Wolność w sumieniu

2022.01.13

Fundacja Republikańska

Wielość opinii prezentowanych przez media nie musi być wcale równoznaczna z wolnością słowa. Kluczowe nie jest przedstawianie punktów widzenia różnych stron politycznego sporu, ale niezależność myślenia, oceny argumentów oraz wyciągania wniosków zarówno przez dziennikarzy, jak i przez odbiorców

Chorobą współczesnych mediów jest ich polityka tożsamościowa. W skrócie polega ona na tym, by dostarczać widzom, słuchaczom i czytelnikom treści zgodnych z ich wizjami świata, przekonaniami czy wytworzonymi stereotypami. Przekaz musi być spójny i nie toleruje żadnych odstępstw od wyznaczonej linii. Dzięki temu media zapewniają sobie grono stałych odbiorców, którzy – dzięki jasnemu przekazowi – tylko utwierdzają się w swoich poglądach (politycznych, społecznych czy ideologicznych). Powoduje to, że grupy odbiorców mediów należą do zbiorów niemal zamkniętych, w których najistotniejszym spoiwem nie jest chęć poznania prawdy, ale tożsamość. Za takim formatowaniem mediów stoi oczywiście marketing, który definiuje grupy odbiorców. Z tego punktu widzenia znacznie wygodniejsze jest posiadanie zbioru o jasno określonych poglądach (na przykład, że szczepionki są szkodliwe, a pandemia COVID-19 została wywołana sztucznie po to, by zabrać zwykłym ludziom wolność), gdyż stanowi on zidentyfikowany target, któremu można sprzedać produkty odpowiedniego typu. Tacy odbiorcy są podatni na określony typ argumentów, a ich emocje – pożądane z punktu widzenia działów handlowych koncernów medialnych – wywoływane są przez dość jasno zdefiniowane bodźce.

W dłuższej perspektywie takie traktowanie mediów oraz ich odbiorców prowadzi do tego, że prawda jako taka nie ma większego znaczenia. Dla biznesu bardziej wartościowa jest zwarta i zdefiniowana grupa wierzących w to, że Ziemia jest płaska, niż labilna społeczność osób czerpiących informacje z różnych źródeł i starających się samodzielnie wyciągać wnioski. Im bardziej ich poglądy, preferencje i upodobania są trudne do jednoznacznego zidentyfikowania, tym mniejszą stanowią wartość. Dlatego nie opłaca się nawet kierować do nich przekazu. Nie wiadomo przecież dokładnie, na które bodźce będą podatni, a więc jaki rodzaj reklam należy im dedykować.

Odmienne języki

W ten sposób powstały już – nie tylko w Polsce – ogromne społeczności, które żyją obok siebie, odizolowane nie tylko poglądami, lecz także wszystkimi wyobrażeniami świata utwierdzanymi codziennymi dawkami zupełnie odmiennych zestawów informacji oraz opinii. Wraz z doskonaleniem się technik przekazu zbiorowości te coraz mniej się przenikają, a co za tym idzie – stają się sobie coraz bardziej obce. Posługują się nie tylko innymi informacjami i danymi, lecz także odmiennymi systemami wartości, a nawet różnymi językami. Te same słowa nabierają zupełnie innego znaczenia w poszczególnych społecznościach, mimo że pozornie żyją w tych samych miastach, dzielnicach czy pracują w tych samych firmach.

Weźmy na przykład słowo „tolerancja”. Dla osób postrzegających świat w sposób bardziej tradycyjny będzie ono znaczyło szanowanie poglądów i zachowań innych jednostek – oczywiście jeśli nie naruszają one norm społecznego współżycia oraz wolności pozostałych członków społeczności. Dla tych jednak, którzy uważają się za nowocześniejszych, tolerancyjny jest ten, kto uznaje równość wszelkich sposobów bycia, nawet jeśli wiąże się to z przekraczaniem ustalonych i wypracowanych przez dziesięciolecia zasad. W tym rozumieniu tolerancja oznacza więc brak norm, gdyż wszystkie z samej istoty oznaczają dyskryminację jakichś typów zachowań.

Innym przykładem może być słowo „faszyzm”. Dla ludzi znających historię, szczególnie Polski i Europy Środkowej, pojęcie to jednoznacznie oznacza system totalitarny, u którego podstawy leży dość pierwotnie i prymitywnie pojmowany nacjonalizm. Zwolennicy lewicy za faszystów uznają jednak wszystkich, którzy sprzeciwiają się postępowi w rozumieniu Karola Marksa i jego następców. Przez to na przykład za instytucję kształtującą postawy faszystowskie uznają choćby Kościół katolicki, prześladowany przez faszystów, dla których uwolnienie się od chrześcijaństwa było warunkiem powodzenia rewolucji społecznej. Kościół katolicki i w ogóle chrześcijaństwo były więc wobec faszyzmu na przeciwnym biegunie, ale dla lewicy „faszyzm” jest po prostu kolejnym stadium kapitalizmu.

Dodatkowo lewica i liberałowie za faszystów uważają także osoby przywiązane do narodowej tradycji oraz kultury. Dla nich Marsz Niepodległości musi więc być imprezą faszystowską, gdyż jego uczestnicy wyrażają wszystkie wartości, które hamują neomarksistowski postęp.

Podobnych przykładów różnego pojmowania pojęć (choćby „naród”, „postęp”, „rodzina”, „wolność”, „równość”, „kultura” itp.) jest znacznie więcej, a ich odmienne rozumienie prowadzi do wzajemnego oddalania się od siebie różnych grup społecznych. Nie prowadzą one dyskusji ani nie tworzą w wyniku dialogu wspólnych definicji zjawisk społecznych, lecz raczej zamykają się we własnych systemach pojęciowych. Proces ten musi rzecz jasna wpływać destrukcyjnie na funkcjonowanie społeczeństwa jako całości, mediom jednak otwiera zupełnie nowe możliwości. Pozwala jeszcze dokładniej wyodrębniać poszczególne zbiorowości i tworzyć z nich odpowiednie grupy docelowe.

Inne rzeczywistości

Kluczem do rynkowego sukcesu mediów jest nie tylko dokładne zidentyfikowanie zbiorowości, do których zamierzają one dotrzeć, poznanie ich gustów, poglądów i upodobań czy wreszcie dostarczanie im wyłącznie tego, czego sobie życzą. Coraz częściej jest nim kreowanie tych zbiorów i delikatne korygowanie ich preferencji. Nie wynika to – jak dawniej – z reagowania na zapotrzebowania wolnego rynku ani nawet z kreowania nowych potrzeb (jak robił to choćby Steve Jobs). Współcześnie chodzi raczej o takie modyfikowanie ludzkich zachowań, ich upodobań i systemów wartości, by uzyskiwać monopol na usługi, które pojawiają się w wyniku zmiany.

Nie ma to nic wspólnego z wolnym rynkiem ani konkurencją, która w pewnym zakresie jest gwarantem wolności jednostki. Zapewnia jej możliwość dokonywania wyborów i względną samodzielność w podejmowaniu decyzji. Tu chodzi raczej o zawładnięcie tą jednostką i uzależnienie jej nie tylko od dostarczanych dóbr czy usług, lecz także od stylu i sposobu życia czy postaw społecznych. To właśnie możliwości wpływania na zachowania socjalne jednostek stają się największym kapitałem nowoczesnych korporacji medialnych, gdyż daje im to długotrwałą możliwość zawładnięcia istotnymi sferami ich życia. Pozwala wytwarzać nieistniejące dotychczas potrzeby, ale jednocześnie odcinać od tych informacji, które byłyby w stanie zakłócić koherentny obraz rzeczywistości stworzony za pomocą starannie dobieranych przekazów. Dbają o to algorytmy, które w serwisach społecznościowych udostępniają odbiorcom informacje czy opinie pasujące do ich profilu wytworzonego przez inny algorytm.

Pal sześć, gdy chodzi o muzykę disco polo, wielbicieli horrorów czy romansów albo hiszpańskiego futbolu. Znacznie bardziej niebezpieczne jest, gdy dane te zostają wykorzystane w dziedzinie przekazu informacji czy kreowania światopoglądu albo na przykład zaufania do tradycyjnej medycyny. Ostatnim, wyjątkowo jaskrawym przykładem jest kryzys na granicy polsko-białoruskiej. Selektywny dobór treści sprawia, że odbiorcy skupiają się wyłącznie na tragedii uchodźców bądź twardej ochronie granicy, a tak szczelne domknięcie tych zbiorów powoduje, że rosyjsko-białoruska propaganda uzyskuje pole do działania. Wystarczy wszak wzbudzić empatyczne emocje wobec cierpiących ludzi, by społeczeństwo funkcjonujące według dość przejrzystych zasad moralnych stawało się bezradne. Trudno przecież stwierdzić, czy trudniej nam pogodzić się z cierpieniem dziecka, czy z narażeniem bezpieczeństwa wspólnoty. W tej wojnie z założenia przewagę uzyskuje władza pozbawiona etycznych dylematów, gdyż ludzkie wolności, godność i życie nie stanowią dla niej wyznacznika dobra. Istota ludzka jest tylko narzędziem potrzebnym do posiadania i utrzymania władzy.

Dążenie do przedstawienia przyczyn i skutków, ale także obnażanie przebiegłości agresora muszą powodować, że proste odruchy zostają zastąpione wnioskami rozumowymi. To znacznie ogranicza możliwości oddziaływania propagandy.

Brak kompletnej informacji skutkuje powstaniem ogromnych niedoinformowanych grup społecznych. Nie tylko nie otrzymują one przekazu, który mógłby zmienić ich wyobrażenie świata, lecz także za pomocą jednostronnie dobranych opinii są one utwierdzane w przekonaniu, że rzeczywistość jest jednoznaczna i zgodna z ich postrzeganiem. Nie ma tu miejsca na niuanse i szarości. Wiadomo, kto jest dobry, a kto zły, kto nowoczesny, a kto zacofany, kto mądry, a kto głupi, kto miły, a kto arogancki. Zwolennikowi liberałów nie wyświetlają się więc raczej posty skierowane do konserwatysty, nawet jeśli te dwie osoby uznały się wzajemnie za znajomych. Szczególnie jeśli udostępniane treści dotyczą kwestii drażliwych światopoglądowo. Tworzenie tych współczesnych plemion jest możliwe dzięki ogromnym bazom danych, które są w posiadaniu mediów społecznościowych, a przez nie – także rynkowych analityków. Dzięki ogromnej ilości informacji odbiorcy mediów są dopasowywani do odpowiednich zbiorów, a następnie pielęgnowani, by przypadkiem nie zechcieli znaleźć się w innej szufladzie.

Ta jednoznaczność przekazu pozbawia odbiorców głównego atrybutu wolności słowa, a więc prawa do pełnej, obiektywnej informacji. Selektywność doboru treści oraz – w efekcie – ich banalność w rzeczywistości odbierają możliwość własnej, samodzielnej oceny rzeczywistości. Przestawienie sią na innego nadawcę (niezależnie od tego, czy jest to stacja telewizyjna lub radiowa, gazeta, czy serwis internetowy) nie oznacza zazwyczaj wcale poprawy jakości otrzymywanych informacji, a więc ich większej wiarygodności, ale inną ich selekcję. Inny może być więc przekaz, ale warsztat manipulacji pozostaje ten sam. Po prostu jest skonstruowany dla ludzi o innych poglądach. Wystarczy przecież odpowiednio przedstawić emocje rozmówców, dobrać wypowiedzi komentatorów, zdjęcia protestujących tłumów, wyraz twarzy sojuszników i przeciwników, by polukrować lub zohydzić czyjś wizerunek, jego poglądy i wyznawane wartości. O ile trudno mieć pretensje do polityków, ich sztabów i zatrudnianych przez nich macherów od marketingu, że wykorzystują wszystkie dostępne techniki do zdobycia jak największej liczby zwolenników, o tyle od mediów odbiorcy mają prawo wymagać czegoś innego. Nie mogą skupiać się jedynie na prezentowaniu różnych opinii, nawet jeśli obejmują one możliwie szeroki wachlarz poglądów, ale muszą także podejmować trud dążenia do prawdy. To oczywiście praca żmudna, polegająca na przedstawieniu powodów ludzkich działań, ich przebiegu i skutków zarówno dla całej społeczności, jak i poszczególnych jednostek. W świecie ogarniętym szaleństwem zasięgów, klikalności oraz liczby odsłon na dochodzenie do prawdy nie ma jednak czasu. W wielu przypadkach jest to nawet niepożądane, gdyż rzetelna, pełna informacja może być zbyt trudna i wieloznaczna, by zainteresować sformatowanego konsumenta. 

Niepotrzebna moralność

Wolność słowa to nie tylko możliwość swobodnego wypowiadania opinii i przedstawienia ich szerokiemu gronu społecznemu, co dziś odbywa się przez media. To także, a raczej przede wszystkim, swoboda sumienia i myślenia. Tylko dzięki temu wolność słowa może przetrwać. Tu jednak dotykamy bardzo niepopularnej kwestii, czyli sumienia. Niechęć do kłamstwa wynika właśnie z umiłowania prawdy, a więc dobra. W czasie, gdy liberalna lewica przekonuje nas, że prawdy jako takiej nie ma, ale istnieje jedynie interpretacja, sumienie staje się czymś niebezpiecznym. Z samej swej istoty zakłada przecież, że gdzieś jest jakaś siła wyższa, która zaszczepiła w człowieku zdolność do rozstrzygania, co jest dobre, a co złe. Sumienie jest raczej cząstką Boga w człowieku niż wynikiem przyswojenia opracowanych przez ludzi kodeksów. Samo dążenie do prawdy nie tylko więc oznacza wejście na drogę prowadzącą ku dobru, lecz także dowodzi, że człowiek w całej swej ułomności jest zdolny do wyboru drogi trudniejszej, bardziej wyboistej, ale za to opartej na moralności.

Prawda z racji swojej etycznej wyższości ma więc w istocie znacznie większą moc uwodzenia niż nawet najlepiej opakowane kłamstwo. Tyle tylko, że w dzisiejszym świecie wymyka się marketingowi i zarządzaniu wielkimi bazami danych, a więc staje się towarem zbyt ekskluzywnym, by można było ją dostarczać masom.  

George Orwell nigdy nie ukrywał swych lewicowych poglądów. Zachwycał się, że Nadieżda Krupska czytała choremu Leninowi te same książki, które on sam cenił wysoko. Drwił z katolików i konserwatystów. Winstona Churchilla traktował jako zło konieczne. A jednak był w stanie wznieść się, zweryfikować swoje poglądy i napisać najpierw „Folwark zwierzęcy”, a następnie „1984”, które przecież pokazują destrukcyjną grozę czerwonego totalitaryzmu. Nie wiemy, jaką ewolucję przeszłyby jego poglądy, gdyż wkrótce po napisaniu „1984” zmarł i nie mógł się nawet nacieszyć sukcesem tej powieści. Możemy być jednak pewni, że nie dałby się wsadzić w ramy lewicowego postępowca, jakich dziś mamy pod dostatkiem. W felietonach z okresu drugiej wojny światowej deklarował się jako człowiek niewierzący w Boga i nieoczekujący żadnego życia po biologicznej śmierci, ale jednocześnie dostrzegał zagrożenia wynikające z odchodzenia ludzi od religii i wiary.

Masowe niedoinformowanie

I tu dochodzimy do fundamentalnego paradoksu: społeczeństwa, w których łatwość dostępu do informacji jest technicznie większa niż kiedykolwiek wcześniej w historii – wynika to rzecz jasna z cyfryzacji naszej rzeczywistości – cierpią na chroniczny deficyt informacji, ponieważ dominującą formą przekazu, jaką otrzymują obywatele, jest komentarz lub opinia. Bez jednoczesnego dostarczenia rzetelnej, nieselekcjonowanej informacji (czy szerzej – wiedzy) duże grupy społeczne, a czasem całe narody stają się bezbronne wobec propagandy w znacznie większym stopniu niż wcześniej. Powoduje to kilka czynników:

  1. brak możliwości weryfikowania dostarczonych danych (do tej pory w imieniu społeczeństwa robili to dziennikarze, ale w większości stali się dziś oni raczej pracownikami korporacji medialnych, będących częścią holdingów biznesowo-politycznych; dążenie do prawdy zostało więc zastąpione dobrem korporacji i szerzej – całego holdingu);
  2. zalew ogromnej ilości informacji sprzecznych i wzajemnie się wykluczających, których wiarygodność uznaje się jedynie na podstawie własnych emocji oraz wytworzonego wcześniej wyobrażenia świata;
  3. powszechna obecność fake newsów, czyli kłamstw, które przypominają prawdę i noszą pewne jej znamiona (najczęściej polega to na wymieszaniu w jednym przekazie informacji prawdziwych i nieprawdziwych, ale zgodnych z obowiązującymi stereotypami);
  4. chęć przynależenia do określonej grupy społecznej, do której jednostka aspiruje; w związku z tym przyswaja ona jedynie opinie i selekcjonowane informacje, pozwalające spełnić oczekiwania wynikające z członkostwa w określonej grupie;
  5. wypieranie treści zaburzających wytworzony obraz świata (jest to o tyle łatwe, że z ogromnej liczby przekazów, jakie docierają do jednostki, może ona zawsze wybrać taki, który jest najbardziej dla niej wygodny);
  6. zaawanasowana inżynieria społeczna, która polega na budowie – opisanego przez Hannah Arendt – nowoczesnego kłamstwa; w skrócie polega ono na tym, że kłamstwo ubiera się w formy naukowe, zapewnia się mu poparcie autorytetów, opisuje się w publikacjach, by potem powoływać się na nie jak na prawdę (doskonałym przykładem jest tu tzw. nowa szkoła badania Holokaustu, która – pomijając w dużej mierze warsztat historyczny – stara się napisać od nowa historię mordowania Żydów na ziemiach polskich, czyli w rzeczywistości przypisać znaczną część winy Polakom).

Fałsz doskonały

Nowoczesne kłamstwo jest szczególnie niebezpieczne, gdyż pozostawia przeciętnego człowieka bez żadnej możliwości obrony. Jeśli weźmiemy pod uwagę badania nad klimatem, zagładą Żydów, ekologią czy medycyną, to z pewnością możemy stwierdzić, że przeciętny odbiorca nie jest w stanie rozstrzygnąć, co jest prawdą, a co fałszem. Do niedawna punktem odniesienia byli naukowcy (których wiedza docierała do społeczeństwa przez dziennikarzy lub publikacje), ale przecież uczelnie podlegają podobnym procesom jak media. Uniwersytety i akademie przestały być ostoją wolności myślenia i przekształcają się w ośrodki programowania rewolucji społecznej. Wiarygodność naukowców została więc sprowadzona – podobnie jak dziennikarzy – do ich tożsamości. Aktywność wielu profesorów, ich zapalczywość, jednoznaczność i prostota sądów, jednostronność i bezrefleksyjność opinii potwierdzają jedynie kryzys, w jakim znalazła się nauka jako dziedzina ludzkiej aktywności. Wolność myślenia polegająca na dążeniu do poznania prawdy została sprowadzona do pozyskiwania sowitych grantów od instytucji, których celem jest bądź promowanie określonych – zwykle posthumanistycznych (jak nazwała to Chantal Delsol) – postaw z powodów politycznych lub ekonomicznych. Nikt już nawet nie próbuje ukrywać istnienia cenzury zabraniającej prowadzenia badań, których wyniki mogłyby zakwestionować programowany kierunek zmian społecznych.

Jeśli weźmie się pod uwagę, że nowoczesność – rozumiana jako postęp technologiczny i wynikające z niego zmiany na rynku pracy, dostępu dóbr, produkcji czy globalizacja – sprawia, iż procesy ekonomiczne i społeczne są coraz bardziej skomplikowane, a ich wpływ na życie jednostki jest coraz głębszy, to przeciętny człowiek do oceny otaczającej go rzeczywistości potrzebuje szerszego spektrum informacji niż jego dziadek czy pradziadek. Im jednak więcej danych jest przekazywanych, tym trudniej je weryfikować. Jeśli nie robią tego dziennikarze i naukowcy, to tym bardziej nie jest w stanie uczynić tego jednostka pozbawiona odpowiednich narzędzi, metodologii, a przede wszystkim czasu. W ten sposób współczesny człowiek znalazł się na rynku informacyjnym bez żadnej strefy ochronnej, śluzy zabezpieczającej przed manipulacją i wykorzystaniem. Stał się niczym jedna z owiec w wielkim stadzie, która wie, że nie bronią jej już psy pasterskie, a wokół krążą wilki. Jest oczywiste, że będą atakować, ale nie wiadomo kiedy, z której strony i jaką technikę wybiorą. Panami sytuacji są drapieżniki, które zrozumiały, że najwięcej mięsa zdobędą wtedy, gdy uda im się przekonać owce o swojej bezinteresownej przyjaźni.

Autor: Mariusz Staniszewski


Działanie sfinansowane ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030

Ostatnie Wpisy

Odporność zbiorowa

2022.01.13

Fundacja Republikańska

Emerytura albo gospodarstwo

2022.01.13

Fundacja Republikańska

Przyszłość jest dziś. Kilka słów o rynku pracy.

2022.01.13

Fundacja Republikańska

WSPIERAM FUNDACJĘ

Dołącz do dyskusji

Administratorem danych osobowych jest XXX, który dokonuje przetwarzania danych osobowych Użytkowników zgodnie z przepisami ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 roku o ochronie danych osobowych (t. jedn. Dz.U. z 2002 r., nr 101, poz. 926 ze zm.) oraz ustawy z dnia 18 lipca 2002 roku o świadczeniu usług drogą elektroniczną (Dz. U. nr 144, poz. 1204 ze zm.). Operator Serwisu zapewnia Użytkownikom realizację uprawnień wynikających z ustawy o ochronie danych osobowych, w szczególności Użytkownik ma prawo wglądu do swoich danych osobowych oraz prawo do ich zmiany, poprawiania i żądania ich usunięcia.