Rewolucja 2.0

Rewolucja 2.0

Rewolucja ’68 zwyciężyła, bo zastosowano w niej inne środki walki niż wcześniej. Nie kałasznikow, ale media stały się główną bronią, najważniejszymi hunwejbinami rewolucji nie byli zaś terroryści ani czekiści, lecz dziennikarze.

Od prawie trzystu lat – na różne sposoby – rewolucjoniści, rozmaitej maści i z przeróżnych filozoficznych ugrupowań, próbują głęboko zmienić ukształtowaną przez naturę, a także wyszlifowaną przez grecką filozofię, rzymskie prawo i chrześcijaństwo europejską wizję człowieczeństwa. Przez całe pokolenia narzędziem, jakie stosowano, by zmieniać tożsamość, była polityka, a także – nierozerwalnie związana z nią, przynajmniej w wersji rewolucyjnej – przemoc. Wandejscy chłopi (a także drobna szlachta) boleśnie się przekonali, że za wierność Kościołowi i obronę tradycji płaci się najwyższą cenę. Mordy w Wandei, tym francuskim zakątku, były pierwszym, ale przecież nie ostatnim rewolucyjnym ludobójstwem. Później podobną cenę za wierność tradycyjnemu europejskiemu postrzeganiu rzeczywistości płacili Hiszpanie w latach 30. i Meksykanie nieco tylko wcześniej, a także Rosjanie, Łotysze i Ukraińcy, którzy mieli pecha znaleźć się na terenach Związku Sowieckiego.

Za każdym razem śmierć, zniszczenie, profanacje (warto zwiedzić francuskie świątynie, by zobaczyć, że większość z nich została zniszczona i sprofanowana w czasie rewolucji) miały służyć zbudowaniu nie tylko nowego społeczeństwa, lecz także nowego człowieka. Lew Trocki w „Zdradzonej rewolucji” wprost stwierdzał, że celem bolszewików nie było tylko zbudowanie nowego społeczeństwa, ale przede wszystkim uformowanie nowego człowieka, bez zakorzenienia w religii, tradycji, ale także rodzinie; człowieka, który – to już marzenia Trockiego – byłby w każdej sferze wybitny jak Bach czy Szekspir, gdyby tylko nie ograniczały go kulturowe, cywilizacyjne i gospodarcze mury. Jakie były skutki rewolucji – wiadomo. Nowy człowiek okazał się bliższy Pawlika Morozowa, a homo sovieticus niewiele miał wspólnego z Szekspirem, Bachem czy Beethovenem. Profetyczna wizja Fiodora Dostojewskiego z „Biesów”, gdzie Iwan Kiriłow, prekursor rewolucjonistów i „nowych ludzi”, przekształca się – realizując plan wyzwolenia się z moralności i religii – nie w człowieka-Boga, ale w demoniczne bydlę, realizowała się na naszych oczach. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że rewolucjoniści próbowali i nadal próbują osiągać swoje cele.

Prorok Gramsci i jego czekiści

Pierwszym skutecznym „prorokiem” rewolucji okazał się Antonio Gramsci. To on, słusznie z perspektywy rewolucyjnej, wskazał, że jeśli zmiana społeczna i antropologiczna ma być trwała, to nie wystarczy zmiana polityczna, i to nawet najokrutniejsza. Kultura i cywilizacja, nawet jeśli narzucić na nie nowe struktury polityczne, nawet jeśli wymordować poprzednie elity (co nigdy – przynajmniej w naszym kręgu cywilizacyjnym – nie udaje się w pełni), trwają nadal, gdzieś w głębi i w najmniej odpowiednim momencie się ujawniają. Jakby tego było mało, małżeństwo, rodzina, przyjaźń czy wreszcie miłość (których nigdy nie udało się zniszczyć całkowicie) rozsadzały nowe struktury, blokowały dostęp do najgłębszych oraz najważniejszych ludzkich przeżyć i ostatecznie burzyły nowy system. Sukces rewolucji był zatem zawsze krótkotrwały, bo wbrew opiniom klasyków marksizmu to nie byt kształtuje świadomość, ale świadomość byt. Kultura jest zatem w walce o dusze ludzkie ważniejsza niż ekonomia.

Z perspektywy marksizmu-leninizmu była to oczywista herezja, ale szkoła frankfurcka wykazała, że w istocie to Gramsci, a nie Marks ani Engels, miał rację, rewolucja (czy rewolta) ‘68 udowodniła zaś, iż nowa metoda rewolucyjna jest dużo bardziej skuteczna. Co ciekawe, najmocniejszych argumentów na prawdziwość tej tezy dostarczył Marshall McLuhan (prywatnie głęboko wierzący katolik i ojciec ośmiorga dzieci), który w swoich książkach pokazał, że o ile kiedyś łowiono ludzi na wędki (takbyło, gdy za czasów Jezusa apostołowie wędrowali po drogach imperium i rozmawiali z kolejnymi ludźmi, nawracając ich na wiarę w Mesjasza), później w sieci (to od czasów druku), o tyle obecnie wymienia się wodę w medialnym stawie i kształtuje nowego człowieka, niekoniecznie nawet go o tym uprzedzając. Taką strategię zastosowano właśnie w czasie rewolucji obyczajowej i po niej. I to ona ukształtowała nowego człowieka.

Każda rewolucja potrzebuje swoich czekistów, oddanych propagandzistów, którzy z głoszenia jej wymogów uczynią treść swojego życia. Rewolucja ’68 także ich miała. I nie mówię tu o tych, których poglądy filozoficzne stały się zapleczem ideowym (by wymienić tylko Jeana-Paula Sartre’a czy Herberta Marcusego), ale o tych, którzy stali się wytrwałymi pracownikami ówczesnych urzędów ds. formacji politycznej. Tym razem nie byli to nudni, ubrani w sowieckie garniturki czy maoistyczne mundurki pracownicy propagandy, ale radośni, roześmiani i jakże często naćpani rockmani (by wymienić tylko Johna Lennona z jego „Imagine”, czyli pochwałą życia postrewolucyjnego), piewcy (czasem z tytułami naukowymi, a czasem nie) wolnej miłości, która miała zastąpić koszmar życia małżeńskiego, czy wreszcie dziennikarze, którzy z pasją opisywali przemiany, a często mocno je kreowali.

Nowe media kształtują  nowego człowieka

Wymiana wody w stawie miała oczywiście różne etapy i dokonywana była na różne sposoby. Nie byłoby jej, gdyby nie wynalezienie pigułki antykoncepcyjnej, bez realnych problemów społecznych z denazyfikacją czy działań sowieckiej agentury. To wszystko prawda, ale też nie byłoby jej, gdyby nie działania mediów czy głęboki przekaz ówczesnej popkultury. To one kształtowały nowe myślenie, one narzucały nowe wzorce kulturowe i one wreszcie budowały nowy język, nowe obrazowanie, które zmieniło sposób myślenia na niespotykaną dotąd skalę. Marsz przez instytucje, jaki zapoczątkowali rewolucjoniści roku ’68, nie polegał tylko na tym, że młodzi ludzie w pewnym momencie zrzucali spodnie dzwony, przestawali ćpać i rozpoczynali świadome kariery zawodowe, dzięki którym wspinali się na szczyty politycznych czy medialnych pasów (tak było choćby z Billem Clintonem), lecz także na tym, że ogromna większość ich rówieśników, którzy nigdy nie ulegli mirażom ruchu hippisowskiego ani nie praktykowali wolnej miłości, była wciągana w budowanie mitu nowego lepszego świata, a ich dzieci przekonywano do nowej ideologii właśnie nostalgicznymi obrazami tamtego wspaniałego świata, w którym – może nie do końca w udany sposób – próbowano przynajmniej zbudować sprawiedliwość, miłosierdzie i trwały pokój. Ofiary tych prób (a mowa nie tylko o zaćpanych młodzieńcach czy dziewczętach, którym zmarnowano życie, wmawiając, że wolna miłość jest drogą na całe życie, lecz także o ofiarach ówczesnego czerwonego – włoskiego i niemieckiego – terroryzmu czy wreszcie setkach milionów ofiar guru ówczesnej młodzieży, czyli Mao Tse-tunga) były, można powiedzieć, wpisane w projekt, przypadkowe. Część z nich stała się symbolami nowej postawy, swoistymi świętymi, których naśladowanie wpisano w etos rewolucji.

Istotnym elementem tej rewolucji była rozwijająca się wówczas błyskawicznie kultura obrazu. Telewizja, a także kolorowe magazyny sprawiły, że głównym medium tamtego (i obecnego również) świata stał się obraz, a nie słowo. Obraz ma zaś to do siebie, że generuje emocje, odwołuje się do nich, sprawia, że racje, argumenty przestają się liczyć. To właśnie obrazy przyniosły rozstrzygnięcie wojny w Wietnamie. Jedno zdjęcie, zresztą niesamowite, przedstawiające podpaloną napalmem dziewczynkę, sprawiło, że Amerykanie odwrócili się od tej, słusznej z perspektywy geopolitycznej i moralnej, wojny. Wiele lat później okazało się zresztą, że choć zdjęcie było prawdziwe, to dziewczynka została podpalona przez Sowietów, a nie Amerykanów. Emocje wywołane przez jedną fotkę, a później skutecznie podtrzymywane przez media, zmieniły perspektywy myślenia. Później działo się tak jeszcze wielokrotnie.

Władcy emocji

Skupienie na emocjach, kult obrazu, a co za tym idzie – pozornej autentyczności, które charakteryzują współczesne media, zmieniały styl odbierania rzeczywistości i myślenia o niej. Nowe media kształtowały nowego człowieka (za Giovannim Sartorim można go nazwać homo videns, który zastąpił homo sapiens), bardziej emocjonalnego, podatnego na wpływy, mniej racjonalnego. Na ten, można powiedzieć, wynikający ze struktury przekazu proces nakładał się jednak drugi, już ściśle polityczno-światopoglądowy. Dziennikarze, liderzy opinii, piosenkarze czy celebryci świadomie (przynajmniej jeśli chodzi o kierownictwo redakcji) zmieniali język, rozmywali znaczenia słów, wywoływali współczucie i emocje w odniesieniu do kwestii, które były dla nich wygodne albo – co jeszcze istotniejsze – które wpisywały się w model zmiany, jaki oni sami preferowali.

Słowa, takie jak „miłość”, „wierność”, „małżeństwo”, „moralność”, zaczęły oznaczać zupełnie co innego niż kilka lat temu. Autentyczność zastąpiła moralność, a wierność sobie wierność innym. Religia, zupełnie w zgodzie z klasycznym marksizmem, stała się opium dla ludu albo zniewoleniem, a tradycja i kultura źródłem cierpień. I dokładnie ten sam przekaz serwowali ludziom: media, uniwersytety (niestety, także pozyskane w czasie słynnej rewolty), popkultura i liderzy opinii. Jeśli zaś ktoś odrzucał kierunek zmian, to był przez media stygmatyzowany jako faszysta, reakcjonista czy człowiek, który nie rozumie kierunku zmian. I tak powoli, ale systematycznie kształtowano nowy świat, w którym zarówno lewica, jak i prawica zaakceptowały nowe myślowe status quo.

Na koniec zaś poddał się w wielu kwestiach Kościół, co znakomicie, kilka tygodni temu, pokazał były prefekt Kongregacji Nauki Wiary kard. Gerhard Müller. „Wierzący, którzy traktują katolicką doktrynę poważnie, są określani mianem konserwatystów i wypychani z Kościoła oraz narażeni na zniesławianie przez liberalne i antykatolickie media” – podkreślał były prefekt Kongregacji Nauki Wiary. A dalej przekonywał, że część niemieckich biskupów, na czele z kard. Reinhardem Marxem,  uważa walkę z nowoczesnością, jaką prowadzili św. Jan Paweł II i Benedykt XVI, za przegraną. „Jedna z grup niemieckich biskupów, z przewodniczącym Konferencji Episkopatu na czele, uważa siebie za trendsetterów w marszu Kościoła katolickiego ku nowoczesności” – mówił kardynał. „Ci biskupi uważają, że sekularyzacja i dechrystianizacja w Europie są nieodwracalne” – zaznaczał. „Z tego powodu nowa ewangelizacja – program Jana Pawła II i Benedykta XVI są działaniem przeciwko obiektywnemu kierunkowi historii, czymś w rodzaju walki Don Kichota z wiatrakami” – mówił. Jedynym, co ich zdaniem może zrobić Kościół wobec świata, jest kapitulacja, rezygnacja z każdej doktryny, która jest trudna do zaakceptowania przez mainstream liberalny. Z tego właśnie powodu następuje protestantyzacja doktryny i Kościoła, w której skład wchodzą „błogosławienie par homoseksualnych, interkomunia z protestantami, relatywizacja nierozerwalności małżeństwa, wprowadzenie święceń viri probati, a co za tym idzie – zniesienie obowiązkowego celibatu, akceptacja relacji seksualnych poza małżeństwem”. Ten proces pokazuje, że biskupi ci mają tylko jedną miłość: politykę władzy.

Te słowa porażają, bo pokazują, jakie są prawdziwe źródła tego, co dzieje się w niemieckim (trzeba, niestety, powiedzieć, że nie tylko w niemieckim) Kościele. Ustąpienie wobec ducha czasów, uznanie, że chrześcijaństwo musi się dostosować do antychrześcijańskiej nowoczesności, i uznanie, że prawda nie ma znaczenia – to wszystko pokazuje, że część Kościoła (nie tylko) niemieckiego utraciła wiarę w Ewangelię. I to jest główny problem współczesnego Kościoła.

Czy można to zmienić? Czy da się odwrócić trend? Wydaje się, że jedyną drogą jest walka o kulturę i cywilizację. Walka, która odrzuca – świadomie i dobrowolnie – główne idee postnowoczesności  oraz zastępuje je ponownie przemyślanymi i zinternalizowanymi ideami chrześcijańskimi. Innej drogi, jak się zdaje, nie ma. Jeśli nie zaczniemy szybko chrześcijańskiej kontrrewolucji, to zostaniemy pochłonięci przez medialno-polityczny matrix, którego źródłem jest rewolucja ‘68.

Tomasz P. Terlikowski

Rzeczy Wspólne #26 (2/2018)

Komentarze

Fundacja Republikańska

Fundacja Republikańska

Close