Polska w Europie. Doktryna asa trefl

2011.07.10

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Krzysztof Szczerski

Polityka europejska nie jest poststrategiczna i nie wystarczy powiedzieć, że naszym celem jest „bycie w głównym nurcie”, bo nurt integracyjnej rzeki nieustannie ewoluuje i nie każde jego koryto jest dla nas korzystne. Członkostwo w Unii nie znosi stojących przed państwem strategicznych wyborów, od których zależy ich racja stanu. Jest wręcz odwrotnie – członkostwo potęguje napięcie strategiczne, bo zwiększa liczbę pól, na których prowadzi się grę polityczną.

Problematykę polskiej strategii politycznej w Unii Europejskiej można przedstawić z pięciu różnych perspektyw. Każda z nich uwzględniać będzie odmienne uwarunkowania, jednocześnie jednak wszystkie one wskazują na jedną wspólną konieczność stojącą przed polskim przywództwem. A jest nią prowadzenie strategicznej refleksji nad statusem i obecnością Polski w jej środowisku geopolitycznym.

Przy całej wyjątkowości uwarunkowań, w jakich przyszło nam działać, przy ogromnym tempie zmian, które zachodzą w świecie, fundament polityki międzynarodowej pozostaje bowiem niezmienny: jej aktorów dzielimy na podmiotowych i niepodmiotowych. Ci pierwsi zachowują zdolność do realizacji swoich samodzielnych celów i są dysponentami oraz dystrybutorami podstawowych zasobów (bezpieczeństwo, instrumenty rozwoju, dominujący kod kulturowy). Natomiast ci drudzy stają się odbiorcami impulsów politycznych i trwają poprzez lepszą lub gorszą zdolność adaptacji (( Nie jest to klasyczny podział centrum – peryferie w rozumieniu geografii kulturowej czy politycznej. Jest to raczej podział o charakterze funkcjonalnym, kraje niepodmiotowe mogą bowiem znajdować się także w klasycznie rozumianych obszarach centralnych (np. w Unii Europejskiej). )).

Stąd też, przy debatowaniu na temat polskiej polityki europejskiej, należy zawsze zdawać sobie sprawę z tych szczególnych uwarunkowań współczesnego działania państw. Z jednej strony cel gry międzynarodowej jest niezmienny: chodzi o uzyskanie, utrzymanie i maksymalizację podmiotowości, a z drugiej następują przekształcenia narzędzi pozycjonujących poszczególnych aktorów w tej grze. Polska powinna wyciągnąć z tego właściwe wnioski i przeprowadzić strategiczną debatę nad wyznacznikami swojej podmiotowości, czyli nad tym, co nasze przywództwo może i powinno uczynić, jeśli celem jego działania ma być zdolność do skutecznej realizacji celów międzynarodowych.

Jak wspomniałem, moje prolegomena do takiej debaty przekażę w pięciu odsłonach.

Racja stanu a integracja

Rozpocząć należy od spraw zasadniczych, a więc od rozumienia racji stanu w kontekście integracji europejskiej, czyli w sytuacji uczestnictwa w systemie charakteryzującym się współużytkowaniem suwerenności przez jego uczestników ((Debata o suwerenności w kontekście integracji europejskiej jest niezwykle różnorodna, por. A. Wielomski, S. Jaczyński, „Suwerenność państwa w dobie integracji i globalizacji”, Siedlce 2007, S. Sadowski, Z. Leszczyński (red.), „Suwerenność państwa we współczesnych stosunkach międzynarodowych”, Warszawa 2005.)).

Odpowiedzi w tej sprawie najprościej udzielić jest bardzo dosłownie i jednoznacznie: racją stanu Polski w UE jest to, aby Unia nie unieważniła kwestii naszej racji stanu.

Za polską rację stanu, we współczesnym rozumieniu tego pojęcia, uznaję zagwarantowanie niezachwianego istnienia wspólnoty politycznej Polaków. Wspólnoty posiadającej własne państwo, które rozumiane jest zarówno jako jej dobro wspólne, jak i podstawowa struktura politycznego działania, co umożliwia realizację samodzielnych celów. Dzięki czemu budowana jest z kolei podmiotowość Polski i Polaków, a tym samym ich tożsamość sprawcza, na potrzeby której uruchamiana jest skuteczna struktura sprawcza.

Wszystkie osiem elementów tej definicji jest niezwykle istotne, bo stanowią one o realnym wymiarze racji stanu. A zatem: (1) Polacy jako wspólnota polityczna i (2) ich własne państwo (3) pojmowane jako dobro tej wspólnoty. Ale także (4) oczekiwanie, że będzie ono narzędziem wspierającym polityczne cele wspólnoty, i że (5) cele te powinny mieć charakter samodzielny, to znaczy formułowane być powinny przez samą tę wspólnotę. Przez co (6) tworzona jest podmiotowość, czyli zdolność do prowadzenia własnej polityki wewnętrznej i zewnętrznej. Tym samym wspólnota wyposażona jest w (7) strukturę sprawczą, która jest emanacją jej (8) tożsamości sprawczej, a zatem przekonania, że mogą swoje cele twórczo realizować, że bycie członkiem tej wspólnoty ma sens.

Ważne, aby stale pamiętać, że tak rozumiana polska podmiotowość i racja stanu narodziła się poza kontekstem integracji i jest od niej dużo wcześniejsza, a zatem zupełnie niezależna. Polska uzyskała niepodległość a Polacy podmiotowość nie dzięki UE ani nie w kontekście integracji europejskiej, stąd też nasza racja stanu nie jest związana z tą konkretną organizacją międzypaństwową, a byt Polski nie jest zależny od istnienia Unii. Można by znaleźć w Europie przykłady państw, które znalazły się w sytuacji podmiotowej dopiero po tym jak weszły do Wspólnoty (czy innych większych systemów politycznych), bo to przełamywało ich trwałą peryferyjność albo wzmacniało ich niewielką siłę. Ta sytuacja jednak nie dotyczy Polski. Jej historia ani nie zaczęła się wraz z Unią Europejską, ani też wstąpienie do Unii polskiej historii nie kończy. Dlatego też członkostwo we Wspólnocie nie jest treścią naszej racji stanu, ale winno być rozumiane jako jedno z narzędzi służących jej realizacji.

Można powiedzieć więcej: polska racja stanu wymaga, by ewolucja Unii nie podążyła w kierunku przejęcia przedmiotowego zakresu pojęcia racja stanu przez proces integracji. A co za tym idzie, ustanowienia rzeczywistej władzy ponadnarodowej likwidującej indywidualne wybory poszczególnych państw w kwestii ich żywotnych interesów, sojuszy geopolitycznych, wzorców solidarności i tożsamości narodowej.

Powyższe przekonanie opieram na założeniu, iż „stosunki międzynarodowe to stosunki między suwerennymi państwami” (przy udziale także innych uczestników jak np. organizacje międzynarodowe). Zatem państwa muszą posiadać zdolność do bycia aktorami tych stosunków, to znaczy mieć możliwość „podmiotowego działania” ((por. J. Czaputowicz, „Teorie stosunków międzynarodowych. Krytyka i systematyzacja”, Warszawa 2007, s. 29. )). Tego typu założenie konfrontować musimy, rzecz jasna, z koncepcjami głoszącymi zmierzch tradycyjnie rozumianej samodzielności sprawczej państwa i postępujący zanik państwa narodowego jako takiego, wywołany procesami gospodarczej globalizacji i integracji politycznej (( Z bogatej literatury na ten temat przywołać można choćby dwie nowe pozycje w literaturze przedmiotu w języku polskim: B. Krauz-Mozer, P. Borowiec (red.), „Globalizacja – nieznośne podobieństwo? Świat i jego instytucje w procesie uniformizacji”, Kraków 2008, M. Sułek, J. Symonides (red.), „Państwo w teorii i praktyce stosunków międzynarodowych”, Warszawa 2009, M. Pietraś, K. Marzęda (red.), „Późnowestfalski ład międzynarodowy”, Lublin 2008, J. Baylis, S. Smith (red.), „Globalizacja polityki światowej. Wprowadzenie do stosunków międzynarodowych”, Kraków 2008. )).

Przekonanie takie zawiera ważne intuicje. Nie ulega bowiem wątpliwości, że państwo ulega istotnym przekształceniom w ramach wspomnianych procesów. Wydaje się jednak, że rację mają zwolennicy koncepcji neorealistycznych, którzy twierdzą, iż „zapowiadana faza zmierzchu terytorialnego państwa narodowego przesuwa się jak horyzont, do którego chcemy dotrzeć, a on wciąż jest daleko. To, co się zmienia w tym marszu, to nowe rozumienie terytorialności i suwerenności państwa (…) Narzuca je współzależność inaczej sytuująca miejsce państwa w zdecentralizowanym środowisku międzynarodowym i jego interesy”. Niemniej jednak to „[p]państwa, podobnie jak ich wzajemne interakcje, stanowią około 70% wszystkich działań i oddziaływań, jakie mają miejsce we współczesnym świecie. (…) Nie znikają także polityczne «podwaliny» państwa i państwowości, a ono samo pozostaje bardzo ważnym elementem bazowym systemu międzynarodowego na przynajmniej trzech poziomach tj. politycznym, ekonomicznym i bezpieczeństwa” (( T. Łoś-Nowak, „Paradygmat realistyczny – projekcje porządku międzynarodowego w XXI wieku”, [w:] R. Kuźniar (red.), „Porządek międzynarodowy u progu XXI wieku”, Warszawa 2005, s. 28-29. )) .

Zmiana paradygmatu

Specyfiką systemu europejskiego (jego sensem) było od samego początku poszukiwanie stabilności poprzez wytworzenie mechanizmów równoważenia dwóch logik politycznego decydowania. Z jednej strony, logiki ponadnarodowej o charakterze regulacyjnym (na której z czasem wykształciły się dwa silne organy wspólnotowe współuczestniczące w podejmowaniu decyzji: Komisja Europejska i Parlament Europejski). Z drugiej. logiki międzyrządowej, posiadającej swoje instytucje decyzyjne: Radę Europejską i Radę Unii Europejskiej. Ta pierwsza miała mieć charakter „niepolitycznej polityki” opartej na technokratycznym pragmatyzmie. Druga miała stwarzać arenę do przetargu interesów narodowych poprzez zinstytucjonalizowany model permanentnych negocjacji w ramach państw członkowskich.

Obecnie, po wejściu w życie Traktatu z Lizbony, ów czworokąt organów decyzyjnych nadal utrzymywany jest we względnej równowadze dzięki specyfice podziału władzy. Przejawia się ona w naprzemiennym przechodzeniu inicjatywy decyzyjnej pomiędzy instytucje z obydwu aren politycznych. Mówiąc w szkicowym skrócie, impuls polityczny wychodzi z Rady Europejskiej, ale już – na jego podstawie – formalna inicjatywa prawodawcza pochodzi z Komisji, następnie zajmuje się nią Rada UE, by w końcu projekt trafił do Parlamentu, który – o ile mamy do czynienia z procedurą podstawową (czyli współdecydowania) – wprowadza swoje poprawki i uzgadnia tekst z Radą (przy udziale Komisji). Traktat lizboński, zachowując ów podstawowy mechanizm stabilizujący podejmowanie decyzji, zmodyfikował jednakże siłę poszczególnych instytucji (( Por. D. Dinan, „Institutions and Governance: A New Treaty, a Newly Elected Parliament and a New Commission”, „Journal of Common Market Studies”, nr 48/2010, s. 95-118; J. Monar, „The Institutional Balance after the Treaty of Lisbon”, )) i tym samym uruchomił nową dynamikę, o której warto wspomnieć.

Praktyka polizbońska charakteryzuje się bowiem – z jednej strony – wzmocnieniem, uruchomionego już wcześniej, procesu polityzacji integracji europejskiej. A z drugiej strony pojawieniem się nowego zjawiska, jakim jest ponadnarodowa międzyrządowość (( O modelach ponadnarodowości patrz: J. Ruszkowski, „Ponadnarodowość w systemie politycznym Unii Europejskiej”, Warszawa 2010. )) .

Przejawem polityzacji jest zarówno wzrost znaczenia Parlamentu Europejskiego jako reprezentanta demokratycznej woli politycznej (polityzacja instytucjonalna), jak i narastająca tendencja do obejmowania zainteresowaniem Unii coraz to nowych obszarów polityki. Także tych, które dotąd uznawane były za wyłączne domeny państw członkowskich, z racji na ich wrażliwy społecznie charakter wymagający istnienia poczucia realnej solidarności i wspólnotowości (polityzacja przedmiotowa).

Wraz z rosnącą rolą Parlamentu, słabnie moc Komisji Europejskiej, a tendencję tę wzmacnia także personalna słabość obecnej Komisji i jej szefa. Dlatego też głównego zagrożenia dla polskiej podmiotowości nie należy obecnie dostrzegać w rosnącej sile biurokracji ponadnarodowej (eurokracji), lecz w polityzacji. I w drugim, budzącym jeszcze poważniejszy niepokój zjawisku.

Jest nim nowy fenomen integracyjny – ponadnarodowa międzyrządowość. Sprawa ta wymaga odrębnego omówienia, w tym miejscu trzeba wspomnieć jedynie o tym, że zjawisko to polega na wytwarzaniu się nowych ponadnarodowych struktur, wpływających na działania państw członkowskich. Nie, jak to dotąd bywało, wokół Komisji Europejskiej i jej agend, ale wokół Rady Europejskiej, w której decydujący głos mają najsilniejsze państwa Wspólnoty. Tym samym, to owi najsilniejsi gracze przejmują władzę dyscyplinującą i władzę inicjującą w Unii, zagarniając pole ponadnarodowe. Przykładem najbardziej czytelnym jest tu Pakt Euro Plus, który ma właśnie taki charakter: ponadnarodowości międzyrządowej.

Ponadnarodowa międzyrządowość wraz z polityzacją integracji wytwarzają nowe pole reprezentacji interesów narodowych, które ma w Unii charakter dualistyczny. Można zatem mówić o konieczności wspólnej reprezentacji interesów narodowych, wytworzonych demokratycznie. Takie też jest współczesne rozumienie zasady reprezentacji w kontekście integracji: „Po pierwsze, organem przedstawicielskim jest Parlament Europejski, wyłaniany w drodze demokratycznych wyborów przez społeczeństwa państw członkowskich. Nie należy jednak pomijać faktu, że Rada (…) jest również przedstawicielstwem, tylko że krajowej władzy wykonawczej, która ma legitymację w postaci wyboru przez demokratyczną reprezentację parlamentarną w państwach członkowskich” (( M. Witkowska, „Zasady funkcjonowania Unii Europejskiej”, Warszawa 2008, s. 92.)) .

Realizacja celów politycznych

Dla praktyki realizowania swoich interesów w ramach Unii niezwykle ważne jest zrozumienie specyfiki mechanizmów działania systemu wspólnotowego. W tym kontekście należy pamiętać, iż współczesne rozumienie władzy polega przede wszystkim na zdolności do jej egzekwowania, a nie na jej posiadaniu.

Dla prowadzenia podmiotowej polityki kluczowe są trzy stadia rządzenia: formułowanie celów, egzekwowanie celów, zabezpieczanie polityki.

Zdolność do formułowania polityki zależy od wykształcenia w państwie instrumentów pozyskiwania wiedzy, informacji i analizy sytuacji. Niezbędne do tego jest, po pierwsze, istnienie „think-tanków”, czyli zasobników myśli, które byłyby zdolne do prezentowania alternatywnych strategii działania w poszczególnych zakresach polityki wspólnotowej. Po drugie, musi istnieć komunikacja między wspólnotową i krajową areną polityczną, czyli wielopasmowe zarządzanie wiedzą i informacją. To z kolei wymaga, po trzecie, wysokiej jakości mediów zdolnych do krytycznej i samodzielnej analizy przedstawianej rzeczywistości oraz perfekcyjna znajomość swoich własnych zasobów (od powierzchni i typów lasów, uprawy i hodowle, po rodzaje dróg o określonej nośności), a także zdolność do szybkiej oceny skutków nowych regulacji dla tych zasobów.

Zdolność do egzekwowania polityki jest funkcją „sprężystości państwa”, czyli pracy aparatu administracyjnego oraz tempa przetwarzania impulsów politycznych w działania struktur. W przypadku UE, szczególnie rośnie w tym zakresie znaczenie umiejętności sieciowej mobilizacji zasobów ludzkich oraz umiejętności zarządzania proceduralnego. W pierwszej kwestii chodzi o wytworzenie powiązań pomiędzy polskimi pracownikami instytucji europejskich, tak, aby ich obecność stanowiła dla nas wartość dodaną. W drugim – o posługiwanie się elastyczną procedurą europejską dla realizacji własnych interesów, tak jak robią to inne państwa.

Zdolność do zabezpieczenia polityki to z jednej strony kwestia szeroko rozumianego, wielowymiarowego bezpieczeństwa, a z drugiej, gwarancji bezpiecznej wewnętrznej komunikacji decyzyjnej w państwie, ochrony jego tajemnic, lojalności służb i urzędników publicznych. W przypadku Unii Europejskiej dodatkowego znaczenia nabiera umiejętność wczesnego rozpoznawania ewentualnych zagrożeń dla realizacji naszych interesów narodowych (np. pojawiające się inicjatywy ponadnarodowego zablokowania wydobycia gazu łupkowego na terenie UE) oraz budowanie sojuszy międzypaństwowych, które przełamywałyby siłę niekorzystnych z naszego punktu widzenia kontrugrupowań.

W bieżących działaniach w Unii ważne jest natomiast zrozumienie wspólnotowej praktyki rządzenia procesowego (governance), które kwestionuje tradycyjny, scentralizowany paradygmat prowadzenia polityki oparty wyłącznie o rząd (government). Tradycyjny model zakładał: statocentryzm, instytucjonalną separację struktur władzy publicznej od kontekstu społecznego (jako „otoczenia systemu”), homogeniczność systemu politycznego, oparcie relacji międzynarodowych na zasadzie suwerenności i nadrzędności relacji międzypaństwowych, przewagę struktur państwa nad innymi ośrodkami decyzyjnymi.

Taki model, w ramach UE, jest nie do utrzymania. Nie oznacza to wszakże, że państwo przestało odgrywać istotną rolę i mamy do czynienia z jego powolnym odchodzeniem w przeszłość. Jest wręcz odwrotnie. Podlegając przekształceniom, systemy państwowe zyskują na znaczeniu jako primus inter pares. Podstawowe ośrodki koordynacji działań publicznych, posiadające istotne zasoby materialne i mobilizacyjne, wyposażone w uprawnienia do egzekwowania praw i porządku, pozostają bowiem wciąż domeną państw.

Polskie żywotne interesy w Unii

Odchodząc od prezentowania założeń modelowych, warto zastanowić się także nad tym, jakie elementy dzisiejszej polityki europejskiej zahaczają o kwestie polskiej racji stanu. To znaczy tak poważnie dotykają warunków naszego trwania i rozwoju, że przekraczają obszar zwykłych interesów, które negocjuje się w ramach międzypaństwowego przetargu politycznego.

Wskazałbym na pięć takich obszarów, związanych z pięcioma różnymi rodzajami polityk europejskich. Pierwszym jest pakiet energetyczno–klimatyczny i związany z nim kształt europejskiego bezpieczeństwa energetycznego i rynku energii. Drugim zakresem jest przyszłość rolnictwa i znaczenie wsi, jako część szerszego zagadnienia modelu społecznego rozwoju. Trzecią kwestią są rozstrzygnięcia dotyczące europejskich finansów publicznych, budżetu wspólnotowego i przyjętych w nim zasad transferu pieniędzy (priorytetów budżetowych) oraz sprawy dotyczące tzw. zarządzania gospodarczego, skutkujące narzucaną konwergencją warunków rozwoju gospodarczego. Czwartym obszarem są relacje zewnętrzne Unii, w tym ich kształt instytucjonalny, priorytetowe kierunki, oddziaływanie Unii na bezpośrednie sąsiedztwo, kwestie gotowości do dalszego rozszerzania oraz wybory strategicznych parterów między USA a Rosją. Wreszcie ostatnim polem jest problem wewnątrzunijnej integracji makroregionalnej i odpowiedź na pytanie o regionalną podmiotowość Polski.

Koncentracja na tych obszarach jest ważna z dwóch powodów. Po pierwsze, musimy sobie uświadomić, że polityka europejska nie jest poststrategiczna i nie wystarczy powiedzieć, że naszym celem jest „bycie w głównym nurcie”, bo nurt integracyjnej rzeki nieustannie ewoluuje i nie każde jego koryto jest dla nas korzystne. Członkostwo w Unii nie znosi stojących przed państwem strategicznych wyborów, od których zależy ich racja stanu. Jest wręcz odwrotnie – członkostwo potęguje napięcie strategiczne, bo zwiększa liczbę pól, na których prowadzi się grę polityczną. Po drugie, mimo iż wspomniane obszary należą do bardzo różnych dziedzin polityki europejskiej, należy zdawać sobie sprawę z istnienia w Unii zjawiska tzw. kumulacji relacyjnej. Polega ona na tym, że pozycje państw względem siebie w różnych dziedzinach działania „nakładają się” niejako na siebie i tym samym określają hierarchie statusową państw członkowskich. Jeśli ktoś jest słabszy na wszystkich polach, staje się peryferią.

Polska geopolityka europejska

Do pytania o polską rację stanu w Unii Europejskiej można również podejść od strony geopolityki – kwestii terytorialnego rozmieszczenia naszych potencjałów, pól oddziaływania i potencjalnych kierunków ekspansji.

Dla tak rozumianej racji stanu wzorcem, według mnie, może stać się figura trefla, stąd moje przekonanie, że Polska w europejskiej talii kart powinna być asem trefl. Nie chodzi w tym przypadku o symbolikę samej karty, ale o rozmieszczenie polskich interesów na mapie Europy. Krąg zachodni to partnerzy z krajów Unii Europejskiej. Niekoniecznie wyłącznie najwięksi i centralni – Polska powinna poszukiwać ich wśród różnorodnych krajów średnich i małych, włączam w to także kraje wyszehradzkie. Krąg północny to kraje skandynawskie i bałtyckie. Polska musi wejść aktywnie w region Morza Bałtyckiego i postrzegać go jako strategicznie ważny. Krąg wschodni to nasz obowiązek wspierania wolnych i demokratycznych państw w tym regionie – na Wschodzie powinniśmy trwale zagwarantować sobie przyjazne sąsiedztwo przynależące do łacińskiego kręgu cywilizacyjnego. Do tego dołączona być winna ekspansja naszych interesów w kierunku Morza Czarnego i Adriatyku. Z włączeniem Bałkanów, które są wciąż niedocenianym przez naszą dyplomację potencjalnym obszarem rozbudowania polskich wpływów.

Tak oto otrzymujemy na mapie kształt trefla.

Tym samym polska polityka europejska powinna przełamać niekorzystną i anachroniczną koncepcję osiową (oś Paryż – Berlin – Warszawa – Moskwa), którą realizuje obecny obóz rządzący, a która dzieli i przecina Europę zamiast ją jednoczyć w różnorodności. Polska polityka europejska musi być nowoczesna i elastyczna. Oto nasza racja stanu.

Odważyć się na podmiotowość

Polska polityka europejska wymaga przemyślenia. Doktryna „głównego nurtu”, choć werbalnie może być atrakcyjna, treściowo jest pusta. Strategia polityczna to rozwój wedle pożądanego scenariusza, a nie wedle każdego scenariusza.

Szczególna rola w tym zakresie przypaść powinna była okresowi polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, czyli drugiej połowie 2011 roku, kiedy to nasz kraj będzie kierował pracami międzyrządowych ciał decyzyjnych (( Oczywiście poza Radą Europejską, która ma stałego Przewodniczącego, oraz Radą złożoną z ministrów spraw zagranicznych, której obradami kieruje Wysoka Przedstawiciel ds. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa.)) .

Kwestia prezydencji stanowi odrębny temat warty szczegółowego omówienia. Istotne, by pamiętać, że ów półroczny okres, jeśli jest dobrze przygotowany i stawia się przed nim ambitne oczekiwania, może stać się źródłem wzrostu prestiżu państwa, jednocześnie określając pola jego szczególnego zainteresowania i odpowiedzialności w ramach polityki europejskiej. Prezydencje, które się liczą, to tak zwane prezydencje innowacyjne. Zostają po nich wymierne osiągnięcia w postaci wypracowania wspólnych stanowisk członków w istotnych sprawach (traktaty, budżet, reforma polityki rolnej) lub określenia kierunków ewolucji polityki w Unii w ramach określonych obszarów tematycznych (pakiet energetyczno-klimatyczny od prezydencji niemieckiej 2007 do prezydencji francuskiej 2008). Przeciwieństwem prezydencji innowacyjnej jest prezydencja administracyjna, w ramach której kraj sprawujący przewodnictwo skupia się na „obsługiwaniu bieżącego kalendarza” prac instytucji europejskich i jego działania są pochodnymi procedur europejskich, bez wyznaczania ich celów.

Podmiotowość budują wyłącznie aktywne prezydencje innowacyjne. Polskę na takie przewodniczenie stać, ale czy obecne przywództwo polityczne ma do tego wolę – nie jest już takie jasne. Tym bardziej że nad naszą prezydencją ciąży jedno poważne niebezpieczeństwo, jakim jest uwikłanie jej w kontekst wyborczy i wykorzystanie dla celów propagandy partyjnej. Musimy jako obywatele pilnować, by nie nastąpiło w tym przypadku, znane z PRL-u, utożsamienie dobra partii z dobrem narodu.

Polska to wielka rzecz. Polska polityka europejska powinna zatem być prowadzona w imieniu ważnego państwa, którego celem jest uzyskanie pełnej podmiotowości przy umiejętnym wykorzystaniu narzędzi, które stwarza członkostwo w Unii Europejskiej.

Krzysztof Szczerski (ur. 1973), dr hab. nauk o polityce, pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego, Wicedyrektor Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ. Specjalizuje się w zagadnieniach integracji europejskiej, polityki międzynarodowej oraz administracji publicznej, w latach 2007-2008 wiceminister w MSZ i Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej, w latach 2009-2010 członek Rady Służby Cywilnej, obecnie doradca strategiczny frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w Parlamencie Europejskim.

Powyższy tekst jest rozbudowaną i przepracowaną wersją wystąpienia wygłoszonego podczas Kongresu „Polska – wielki projekt” w Warszawie 7 maja 2011 roku.

Ostatnie Wpisy

Czwarte morze

2024.06.28

Fundacja Republikańska

47. numer Rzeczy Wspólnych

2024.05.27

Fundacja Republikańska

Wieczór wyborczy

2024.05.27

Fundacja Republikańska

WSPIERAM FUNDACJĘ

Dołącz do dyskusji