczesnej świadomości, jest kulturowym i społecznym faktem wielkiej wagi, czego nie można przeoczyć pośród znaków czasów.

Próby odrzucenia owej idei często idą w kierunku uproszczonej oceny stanu ducha krytyka. Uważa się, że ci, którzy twierdzą, iż nasza kultura chyli się ku upadkowi, to ludzie nieustannie lękający się przyszłości, gdyż stracili odwagę pośród zawiłości wieku przemian, lub cierpią z powodu nostalgii. Utrzymuje się, że obecność takich osób nie jest niczym szczególnym dla obecnego wieku, stąd też ich ostrzeżeń nie należy traktować jako poważnego znaku pogorszenia naszego sposobu życia. Wynika to z przekonania, że właściwie ukształtowany człowiek przyjmuje pełną wigoru postawę wobec rzeczy; podąża za zmianami, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, że zmiana i rozwój są prawem życia, i choć niektóre cenione instytucje znikają, w ich miejsce powstają następne wyłaniające się w procesie tworzenia. Stronnicy takiego poglądu pośpiesznie ripostują, że świat zamiast stawać się gorszym, zmienia się na lepsze, i że jest prawdziwie obywatelskim obowiązkiem wierzyć w to i rozgłaszać.

Niepoważni optymiści

W ten sposób dwie dalece przeciwstawne opinie są regularnie prezentowane społeczeństwu. Warto zauważyć, że obie można wesprzeć. Tak więc, twierdzi się, że nasza kultura podupada, twierdzi się też, że kwitnie i się rozwija. Lecz oba argumenty nie mogą być jednakowo słuszne. Kiedykolwiek podda się weryfikacji tendencje o wielkiej skali, fakty wzięte z powierzchownego źródła i fakty z głębszego mogą wskazywać na konflikt lub przeciwne kierunki. Jak dwie masy powietrza, jedna poruszająca się przy ziemi, a druga wysoko nad nią, przez chwilę mogą podążać w przeciwne strony. Jeśli czyta się z wierzchołka zjawiska, można dostrzec wiele oznak pewności, którym zaprzeczy spojrzenie w dół. Prawdziwym problemem w tym sporze jest ten, który wypływa z głębi konsekwencji. Jednak żadna konsekwencja się nie pojawi, jeśli nie wyrazi się chęci kontemplacji porządku ludzkich wartości. Natura i właściwy cel człowieka stanowią centrum każdej dyskusji, nie tylko co do tego, czy pewna kultura słabnie, ale też czy warto ją zachować. Dopiero kiedy dotrzemy do sedna konsekwencji, ujrzymy prawdziwą różnicę między stronami tego sporu. Ci, którzy twierdzą, że wszystko idzie wystarczająco dobrze, i że się rozwija, są niepoważni w tym sensie, że odmawiają spojrzenia na rzeczy poważne. Gromadzą dane o nowatorskim, błyskotliwym czy przejściowym rodzaju rozwoju, który często rzeczywiście wykazuje pewnego rodzaju witalność, przy jednoczesnym braku kierunku i bezcelowości. Ich dane bywają ilościowe, jeśli nie w stylu społecznych naukowców, to publicystów, czyli: coraz więcej osób posiada adaptery, coraz więcej książek wypożycza się z bibliotek, i tym podobne. Ignorują oni głębokie źródła tych tendencji, co może z łatwością wyświadczyć bezwartościową przysługę wszelkim osiągnięciom powyższego rodzaju. Krótko mówiąc, ich poszukiwanie faktów jest powierzchowne i uproszczone, a ich deklaracje niejednokrotnie wygłaszane krzykliwym tonem, który sam w sobie stanowi słabą stronę ich sprawy.

Ponadto, jest pewne, że niektórzy, jeśli nie liczni obrońcy tego optymistycznego stanowiska, mają żywotny interes w zainteresowaniu „postępem” lub obecnych trendach. Kontynuacja tych ostatnich oznacza dla nich reputację i pieniądze. Dlatego godzą się na nie jako zwolennicy, w zamian oczekując zapłaty. Zachodzi wiele procesów dezintegracyjnych, które natychmiast stają się dochodowe dla tych, którzy angażują się w ich promowanie, a jest ludzką słabością pragnąć nawet nieuczciwie zdobytych nagród. Toteż nie nazwiemy nadmierną krytyką przyjrzenia się z bliska sytuacji tych, którzy argumentują za doskonałością nowoczesności, aby przekonać się, czy nie czerpią konkretnych dochodów z owych osiągnięć. Nie tylko reklama i dziennikarstwo, lecz i znaczny obszar edukacji zapraszają dziś do tego rodzaju weryfikacji.

Kiedy przejdziemy do drugiego poglądu, odkryjemy, że w przeważającej mierze reprezentują go osoby zatroskane naturą człowieka i problemem wartości. Są to ludzie o zdefiniowanych poglądach na temat dobra i zła, posiadający zdolność poczucia smaku i sumienia, które można obrazić. Co więcej, zazwyczaj mają wiedzę historyczną, dzięki której nowość nie zawsze stanowi dla nich oryginalność czy też śmiałą wyprawę za horyzont. Jeśli są konserwatystami, to dlatego, że poznali prawdę maksymy „Dobro jest trudne”, i wiedzą, jak kuszącym jest jej obejście. Z obserwacji wiem, jak bardzo cierpią tacy ludzie. Ich cierpienie nieraz służy do ich potępienia, jakby niemoc osiągnięcia spokoju sumienia była sprawą podlegającą oskarżeniu. Lecz tylko ci, którzy zdolni są do rozróżniania i wyrażania uczuć przeciw rzeczom, mogą być strażnikami kultury. Dlatego też cieszy mnie trafna ocena naszych czasów, wyrażona przez T.S. Eliota, w której stwierdził, że „nasza epoka jest schyłkowa; standardy kultury są niższe niż przed pięćdziesięcioma laty, a dowody tego schyłku są widoczne w każdej dziedzinie ludzkiego działania” (( T.S. Eliot, „Notes Toward the Definition of Culture”, New York 1949, s. 17. )) .

Innym sposobem na zrozumienie tego konfliktu opinii jest rozpoznanie faktu, że „optymiści” mają po swojej stronie współczesną retorykę, nawet jeśli „pesymiści” mają dowód. Obecny świat ze wspaniałym rozmachem podąża w obranym przez siebie kierunku i wiele zwrotów naszego codziennego słownictwa to określenia w sposób ukryty wyrażające zgodę na nowoczesne tendencje. Opisywanie ich powszechnie używanym językiem oznacza ich wspieranie, podczas gdy sprzeciwianie się im jest wprowadzaniem słów przywodzących na myśl na wpół zapomniane prawdy powodujące niepokojący rozdźwięk. I tak, znaki oraz prawdopodobieństwa są po stronie „optymistów”. Sposób wyrażania też nie stanowi dla nich trudnego zadania. Mając pod ręką wiele gotowych określeń, zyskują przewagę retoryków obiegowego języka oraz zestaw „przesądów” w umysłach większości. Celem tej pracy jest dostarczyć retoryki wraz z dowodem w celu wykazania, że obecny kurs naszej kultury nie jest sposobnością do samozadowolenia, lecz do krytyki i możliwej rekonstrukcji. Wymaga to zmierzenia się retoryki wyprowadzonej ze szczegółów z retoryką opartą na definicji i analizie przypadku.

Między bezmyślnym zachwytem a dekadencją

Spodziewam się kolejnego zarzutu: że wszystkie wieki są wiekami niepokoju, po prostu dlatego, że w pewnym sensie wszystkie są wiekami przemian. Ponieważ przemiana jest przejściem ku nieznanemu, stopień zalęknienia przed tym co niepewne, nieukształtowane i wątpliwe jest naturalny. Choć to uogólnienie zawiera jakąś prawdę, byłoby absurdem powiedzieć, że każda epoka w historii kultury jest równie zdrowa i owocna, tak samo jak stwierdzić, że każdy okres w życiu jednostki jest tak samo szczęśliwy. Byłoby też intelektualnym i moralnym sceptycyzmem przeczyć, że pewne okresy są wyraziste jako kryzysy, a zaniepokojona świadomość współczesnego człowieka ustępuje pola przekonaniu, że nasza epoka do takich należy.

Istnieje więc wielka potrzeba rewizjonistycznego spojrzenia na to, co znamy jako nowoczesność. Bezmyślna akceptacja wszystkiego co nowoczesne – przy jednoczesnym rozpadzie starych wzorców – jako lepszego od tego, co je poprzedzało, bądź przyjęcie Spenglerowskiej tezy o nieuniknionym upadku, jakkolwiek wyczerpującej i intelektualnie poważnej, nie stanowi prawdziwego dylematu dla człowieka, który pragnie rozeznać się w kulturze naszych czasów. Jest propozycja pewnego trzeciego wyboru, zawierająca podstawowe zasady, gdzie wolna wola i wysiłek prowadzą do twórczych rezultatów. Przynajmniej wyobraźnia naszych czasów nie może pozostawić tej możliwości niezbadaną.

Należy powiedzieć jeszcze jedno na temat relacji krytyka do jego kultury. Istnieje opinia, bynajmniej nie do odrzucenia, że kultura jest jak braterstwo: albo do niej należysz, albo nie. Jeśli tak, możesz coś zrobić, by trwała poprzez twoje życie zgodne z jej zasadami. Jeśli nie, nic nie możesz poradzić, poza być może opisaniem jej z oddali, jednocześnie nie dostrzegając jej prawdziwego Innigkeit [intymności – przyp. tłum.]. Takie założenie wyklucza wsparcie kultury od zewnątrz lub jakąkolwiek świadomą pomoc. Jeśli do niej należysz, żyjesz nią i według niej; jeśli żyjesz poza nią, odkrywasz przepaść nie do pokonania, poza sporadycznymi, powierzchownymi kontaktami. Kultura jest „kulturotwórcza”. Kiedy więc traci wolę do życia, służenie jej od zewnątrz nie ma sensu.

Lecz patrząc na rzecz wnikliwiej, można być poza kulturą na wiele sposobów. Człowiek znajduje się poza nią dlatego, że po prostu w pewnym sensie urodził się poza jej nawiasem i nie otrzymał wychowania w niej. Ludzie w takiej sytuacji stają się swego rodzaju „obcymi”, barbaroi, jak nazywali ich Grecy, „tymi, którzy mówią obcym językiem”. Z pewnością, nieposługiwanie się językiem kultury w sensie przenośnym oznacza doznawanie faktycznego wykluczenia. Osoby takie są wyobcowane, nawet jeśli należą do wyższej kultury o wyższym stopniu rozwoju. Człowiek innej kultury reprezentuje odmienną intelektualną i moralną postawę, i poza przypadkami utalentowanych jednostek, którym potrzeba długiego czasu do zasymilowania się, nie istnieje przejście ani jakiekolwiek jego prawdziwe pragnienie. Ludzie innej kultury są outsiderami i nie oczekuje się od nich niczego więcej niż od życzliwego nieznajomego, choć czasem pojawia się krytyczna wartość w spojrzeniu z zewnątrz.

Jednakże istnieje jeszcze inny typ outsidera, który żywi nadzieję zrobienia czegoś z kulturą, która słabnie. Jest uczestnikiem, który do pewnego stopnia wyobcował się z niej poprzez studia i refleksje. Niczym mędrzec; jest w niej, lecz nie cały z niej. Zdobył wiedzę i rozwinął nawyki myślenia, które pozwalają mu oglądać i oceniać ją z perspektywy. Nie utracił intuicyjnego rozumienia, które należy do niego, gdyż jest uczestnikiem, lecz coś do niego dodał. Tymczasowe wyalienowanie może być u niego następstwem wytężonego zainteresowania kulturą, lecz na bardziej refleksyjnym poziomie niż u typowego uczestnika. Stał się wystarczająco świadom tego co na zewnątrz, by zobaczyć ją jako system lub jedność. Ta osoba może być kimś w rodzaju doktora kultury; z jednej strony okaleczony przez swój obiektywizm, z drugiej, wspiera go to, co ma: punkt widzenia i świadomość swobody poruszania.

Zaobserwowano pewną zbieżność, że prawie wszyscy przywódcy silnych narodowych ruchów w obecnej epoce byli ludźmi mającymi pewnego rodzaju „zewnętrzne” doświadczenie w swoim wychowaniu lub edukacji. Znali swe narody od wewnątrz, lecz obserwowali je również z oddali. Tak było z Parnellem i Irlandią, Sun Jat-senem i Chinami, Hitlerem i Niemcami, Gandhim i Indiami. Nawet Franco jest „Gallego” – nie był Hiszpanem w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Ci wszyscy ludzie w pewnym momencie byli wystarczająco oddaleni od swych przyszłych narodów, by to, co ujrzeli, zrodziło w nich pragnienie zdefiniowania ich rzeczywistości i świadomości narodowej. Choć byli „doktorami” nacjonalizmu, a nie kultury, ich przypadek wystarczająco pokazuje analogię stanowiącą drogowskaz. Człowiek, który jest po prostu nosicielem swej kultury, nie może być uzbrojony w taki sam sposób, kiedy ma coś zrobić, gdy kultura słabnie. Jego rola może być jedynie prostym aktem; może kroczyć, lecz nie może nauczać. By postawić diagnozę i podjąć leczenie, możemy być zmuszeni zwrócić się do tych, którzy w pewnym sensie okaleczyli się z powodu wycofania, szczególnego rodzaju umysłowej dyscypliny oraz rodzaju fiksacji z powodu zadania hamującego swobodny udział w kulturze (( Przykład tego jest widoczny w relacji akademika do kultury, w której żyje. Może i często jest w niej uczony, ale nie całkiem z niej. Wiele razy miałem odczucie, że dowodem na to jest osobliwa precyzja wypowiedzi profesorów college’u. Zazwyczaj  cierpią ogromne męki, by wydobyć znaczenie z własnych frazesów i wyrazić słowami wszystkie związki myśli. Po części może to być wynikiem zwyczaju upraszczania rzeczy w ich pracy z młodzieżą, ale nie jest to pełne wytłumaczenie. W języku kultury podtrzymywanej przez tradycyjne społeczeństwo pojawia się wiele elizji i elips znaczeń. Nie jest koniecznym ich wyrażanie, ponieważ każdy może uzupełnić to, co zostało opuszczone. Byłoby raczej niezręczną pedanterią umieszczać je w słowach. Ale człowiek, który znajduje się poza tradycją, lub który jest świadomie w pół drogi pomiędzy nią a czymś odmiennym, zaczyna to robić w inny sposób: jej przekonania, wartości i instytucje są dla niego „obiektami” i odnosi się do nich z czymś w rodzaju obiektywnej pełni technicznego opisu. Dlatego profesorowie „brzmią tak śmiesznie”, gdy mówią o czymś, co dla zwykłego człowieka jest codziennym tematem. Zwykły człowiek zastanawia się, dlaczego do nazywania tego, co oczywiste, profesor używa wyłącznie ciężkich zwrotów. To również tłumaczy, dlaczego profesorowie jako klasa są podejrzewani o opozycyjność. Ich mowa nie brzmi jak mowa ludzi mocno zakorzenionych w swej tradycji, co często stanowi sedno sprawy. )) .

Dlatego nie należy uważać za anomalię, lecz raczej za zrozumiałe zjawisko, gdy osoba sama nieszczególnie kulturalna dostrzeże przyczyny osłabiające zdrowie kultury. W ten sposób niekoniecznie ten, kto najbardziej przysłużył się kulturze, będzie miał do powiedzenia najprzydatniejsze rzeczy, gdy pojawią się oznaki rozpadu.

Lecz w jaki sposób może przysłużyć się taka osoba, która – nie będąc wzorem swojej kultury – doświadcza głębokiego poruszenia jej niepokojącą sytuacją? Ze swej mieszanej pozycji prawdopodobnie może rozpoznać wrogie lub destrukcyjne siły. Znów, niczym doktor nie może utrzymać przy życiu przedmiotu swej uwagi, lecz może walczyć ze wszystkim, co przeszkadza mu żyć. Może wskazać: to choroba, to trucizna, a to zła dieta. Jeśli niebezpieczny stan zostanie zażegnany, prawdziwa siła powróci, a cierpiący powinien wyzdrowieć. Oczywiście są granice analogii między ludzką kulturą a organizmem, jednakże kultura jest wytworem w świecie i musi być posłuszna pewnym fundamentalnym warunkom istnienia.

Współczesny zanik kultury

Radykalny punkt widzenia na sprawę narzuca pytanie, czy kultura jako taka jest czymś, co powinniśmy hołubić i bronić. Twierdzenie, że odpowiedź zawsze była twierdząca, oznaczałoby brak krytycyzmu. Teraz, jak i w przeszłości, kultura w znaczeniu tu rozumianym musiała spotykać się z otwartą i ukrytą wrogością. Pewne religie były w znacznym stopniu jej nieprzyjazne, moraliści potępiali ją za frywolność i pobłażliwość, ludzi biznesu niecierpliwiły jej nakazy i „ekstrawagancja”, a określony typ polityków sprzeciwiał się jej jako prowadzącej do „zniewieścienia”. Obecnie panuje dość powszechne odczucie, że kultura „kosztuje zbyt wiele” w tym sensie, że zaspokaja określone apetyty kosztem mas. Gdyby przyjaciołom kultury wolno było poddać sprawę pod powszechne głosowanie, wciąż mogliby wygrać. Nie sądzę jednak, że rozmiar tej większości dodawałby otuchy. Współczesne społeczeństwo wyraźnie nie rozumie ani natury, ani roli kultury, i ogólna umiejętność czytania i pisania nie jest pomocna w tej sytuacji.

Żądanie istnienia kultury jako takiej najlepiej tłumaczy jej geneza. Człowiek jest szczególnym stworzeniem, w tym sensie, że musi żyć z dwiema jaźniami. Jedną z nich stanowi element egzystencjalny, jego prosta, zwierzęca istota, która oddycha, porusza się i odżywia. To jest człowiek bez kompetencji lub upiększenia, organizm żyjący w środowisku. W egzystencji tej jest on bardzo przewidywalnym zwierzęciem, lub byłby gdyby nie druga jaźń, która może mieć wpływ na jego somatyczny wygląd i zachowanie.

Druga jaźń jest wyobrażeniem, w jakiś sposób wyrastającym z jego ducha. Tworzą je pragnienia i nadzieje związane z przeobrażonymi przedmiotami i przypisanymi wartościami. Jest to obraz, któremu subiektywna część naszej istoty siłą rzeczy wiele poświęca, stąd też niebezpieczeństwo próby dosłownego odczytywania go z zewnętrznych faktów. Kultura wyraża się dogłębnie poprzez artystyczne tworzenie i, jak wskazuje Suzanne Langer w swej książce „Problems of Art”, nie możemy wnioskować artystycznej wizji z symptomu. Innymi słowy, zwykłe zauważenie szczegółów bez głębszego wejrzenia i pewnego twórczego wykorzystania wyobraźni nie doprowadzi do zrozumienia kultury.

Zdaje się, że nawet najprymitywniejsi ludzie pragną opisać się w jakiś sposób. Bez zobrazowania, człowiek odczuwa nieznośną nagość w obliczu swego otoczenia i pytań życia. Od takiej nędzy ratują go projekcje, zawierające jego środowisko i cokolwiek zasugeruje jego duch odwołujący się do tajemnicy tkwiącej w rozmyślaniach o stworzeniu. Zajrzyjcie pod powierzchnię najdoskonalszych kultur w historii, a znajdziecie głód i zadziwienie, sięgające nawet pewnego rodzaju melancholii. Nietzsche pokazał, jak bardzo uczucie to pobudzało Greków do tworzenia ich wspaniałego świata iluzji w micie i sztuce. Impulsy podobnego rodzaju można odnaleźć w czasach rozkwitu kultury elżbietańskiej Anglii. Czym bardziej człowiek jest pod wrażeniem tragicznej natury swego losu, tym bardziej dramatyzuje swój związek ze światem. Wysiłek artysty w wytężonej pracy powoduje, że osiąga on takie proporcje, iż jego świadomość pogłębia się, wyrzucając wielkie opiekuńcze wytwory.

Ta ogromna tęsknota człowieka, by być czymś w twórczym sensie, czyli bardziej niż w prosty egzystencjalny sposób lub w redukcjonistycznym wzorze materializmu, jest zarówno uniwersalna, jak i jemu właściwa. To ostatnie można potwierdzić, gdyż człowiek jest jedynym stworzeniem, które zadaje pytanie dlaczego jest tutaj i które odczuwa rozbicie w swej samorealizacji aż nie stworzy pewnego rodzaju odpowiedzi. Pragnienie to reprezentuje coś wyższego i jest żywym składnikiem jego specyficznego człowieczeństwa. Ono stworzyło wszystko: od naszyjnika ze zwierzęcych zębów, którymi prymityw ozdabia swe ciało, do rozbudowanych konstrukcji, które ludzie wysokich kultur uczynili interpretacją sensu życia, a w nim ich misji. Wreszcie jest to punkt, w którym człowiek zmienia czysto utylitarny kurs, czyniąc z siebie istotę posiadającą znaczenie. Oto zaprzeczenie wszelkim uproszczonym historiom i psychologiom, będące jednym z najbardziej sprawdzalnych faktów dotyczących istoty ludzkiej.

Centrum autorytetu

Dotąd nikt nie zdołał dokładnie zdefiniować, w jaki sposób kultura integruje i godzi idee i działania wielu ludzi przez długi czas, ani tym bardziej, jak świadomość tworzy tematyczną ciągłość życia jednostki. Co można powiedzieć, to to, że kolektywna świadomość grupy tworzy sposób patrzenia na świat, bądź docierania do pewnego wyobrażeniowego, wizualnego powodowania. „Widzi’ świat metaforycznie, zgodnie z pewną odczuwaną przez grupę potrzebą, i to pociąga za sobą nakaz, który wskazuje na niezadowolenie z „rzeczy takich, jakimi są”. Oczywiście kultury reagują na różnice dostarczone przez przyrodę, takie jak: morze, rodzaj terenu, gorący lub zimny klimat, które mają moc dawania początku i inicjowania reakcji wyobraźni. Lecz człowiek spotyka się z nimi w połowie drogi, a dalej wędruje z czymś własnym. Tak więc kultury odzwierciedlają różnorodne regiony oraz różnorakie rodzaje historycznych uzdolnień i talentów.

Jednak decydująca jest praca ducha, który zawsze działa pozytywnie poprzez przekształcanie i wykluczanie. Istotą kultury jest odczuwać własny imperatyw i wierzyć we własną wartość. Czyniąc tak, musi ona odrzucić inne „obiektywnie” równie dobre, ale dla niej nieistotne. Kultury synkretyczne, jak synkretyczne religie, zawsze okazywały się dość bezsilne w tworzeniu i oddziaływaniu; nie stoi za nimi ciężar prawdziwej historii. Sama koncepcja eklektycznej religii i kultury wywodzi się od niewłaściwej analogii sugerującej, że mnogość może być lepsza od jedni. Tymczasem kultura bierze samo pragnienie istnienia ze swej jednolitości. Być może jest z tym związana jakaś głęboka siła, która tłumaczy nasze upodobanie do powtarzanych obrazów; czujemy własne potwierdzenie poprzez powtarzanie rzeczy w taki sam sposób, więc odstępstwo od formy jest postrzegane jako bezeceństwo lub ignorancja.

Najwyraźniej jest to powód, dla którego każda kultura w trakcie swej formacji wyznacza kierunki i jej uczestnikom nie wolno ich porzucać. Kary za ich naruszenie nie mogą być inne niż kulturowe, choć czasem zdarzały się kary natury moralnej i prawnej. Prawda jest taka, że jeśli kultura ma przyjąć formę i przynieść satysfakcję – dla których powstaje – nie jest kulturowo możliwe, by każdy robił „jak chce”. W sercu każdej kultury znajduje się centrum autorytetu, które w sposób subtelny, lecz i wszechobecny, wywiera na nas presję, abyśmy dostosowywali się do nakazów i odpierali odmienność jako element niszczący. Z tego wynika, że kultura również musi zmierzyć się z metafizycznym problemem wolności i organizacji, co wyklucza możliwość wolności nieograniczonej. Jak wszelkie siły, które kształtują i nadają kierunek, musi obstawać przy pewnym wzorze włączania i wyłączania. Jest to konieczne do jej niepodzielnego istnienia i podstawowy fakt dotyczący planu jej ochrony.

W centrum tym znajduje się „tyranizujące wyobrażenie”, które przyciąga wszystko ku sobie. Jest ono ideałem doskonałości. Formy, które przybiera, i manifestacje, w których się objawia, mogą być różnorakie. W pewnych przypadkach jest to religijny rytuał; w innych święte pismo; w jeszcze innych literatura, której znajomość jest od każdego wymagana. Kody postępowania (nawet wojenne) również mogą ucieleśniać ową najwyższą formę. Kiedy zbadamy je dokładniej, zauważymy ich wewnętrzne zwrócenie się w kierunku jakiegoś wyższego wyobrażenia. Jest to święta studnia kultury, z której wody niczym linie siły pola magnetycznego wylewają się strumieniami, inspirując do różnych działań w służbie uznaniu. Nie mieć poczucia tego magnetycznego przyciągania w kierunku tożsamości i asymilacji, to być na zewnątrz kultury.

Dośrodkowość jest esencją siły kultury, ponieważ zapewnia jej spójność i trwanie. Istnieje centrum zarządzające wszystkimi rzeczami, otwarte nie na odkrycia logiki, lecz wyobraźni. Jest to ognisko wartości, prawo związków, inspirująca wizja. W jego naturze leży ustalanie hierarchii, rangi i porządku. Być blisko niego, znaczy być wyżej, żyć z dala w sensie nieodczuwania jego przyciągania, to być niżej. Zatem kultura z natury jest arystokratyczna, gdyż stanowi środek do rozróżniania między tym, co liczy się bardzo, a tym, co niewiele. To bez wątpienia tłumaczy, dlaczego człowiek odczuwa konieczność jej tworzenia. To jego protest przeciwko uniformizacji i perspektywie prostego następowania. Wyraża wolę ustanowienia centrum wartości i czuwania nad tym, by grupa była zwrócona ku niemu. Jest to jego odrzucenie jakiegokolwiek tylko naturalistycznego porządku jego życia, jego deklaracja niezależności od zwykłego, prostego środowiska. Istotę jego tyranizującego wyobrażenia stanowią rozróżnienie, selekcja i preferencja.

Potrzeba stylu

Z tego powodu ze swej natury kultura jest wykluczająca. Bez mocy odrzucania tego, czego nie rozumie lub nie uznaje centrum jej siły, rozpadłaby się. Moglibyśmy powiedzieć, że kultura rozwija się przez przyciąganie, a przyciąga przez istnienie. W ten sposób utrzymuje swoją tożsamość. Nie istnieje nic takiego jak „demokratyczna” kultura w sensie otwarcia na każdego we wszystkich czasach i na równych zasadach. Poznać właściwą rzecz, bez pośrednictwa myśli takich jak co i gdzie, znaczy być urodzonym w kulturze. Jednostka przyswaja swoją ojczystą kulturę, gdy zaczyna władać ojczystym językiem, z jego najsubtelniejszymi odcieniami intonacji. Kultury jak idiomy zbyt głęboko są zakorzenione w zapomnianych uprzedzeniach i uczuciach, by je analizować. Jeśli kultura pojawia się arbitralnie w preferencjach, których dokonuje, i granicach, które kreśli, to dlatego, że jest wytworem woli.

Prawdą, którą musimy poznać w naszym obecnym kryzysie, jest zasada integracji i ekskluzywności. Jak wskazuje Arystoteles, dla wszystkich rzeczy istnieje entelechia. czynnik wiążący i wyznaczający rodzaj, który nadaje rzeczy jej specyficzną formę i cechę spójności. Fakt, że kultura jest duchowym i wyobrażeniowym tworem, nie oznacza, że jest mniej związana z tym dominującym prawem. Jak skórka zdrowego owocu chroni go przed rozpadem, bądź wyparowaniem, tak też forma kultury chroni ją przed zaniknięciem wskutek rozmaitego pomieszania. Forma jest intelektualna i negatywna; stawia granice, które umacnia w samym procesie odnawiania. Formą kultury jest jej styl, broniący jej przed światem nic nie znaczącej „demokratycznej” egzystencji. W wysoko rozwiniętej kulturze poczucie stylu przenika wszystko: jest w ubiorze, obyczajach, sztuce i instytucjach, w architekturze i kulinariach. Nadaje ton całemu społeczeństwu, wyznaczając mu standardy tego, co właściwe, a co nie. Lecz forma ta zależy od dośrodkowego wyobrażenia ideału perfekcji i dobra oraz pewności w wykluczaniu tego, co odmienne i przypadkowe.

Zadaniem konserwatysty w naszych czasach jest bronić tej koncentracji i ujawniać błędne próby rozbicia rozróżnień kultury. Jeśli choć raz utracona zostanie wizja wewnętrznego wejrzenia oraz impulsu opierania się obcym, rozpad musi nastąpić. To, co było całością, przestaje odczuwać potrzebę pozostania nią i różne części mogą ulec przypadkowemu zniekształceniu. Przypadkowemu dlatego, że nie istnieje już dłużej łącząca idea nakazująca stosowność i wielkość. Tak też poszczególne części przestają być posłuszne i uzurpują sobie miejsca i role należące do innych części. Jest to chaos, na który prawdziwy przyjaciel kultury spogląda z najgłębszą obawą nie tylko dlatego, że pozbawia go tak wiele, ale ponieważ w masach wywołuje straszliwe wybuchy irracjonalności. Wszyscy ludzie, nie tylko wrażliwi i utalentowani, potrzebują integrujących zalet tej wizji, choć nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Lancelot Law Whyte w swej książce „Next Development of Man” doskonale wyraził moc tego pragnienia: „Brak integracji napawa człowieka odrazą. Pożąda on integracji, będzie więc raczej tworzył religie, dokonywał heroicznego samopoświęcenia, gonił szalone ambicje lub szukał ekstazy niebezpieczeństwa, niż żył bez nich. Jeśli społeczeństwo odmówi mu tej satysfakcji w konstruktywnej formie, owładnie nim zasada destrukcji, której może się poświęcić, i zemści się na tych, którzy sądzili, że jego jedyną potrzebą jest przyjemność. W tym sensie występek wykazuje integrującą moc cnoty, której jest jedynie przeciwieństwem. Człowiek masowy z łatwością odrzucił utylitarną filozofię. która go stworzyła, w jej miejsce przyjmując nową masową religię narodowego samobójstwa” (( L.L. Whyte, „The Next Development in Man”, New York 1948, s. 188. )) .

Ostatnie zdanie, napisane w odniesieniu do ruchów faszystowskich w Europie, przypomina nam o tym, że jeśli nie zostanie zaproponowana wiarygodna spójność kulturowa, może powstać jej niedorzeczny i przerażający w skutkach wariant.

Demokratyzm jako fałszywa religia

Największą perwersją kultury naszych czasów jest błędne mniemanie o roli demokracji. Jak powyższa definicja jasno tłumaczy, kultura integruje naród jakościowo. W szeroko aktualnej, błędnej koncepcji sądzi się, że demokracja może integrować ludzi w zespołach ilościowych, to jest jako grupy bez związku względem struktury wartości ideału. Najbardziej palącym zadaniem wyznawcy dzisiejszej kultury jest zdefiniować demokrację i trzymać ją na swoim miejscu. Czyniąc tak, nie tylko zachowa ją jako żywotną formę, lecz ochroni też pozostałe obszary działania istotne dla zaspokojenia innego rodzaju potrzeb.

Demokracja jest wzorem dla całej egzystencji nie bardziej niż forma gospodarczej aktywności substytutem dla całego życia. Tak naprawdę, myśląc o demokracji, można stwierdzić, że nie jest ona niczym więcej jak ideałem równości między ludźmi w ich politycznych relacjach. Jej korzenie sięgają prawdy mówiącej o tym, że każda jednostka ma nietykalną osobowość, własne doświadczenie i autentyczny głos. Każda jednostka jest też sprawozdawcą tego, co ma na nią wpływ, oferując przy tym ruchy związane z ogólnym politycznym dobrobytem. By stało się to możliwe, demokratyczne państwo dekretuje pewną ograniczoną równość między swymi obywatelami. Tak czy owak, równość ta jest bardziej teoretyczna niż rzeczywista. Mimo to, tego typu teorie i ich szlachetne przedmioty mogą stać się praktycznie użyteczne. Zatem, moglibyśmy w zgromadzeniu parlamentarnym dać każdemu mówcy dziesięć minut na wyrażenie swoich poglądów, choć wiemy, że jeden człowiek może w tym czasie powiedzieć więcej niż inny w ciągu godziny. Jednakże, równość służy większemu celowi. Dzieje się tak też z demokracją w jej konsultowaniu opinii czy liczeniu głosów.

Lecz demokracja musi łączyć się z obywatelskością. Jak zauważył Ortega w jednym ze swych ostrych esejów, obywatelskość jest jedną z naszych najbardziej bezbarwnych cech. Dotyczy rzeczy, które musimy robić po to, by znaleźć się w sytuacji umożliwiającej wykonanie rzeczy wyżej na skali. Jest to trzymanie rachunków lub zarządzanie gospodarstwem domowym – zasadniczo niski porządek praktycznego działania. Lepiej zrobić to dobrze niż źle, i powinno być zrobione z wkładem zaangażowanych jednostek. Lecz nie ma sensu mówić, że odpowiedzialne zarządzanie gospodarstwem domowym to najwyższy nakaz człowieka, i dlatego cokolwiek w nim okaże się instrumentalne, naszą zasadą musi być porządkowanie mu całego społecznego i kulturalnego życia. W naszym obecnym zakłopotaniu rolą kultury, to właśnie robi się z ograniczoną koncepcją „demokracji”.

Kiedy demokracja zostanie zabrana ze swego właściwego miejsca i pozwoli się jej wypełnić sobą cały horyzont, tworzy zawistną nienawiść nie tylko wobec wszelkich dystynkcji, ale nawet wszelkich różnic. Następujące zniekształcenie ukrywa jej właściwy cel, czyli powstrzymanie naturalnych nierówności przed narzucaniem się tam, gdzie równość pełni zrozumiałą funkcję. Powód, dla którego zgadzamy się, by traktować ludzi jako równych na danym polu, jest związany z tym, że wiemy, iż nie są oni równi na innych. Fanatyczny demokrata upiera się przy uczynieniu ich równymi we wszystkich obszarach, bez względu na rodzaj działania i powołania. Oczywiście jest istotą fanatyzmu zawładnąć jakąś częścią prawdy albo wartości i traktować je jako wyłączny przedmiot ludzkich dążeń. Tak więc kosztem powszechnego przewrotu demokracja, jakkolwiek wartościowa lecz ograniczona polityczna koncepcja, została przez co niektórych podniesiona do rangi kreda, o tak dalekim zasięgu, jaki ma religia czy filozofia.

Ortega mądrze zauważył, że nie jest to duch prawdziwej demokracji lecz plebejskości wychwalającej te same rzeczy, przeciw którym powołano demokrację w nadziei, że zwalczy je w szeregach ludu. „Pierwszy skutek to zranienie samego uczucia, które było przyczynkiem do powstania demokracji, ponieważ sama koncepcja wywodzi się z chęci uwolnienia plebsu od nędznych warunków jego egzystencji. Lecz demokrata-doktryner, który z techniki i demokracji uczynił cel sam w sobie, wkrótce poczuł zrozumienie dla plebsu, a ściślej, dla jego plebejskości – jego nawyków, obyczajów i intelektualnego nastroju. Przykładem tego jest kredo socjalistyczne (gdyż mamy tu do czynienia ze świecką religią), w którym jedną z zasad wiary jest dogmat o tym, że tylko proletariacka głowa jest odpowiednia dla prawdziwej nauki i zreformowanej moralności” (( J. Ortega y Gasset, „Morbid Democracy”, „Modern Age” (Summer, 1957), s. 54. )) .

Dziś żąda się od nas, byśmy zaakceptowali „demokratyczne życie”. Pochwalny ton, jakim wymawia się to wyrażenie, zachęca do zadania sobie pytania, czy może to być „tyranizujące wyobrażenie” jakiejś nowej kultury. Odpowiedź jest przecząca, jeśli przez demokrację rozumiemy po prostu komunizm. Faktem jest, że istnieją miejsca, w których w istocie występuje spora doza równości pośród członków społeczności, nie wywołując przy tym uprzedzeń do kultury, którą wspierają. Jest tak w społecznościach o porządku religijnym, gdzie, na przykład, nie robi się widocznego rozróżnienia między tymi, którzy nauczają, a tymi, którzy dbają o przetrwanie. Jest tak też w pewnych instytucjach gdzie studenci wykonują znaczną część zadań; lub między tymi, którzy wykonują pracę „białych kołnierzyków”, a tymi, którzy pracują w oborach. Każdy, kto odwiedził taką społeczność, wie, że atmosfera społeczna w nich panująca jest bardzo przyjemna i rozluźniona. Lecz kiedy pilnie przyjrzymy się impulsowi, który je podtrzymuje, zdamy sobie sprawę, że demokracja jest możliwa poprzez uświęcenie i hierarchię celów. W społecznościach religijnych oznacza to oczywiście służbę religii; w szkołach jest to wspieranie edukacji. Nikt nie stwarza pozorów, nie udaje, że w tych obszarach wszyscy są równi. Istnieje selekcja według zdolności, zamiłowań i poświęcenia. Ta struktura celów i powołań tak naprawdę zabezpiecza istniejącą demokrację: równość jest utrzymywana tam, gdzie jest użyteczna, ponieważ istnieje ważniejszy cel, któremu należy służyć. Gdyby powstała możliwość usunięcia go, łatwo wyobrazić sobie rozpad nawet takiej społeczności na rywalizujące ze sobą grupy nacisku wśród „nierównych”. To autorytet misji, którą wykonują, podtrzymuje nierówność służby w przyjemnym i możliwym do wykonania porządku. Zatem spójność takich społeczności leży w idei, która je informuje i posiada zarazem.

Potęga nierówności

To, o czym powiedziałem jako prawdziwym dla małych grup, jest analogiczne dla narodów i państw. Kultura to środek jednoczenia społeczeństw poprzez tworzenie zabezpieczenia dla różnic. Różnice nie powodują oburzenia, chyba że jego ziarno zostało zasiane w inny sposób. Sprawiedliwy człowiek znajduje satysfakcję w wiedzy, że społeczeństwo ma różne role dla różnego rodzaju ludzi, i że w wykonywaniu tych ról tworzy się rodzaj symfonii pracy, zabawy i społecznego życia. Faktycznie, pojawia się odmienna przyjemność z posiadania wiedzy o tym, że społeczeństwo jest strukturalne, urozmaicone, zrównoważone i złożone. Ślepi wyrównywacze nie zdają sobie sprawy z tego, że ludzie mogą cieszyć się zarówno widokiem rzeczy znajdujących się ponad nimi, jak i tych na równi z nimi. Społeczeństwa ze zróżnicowaniem mogą pozwolić sobie na przyjemność moralnej wyobraźni, tak jak estetyczny wygląd daje ukojenie oczom. Propaganda egalitaryzmu zachęca do przekonania, że każde społeczeństwo ucieleśniające różnice trzeba koniecznie rozedrzeć z zawiści i nienawiści. Lecz teoria nie wykazuje, a empiryczna obserwacja nie odkrywa, że społeczeństwa o właściwym wewnętrznym zróżnicowaniu są nieszczęśliwe. Przeciwnie, mogą być spokojne i zadowolone. Pośród wielu przykładów, którymi można by się tu wesprzeć, wybieram jeden opisany przez Goethego w „Zmyśleniu i prawdzie”. W uwagach o Niemczech, w których dorastał, wielki poeta i filozof życia, „najtęższy umysł Europy’”, miał powiedzieć: „Stan wyciszenia Niemiec przez ponad pół wieku kształtował moje rodzinne miasto, pozostał nienaruszony pomimo wielu wojen i wstrząsów. Istnienie najbardziej zróżnicowanych społecznych stopni, włącznie z najwyższymi i najniższymi, Cesarza jak i Żyda, zamiast rozdzielać różnych członków, wydawało się raczej ich łączyć: i ten stan rzeczy prowadził do poczucia zadowolenia” (( J.W. Goethe, „Z mojego Życia”, tom 2, Londyn 1913, s. 240. )) .

Goethe, którego wnikliwość powiedziała mu prawdę o Rewolucji Francuskiej, gdy wielu romantyków i racjonalistów zostało wykpionych, nie dał się oszukać w kwestii zjawiska klas. „W Niemczech jednak mało kto spoglądał z zawiścią na tę ogromnie uprzywilejowaną klasę, bądź zazdrościł jej oczywistych materialnych korzyści. Klasy średnie po cichu oddawały się handlowi i naukom, i dzięki tym zajęciom, jak również praktycznemu zastosowaniu mechanistycznych nauk humanistycznych, podniosły się do poziomu znaczenia, który w pełni rekompensował im ich polityczną niższość. Wolne, lub połowicznie wolne miasta zachęcały je do działania, tak że członkowie tych klas byli w stanie prowadzić spokojne i komfortowe życie. Człowiek, który pomnożył swe bogactwo lub powiększył swój intelektualny wpływ, szczególnie w sprawach prawa lub państwa, zawsze mógł być pewien zarówno szacunku, jak i autorytetu. W Sądzie Najwyższym Imperium i wszędzie indziej, ława szlachecka była ustawiona w stronę jednego z uczonych prawników; bardziej wolna i mniej restrykcyjna perspektywa ludzi pracujących ze sobą w przyjaznej harmonii, i ani krzty rywalizacji w ich codziennym życiu. Szlachcic czuł się bezpieczny w swoich ekskluzywnych, przez czas uświęconych przywilejach, a burgher uważał za poniżające udawanie stanu posiadania poprzez dodanie przedrostku do nazwiska” (( Tamże, s. 241.)) .

Były to Niemcy poetów, muzyków i filozofów. Klasy prosperowały dzięki wzajemnej zależności, a zasada dystynkcji, daleka od zawiści, była spoiwem trzymającym całość razem. Dostrzega się rodzaj satysfakcji, którą odczuwano na widok różnych ludzi po lewej i po prawej, i – tak jak to jest w naturze rzeczy – nad i pod. Nie należy przeoczyć faktu, że „najniższa” klasa często uważała się za „lepszą” od innych pod pewnymi względami – odwagi, pracowitości lub religijności.

Społeczeństwo, które jest spójne poprzez klasy powstałe z obywatelskiego i kulturowego powołania, w rzeczywistości jest silniejsze od niezróżnicowanego. To ostatnie ma skłonność do bycia sztywnym i kruchym; brak mu wewnętrznej zdolności dawania i brania tego pierwszego. Wewnętrzne struktury spójnego społeczeństwa działają jak wsporniki i klamry, umożliwiając mu zniesienie uderzenia jakiego nie przetrzymałoby żadne inne. Całość jest podtrzymywana przez swoje części, które zapewniają ochronę do samych głębi. Narody stworzone z takich społeczeństw okazywały się bardzo twarde podczas międzynarodowych starć. Społeczeństwo angielskie, pomimo wysokiego stopnia klasowego zróżnicowania, wykazało się bardzo silnym patriotyzmem i wielką siłą przetrwania w czasach kryzysów. Społeczeństwo amerykańskiego Południa, które w pewnym sensie zostało ukształtowane na angielskim modelu, wytrzymało silne ataki i zewnętrzne naciski dzięki rozumnemu sposobowi organizacji. Wszystkie dowody wskazują, że zróżnicowanie, które nie jest fragmentaryzacją, stanowi źródło siły. Lecz jest ono możliwe tylko wówczas, gdy istnieje centrum, ku któremu zwracają się wszystkie części w poszukiwaniu sensu i uprawomocnienia. Jedną z funkcji działania kultury jest obiektywizowanie owego centrum, po to by istniało jako stale obecne przypomnienie o miejscu i powołaniu jednostki. Dlatego też wysoki stopień kulturowej orientacji jest symptomem zdrowego społeczeństwa.

Krótko mówiąc, kultura jest ekskluzywnym, samodefiniującym się tworem, który zaspakaja potrzeby powstałe z ludzkich uczuć i wyobraźni. Każda kultura ma pewnego rodzaju ontologiczną podstawę w życiu społecznym, a ono nie wyraża się w równości, lecz we wspólnym uczestnictwie na różnych poziomach i poprzez różne powołania.

Barbarzyństwo progresywizmu

Z powodu tych faktów oraz politycznej kłótliwości naszych czasów powstaje pytanie, czy kultura jest „reakcyjna”. Samo pytanie odkrywa pomieszanie pojęć, na jakie nigdy nie należało zezwolić. Lecz wiemy ze słów i czynów komunistów oraz ich sympatyków, że przypisują duże znaczenie temu tematowi i są skłonni potępiać artystyczną lub kulturową ekspresję wymykającą się ich surowej linii politycznej. Jest prawdą, że jeśli przyjmie się bardzo wąski i fałszywy punk widzenia na postęp, daleki od tego wszystkiego co świat cenił jako kulturę, wówczas można potępić ją jako „reakcyjną”. Z jednej strony, sama idea kultury koliduje ze ślepym progresywizmem, przez który rozumiem taki stan umysłu, który mierzy wszystko jedynie za pomocą liczb i linearnego wzrostu. Ponieważ kultura funkcjonuje w sferze jakości i nie oferuje coraz okazalszych wielkości, lecz coraz bardziej wyrafinowane i intensywne uczucia, angażuje ducha znajdującego się poza myśleniem tych, którzy pozwolili by ich umysły zdominowały materialne kategorie. Prędkość i masa – właściwie slogany współczesnej zachodniej cywilizacji – są antytezami kultury. Bezsensowna seria „nowych rozwojów” i ekspansji, które uwielbia nowoczesny barbarzyńca, wyglądają nędznie i płytko, kiedy przyrównać je do autentycznych tworów ducha. Ponieważ oba impulsy poruszają się w przeciwnych kierunkach, nieuchronnie oddalają się od siebie. Gdyby barbarzyńca był zdolny do krytycznego myślenia, napiętnowałby to, co frustruje właściwy mu rodzaj przyjemności jako „reakcję”. Posiadanie kultury przez historyczne elity zaostrza problem, stając się polityczną bronią, lecz ten zarzut oczywiście błędnie pojmuje prawdziwy dar wydany przez ów wytwór ducha.

W innym aspekcie, kultura może być postrzegana jako „reakcyjna”, ponieważ zawiera w sobie wiele ceremonialnego marnotrawstwa, którego nie da się wytłumaczyć tym, których wizja życia jest tylko ekonomiczna i zmysłowa.

Tu poruszamy nadrzędną kwestię stylu. Wszystkie kultury wcielają jego ideę w hołdzie dla tego co nieuchwytne lecz stanowiące odczuwalną potrzebą ducha. Słyszymy odniesienia do „nowoczesnego stylu” w budownictwie i innych dziedzinach, gdzie człowiek zwyczajowo wyraża swe pragnienie narzucania porządku i planu. Tak naprawdę jednak styl ten zdaje się być zaprzeczeniem owej idei. Choć jest być może nieco wspomagany twórczymi próbami w celu wpływania na masy.

Prawdziwy styl wyraża się w staranności, rytmie i dystansie, co wymaga działania wyobraźni oraz ukierunkowania ducha. Staranność oznacza wyjście poza to, co użyteczne, by tworzyć to, co pobudza kontemplację. Rytm jest wyznacznikiem początków i końców. W miejsce nic nie znaczącego kontinuum, rytm wnosi zrozumiałość i poczucie, że materiał został poddany obróbce w subiektywnym interesie. Jest rzeczą ludzką pogardzać prostym odstępem czasu. Kiedy widzi się rzeczy w rytmicznej konfiguracji, odczuwa się, że zostały wyniesione do sfery ducha. I tak rytm jest sposobem przełamania nihilistycznej monotonii, a zarazem uroczystym obwieszczeniem istnienia świata wartości. Dystans jest tym, co chroni nas przed wulgarnością bezpośredniości. Wzrost i proporcja w przestrzeni, jak w architekturze, czy wzrost w czasie, jak w obyczajach i zachowaniu, pomagają nadać zadowalającą formę tym tworom. Cały styl ma w sobie element rytuału – wyraża kroki, których nie można pominąć.

Dziś te czynniki stylu stanowiące istotę kultury są traktowane jakby były zwykła drwiną. Staranność podejrzewa się o poświęcanie zbyt wiele czasu na niepraktyczne rzeczy, a ograniczone cele inżynieryjnej wydajności mają pierwszeństwo. Rytm cierpi, bo nie ma czasu na czekanie. Co do dystansu, panuje przekonanie, że nic nie powinno dzielić człowieka od przedmiotów jego pragnień; dystans jest rodzajem zakazu, a nowy człowiek nie widzi żadnej sankcji w ustaleniach, które stoją na drodze do natychmiastowego zaspokojenia. Nie nauczono go subtelności dostrzegania, że za to, czym się gwałtownie zawładnie, trzeba zapłacić o wiele poważniejszymi stratami. Niecierpliwość wobec przestrzeni i czasu wydaje się prowadzić nowoczesnych ludzi do coraz radykalniejszego porzucania wszelkich ideałów porządku. Wszędzie następuje powrót do prostoty i codzienności, a sam styl zanika, jakby przynależał do ery, której przeznaczeniem jest nigdy więcej nie powracać.

Integracja i segregacja

Można posądzić mnie o niedbalstwo, że w niniejszej prezentacji nie odniosłem się do obszernych antropologicznych studiów nad różnymi kulturami. Powodem jest antropologiczny relatywizm – kłopot, którego należy unikać przy tego rodzaju poszukiwaniach. Każdy, kto wnikliwiej przyjrzał się metodzie antropologów, wie, że jest ona opisowa. W gruncie rzeczy geografowie i inwentaryzatorzy kultur interesują się wielką ilością szczegółów po to, by przedmiot ich badań można było podsumować jako bardziej polymathein niż polynoein: raczej dużo wiedzieć niż dużo rozumieć. Jestem przekonany, że ich praktyki wywołują dekoncentrację u tego, kogo interesuje wartość kultury, a w szczególności jego własnej.

Dla niego istotne jest uchwycenie formalnego innigkeit kulturowej ekspresji, aby następnie zdecydować, w jaki sposób jego własna kultura jest zagrożona lub skażona. Wtedy przyjmuje pozycję doktora lub kaznodziei, gdyż w rzeczy samej trudno sobie wyobrazić, by człowiek tak zainteresowany własną kulturą nie odczuwał potrzeby występowania przeciw jej wrogom.

Zwróciłem uwagę na fakt, że kultura powstaje pod wpływem „tyranizującego” wyobrażenia lub wizji. Używam słowa „tyranizujące”, mając nadzieję, że zostanie mi wybaczona jego złowroga konotacja i będzie ono rozumiane jako oznaczające łączenie i zobowiązywanie. Tak więc kultura jest zbiorem wartości spolaryzowanych przez wyobrażenie lub ideę. Nie może być idealnie tolerancyjna ani nawet tolerancyjna w znacznym stopniu, ponieważ żyje dzięki jednolitości. Jeśli ma więc wykluczać, czyni to na podłożu kulturowym, a nie „racjonalnym”, gdyż byłoby to sprzeczne z jej charakterem.

Poważnym niebezpieczeństwem jest podważanie tej zasady przez racjonalistycznych myślicieli, jak to dzieje się obecnie. Mówiąc o kulturze jako sile łączącej i wywierającej wpływ, więcej niż raz posłużyłem się słowem „integrować”. gdyż jest ona czymś w jednolity sposób zgromadzonym wokół dominującej idei. Lecz „integracja” i „segregacja” to dwie strony tego samego działania. Kultura integruje się poprzez segregację swoich form działania oraz członków od tych, którzy do niej nie przynależą. Toteż prawo do samosegregacji jest koniecznym podłożem dla jej istnienia. Wystarczająco dużo powiedziano, by wykazać na jak wiele poważnych zagrożeń obecnie napotyka nasza kultura w formie racjonalistycznych zapędów, by w imię równości zabronić kulturowej segregacji. Skutkiem tego byłoby zniszczenie naturalnej kulturowej spójności, by w jej miejscu podjąć próbę wprowadzenia sztucznej, politycznie podyktowanej integracji. Taka „integracja” oczywiście nie powiodłaby się, ponieważ tam, gdzie brak głębokiego wewnętrznego impulsu, spójność nie jest możliwa przez dłuższy czas. Obecny kryzys przykuł naszą uwagę w sposób najbardziej spektakularny poprzez próbę „zintegrowania” kulturowo odmiennych elementów na mocy sądowych decyzji. Sprawa ta jest dobrze znana ze względu na medialne zainteresowanie (( Weaver miał tu na myśli sprawę Brown v. Board of Education of Topeka. Postanowieniem sądu z 1954 roku uznano segregację rasową w szkołach amerykańskich za niezgodną z prawem. Weaver nie komentuje kwestii rasizmu. Sprzeciwia się natomiast formie, w jakiej zdecydowano z nim walczyć. Według niego to przez rozumną akceptację, a nie wymuszenie, ludzie zmieniają swoje postawy. Kiedy w naturalny sposób obie strony konfliktu dojdą do porozumienia, nie potrzebny im ani sędzia, ani policjant do egzekwowania bezpośrednich ustaleń. )) . Inne rozgrywają się z dala od reflektorów, lecz wszystkie mają swe źródła w ignorancji, jeśli nie samobójczej determinacji do napisania ostatniego rozdziału dziedzictwa kultury zachodniej.

Richard M. Weaver (1910-1963), filolog i myśliciel amerykański. W młodości sympatyzujący z lewicą, z czasem zyskał sławę jednego z najważniejszych konserwatystów, szczególnie na południu Stanów Zjednoczonych (podczas studiów związał się z Johnem Crowe’em Ransomem), a do jego wpływu przyznawali się także liczni komunitarianie, agraryści czy paleokonserwatyści, w tym tacy myśliciele jak Russel Kirk, William Buckley, Frank S. Meyer i politycy, jak Barry Goldwater i Ronald Reagan. Był platonikiem, krytykiem nominalizmu i odnowicielem retoryki. Głosił tezę o głębokim kryzysie kultury zachodniej i tworzył program jej odnowy. Jego najsłynniejsza książka to „Idee mają konsekwencje” z 1948 roku.

Przełożyła Barbara Molska

Powyższy tekst jest przekładem eseju, który ukazał się w kwartalniku „Modern Age”(wiosna 1964).

Ostatnie Wpisy

Spotkanie noworoczne 6.02

2020.01.20

Fundacja Republikańska

Spotkanie Pod Spodem: „Porno a demografia”

2020.01.15

Fundacja Republikańska

5G technologiczny święty Graal?

2019.12.31

Fundacja Republikańska

Wspieram Fundację

Życie, dobro wspólne, Polska – w to wierzymy. I jest nas coraz więcej. Coraz więcej ludzi, którzy widzą, jak ważne jest kształtowanie dojrzałych obywateli, budowa silnych instytucji obywatelskich, zmiana życia publicznego zgodnie z ideałami republikańskimi.

Dołącz do dyskusji

Zapisz się!