Natura sukcesu transformacyjnego

2022.02.11

Fundacja Republikańska

Przejście z ustroju komunistycznego do kapitalistycznego nie dokonało się u nas w wyniku rewolucji, której szczególnie zależy na legitymizowaniu się za pomocą sukcesów, niemniej – zdaniem analityków – współczesny kapitalizm lokuje się na wyższym etapie rozwoju i przynosi większe korzyści. Narzuca to korzystną dla kapitalizmu i demokracji ocenę zmian ustrojowych, które dokonały się w Polsce od 1989 r. Żeby tę kwestię rozstrzygnąć, należy wskazać na konsekwencje tych zjawisk. Do tego się ograniczę, koncentrując się na zmianach w strukturze społecznej.

Czy wspomniane zjawiska miały charakter na tyle przełomowy, że można je nazywać sukcesem? Można to najbardziej jednoznacznie określić w wymiarze ekonomicznym. Niewątpliwie sukcesem jest stały (od 1992 r.) wzrost dochodu narodowego, któremu towarzyszy wzrost standardu życia przeciętnego Polaka i związany z tym wzrost poczucia zamożności. Dokumentują to wyniki badań prowadzonych przez CBOS, które dostarczają najbardziej systematycznego przeglądu tych zjawisk. Z badań wynika, że jeżeli w 1987 r. odsetek Polaków zaliczających warunki materialne własnego gospodarstwa domowego do „dobrych” wynosił tylko 15 proc., to do 1999 r. wzrósł do 30 proc., w 2010 r. wyniósł 40 proc., w 2021 r. kształtował się zaś średnio na poziomie 64 proc. W latach 1996–2017 przybyło posiadaczy pralki automatycznej – z 62 do 97 proc., zmywarki do naczyń – z 1 do 42 proc., a równocześnie coraz mniej ludzi deklarowało brak pieniędzy na jakiekolwiek wydatki, włączając w to edukację i zdrowie. Są to przekonujące wskaźniki sukcesu ekonomicznego, którego by zapewne nie było, gdyby komunizm nie upadł.

Lepszy styl życia

Sytuacja materialna przekłada się na styl życia, który stał się nie mniej ważnym kryterium oceny sytuacji życiowej. W zależności od przesłanek teoretycznych zjawisko to określa się mianem formowania się społeczeństwa post-postindustrialnego (Daniel Bell), postmodernistycznego (Jean-François Lyotard), postmaterialistycznego (Ronald Inglehart) lub – jeszcze ogólniej – jako rezultat potrzeby samorealizacji, będącej najwyższym poziomem rozwoju osobowości (Abraham Maslow). Jak argumentują wymienieni autorzy, we wszystkich krajach o wysokim potencjale gospodarczym prawidłowością jest chęć korzystania ze zgromadzonych zasobów materialnych, czego potwierdzeniem są wyniki badań. Po przekroczeniu progu wysokiej zamożności dokonuje się wzrost szeroko rozumianej konsumpcji, a sens życia nie sprowadza się wyłącznie do sukcesu materialnego, ale szukania symboli tożsamości kulturowej podnoszących samoocenę jednostek. Ludzi w większym stopniu stać na chodzenie do kina, mogą sobie pozwolić na turystykę zagraniczną, wydatki związane z korzystaniem z obiektów sportowych i na bywanie w muzeach.

Nie jest więc zaskakujące, że mieszkańcy Polski coraz chętniej angażują się w różnego rodzaju aktywności w czasie wolnym. Z badań CBOS wynika, że od 1987 do 2018 r. odsetek Polaków deklarujących, że byli w ciągu ostatniego roku w teatrze, zwiększył się z 13 do 24 proc., odsetek chodzących na wystawy i do muzeów wzrósł w latach 2011–2018 z 26 do 32 proc., a osób chodzących na koncerty – z 34 do 44 proc. Wzrost aktywności widoczny jest również w innych obszarach: np. chodzenie na imprezy sportowe w latach 1987–2018 zwiększyło się z 26 do 43 proc., a jedzenie w restauracji – z 22 do 76 proc. Do znaczącego wzrostu stopy życiowej można zaliczyć zwyczaj urządzania przyjęć dla znajomych, który jest tradycyjną formą życia towarzyskiego; w latach 1987–2018 relatywny udział tej kategorii zwiększył się z 65 do 77 proc. W sumie tendencja do praktykowania szeroko rozumianej kultury była rosnąca, co można traktować jako odzwierciedlenie uniwersalnych prawidłowości związanych z poprawą standardu materialnego i z globalizacją, które przyspieszyły po przejściu Polski na tory gospodarki rynkowej.

Zmiany w strukturze społecznej

Tłem tego procesu są przekształcenia struktury społecznej, których nie da się tak jednoznacznie ująć na skali korzyści, ale jako czynniki modernizacji są one fundamentem sukcesu gospodarczego i funkcjonowania demokracji. Jeżeli rozpatrywać strukturę społeczną w postaci układu podstawowych kategorii społeczno-zawodowych, bo do tego się ona w pewnym stopniu sprowadza, to najbardziej wyrazistymi konsekwencjami transformacji były z jednej strony spadek liczebności rolników i robotników wykwalifikowanych, a z drugiej strony – wzrost liczebności szeregowych pracowników handlu i usług oraz właścicieli poza rolnictwem. Odsetek rolników zmniejszył się w latach 1987–2019 z ok. 21 do 7–8 proc., a robotników wykwalifikowanych z 25 do ok. 16 proc. Każdy spadek był częściowo wymuszony – czy to przez malejące zapotrzebowanie na produkty rolne (spadek opłacalności i konkurencja ze strony taniego importu), czy przez przechodzenie z systemu industrialnego na sektor usług, co jest zjawiskiem uniwersalnym. Upadek systemu komunistycznego stał się naturalnym impulsem do rozwoju „klasy” właścicieli, czyli kapitalistów. Analizy prowadzone na danych Europejskiego Sondażu Społecznego wskazują, że odsetek właścicieli w Polsce sytuuje się powyżej średniego poziomu dla społeczeństw europejskich (oscyluje w granicach 8–11 proc.), chociaż dominują przedsiębiorstwa jednoosobowe. Jest to tzw. stara klasa średnia, a nie zamożni przedsiębiorcy i elita biznesu, ale ci ostatni są wszędzie ułamkiem procentu. Z kolei wzrost liczebności pracowników najemnych w usługach i handlu (sprzedawczynie, agenci nieruchomości, kucharze, kelnerzy, pracownicy ochrony) był odpowiedzią na rozwój konsumpcji i „uczestniczenia w kulturze” ludzi, którzy mają więcej wolnego czasu i chcą z niego korzystać. Liczebność tej kategorii, potencjalnej „niższej klasy średniej”, zwiększyła się z 6–7 do 16 proc. Można to podsumować stwierdzeniem, że sukcesem jest dostosowywanie się struktury społecznej do zmian wymuszanych przez struktury rynkowe z jednoczesnym uruchamianiem postaw związanych z racjonalnością, tolerancją, otwartością i zaufaniem do innych, które oceniane są na ogół jako korzystne. Był to naturalny efekt większej złożoności nowych ról zawodowych, związanych z kwalifikacjami i wiedzą.

Większość przeciw nierównościom

Sprawa robi się bardziej skomplikowana, jeżeli wziąć pod uwagę to, że prawdziwe sukcesy są związane z kosztami. Kosztem przejścia z komunizmu do stosunków rynkowych był wzrost nierówności. Dokonało się to nie tylko w postaci „obiektywnych” wskaźników (wzrostu bezrobocia, dziedziczonego ubóstwa, nierówności dochodów – indeks Giniego zwiększył się z ok. 0,25 do 0,32), lecz także w odbiorze społecznym. Rzecz dotyczy fundamentalnego problemu, w jakim stopniu dystrybucja zarobków dokonuje się zgodnie z normami sprawiedliwości społecznej. Racjonalność systemu kapitalistycznego opiera się na wynagradzaniu ludzi za kwalifikacje zawodowe, poziom wykształcenia, jakość pracy i inne rodzaje „zasług”. Czynnikiem przemawiającym za akceptacją tych nierówności może być przekonanie o korzyściach płynących z merytokracji i efektywności ekonomicznej przyczyniającej się do wzrostu stopy życiowej. Faktem jest, że zróżnicowanie zarobków oparte na merytokracji cieszy się szerokim poparciem we wszystkich krajach, w których badano opinie na temat kryteriów, według których powinno się ludzi wynagradzać. Nie wyklucza to jednak tego, że nierówności dochodów mogą się wydawać czymś niepotrzebnym i obcym, tak groźnym i trudnym do zaakceptowania, jak bezrobocie i wzrost widocznego ubóstwa. Dla reprezentantów starszego i średniego pokolenia Polaków nierówności są w znacznym stopniu zaprzeczeniem tego, do czego przyzwyczaiły ich doświadczenia wyniesione z systemu komunistycznego. Potwierdzeniem tego był stosunkowo mały sprzeciw wobec dużych różnic w dochodach bezpośrednio przed zmianą ustroju. Potencjał niezaspokojonych aspiracji do podniesienia stopy życiowej był wtedy tak duży, że aby umożliwić jej wzrost, nie protestowano, gdyby dokonało się to kosztem zwiększenia nierówności. W 1988 r. kategoria osób, które „nie zgadzały” się na duże nierówności dochodów, „nawet gdyby miały one skutkować wzrostem dobrobytu” (tak zadawano pytanie w badaniu na ogólnopolskiej próbie ludności), liczyła zaledwie 29,7 proc. ogółu społeczeństwa. Jednak ten entuzjazm był tylko przejściowy i szybko przeminął. Kategoria przeciwników nierówności („nawet gdyby miały one przynieść dobrobyt”) zwiększyła się w latach 90. ubiegłego wieku do 38–39 proc., a w 2003 r. – do 52 proc.

Potwierdzeniem poparcia dla idei zmniejszenia nierówności są tendencje uchwycone na podstawie danych Polskiego Generalnego Sondażu i Europejskiego Sondażu Społecznego prowadzonych w latach 1992–2018. Okazuje się, że przeciwnicy wysokich nierówności dochodów są w zdecydowanej większości. Kategoria zwolenników poglądu, że „do obowiązków rządu powinno należeć zmniejszanie różnic między wysokimi i niskimi dochodami?”, obejmowała powyżej 72–73 proc. ogółu dorosłych, tak jakby nadzieje na wzrost dobrobytu nie stanowiły wystarczającej rekompensaty za koszty związane z nierównościami. W świadomości społecznej „duże zróżnicowanie dochodów” stało się negatywnym symbolem systemu kapitalistycznego, tak jak za czasów Wojciecha Jaruzelskiego kojarzyło się z propagandą komunistyczną, a za Edwarda Gierka – z ideologią sukcesu.

Uzyskanie społecznej akceptacji dla nierówności dochodów byłoby czynnikiem wspierającym rozwój stosunków rynkowych. Żeby uniknąć jednostronnego podejścia, należy podkreślić, że ludzie wyrażają poparcie dla uzyskiwania wysokich zarobków w zawodach wymagających wysokich kompetencji i odpowiedzialności, takich jak właściciel wielkiej firmy i minister w rządzie. Zawody te powinny lokować się, zdaniem respondentów, na szczycie hierarchii „sprawiedliwych” dochodów, ale równocześnie nierówności te nie „powinny być” duże. Występowanie tej prawidłowości stwierdzono w większości społeczeństw i tak samo jest w Polsce, co zaliczyłbym do kosztów transformacji polegających na niedostosowaniu się części społeczeństwa do gospodarki rynkowej. Negatywny stosunek do nierówności nie dotyczy tylko sprzeciwu wobec rozpiętości dochodów, będących immanentną cechą systemu kapitalistycznego, lecz także innych mankamentów, za które trzeba zapłacić. Wyniki badań wskazują, że mieszkańcy krajów postkomunistycznych w dalszym ciągu są bardziej skłonni (niż społeczeństwa zachodnie) do popierania polityki socjalnej rządu niż do polegania na sobie. Utrzymuje się orientacja kolektywistyczna, a domaganie się pomocy od państwa i wiara w jego opiekę przeważają nad postawami indywidualistycznymi. Można to uznać za dysfunkcjonalne dla struktur rynkowych w sensie wymuszania modelu demokracji paternalistycznej opierającej się na dystrybucji środków w zamian za nic. Jest to obciążenie wydatków z budżetu i odbiega od normy sprawiedliwości opierającej się na zasadzie merytokracji.

Problemem, z którym musi się borykać demokracja, jest wzrost oczekiwań kreujących niezadowolenie społeczne. Paradoksem jest to, że każdy rząd, w tym również rząd w Polsce, powinien liczyć się z negatywnymi konsekwencjami „efektu Easterlina” (hipoteza sformułowana w 1972 r. i brana pod uwagę do dziś). Na podstawie wyników badań ze Stanów Zjednoczonych i kilku innych krajów Richard Easterlin próbował wyjaśnić, dlaczego wzrost stopy życiowej i położenia materialnego nie zwiększa zadowolenia z życia ani nie poprawia oceny rządu, który powinien z tego korzystać. Argument Easterlina był następujący: dzieje się tak dlatego, że ludzie na ogół dokonują oceny swej sytuacji przez porównanie się z innymi, bliskimi sobie kategoriami i gdy wzrost obejmuje wszystkich – średnio rzecz biorąc – to nie podnosi to samooceny, ale może ją nawet obniżać (bo nie ma się z czego cieszyć). Otóż podobnie może być z ocenami polityki Zjednoczonej Prawicy w latach 2021–2023. Najprawdopodobniej większość społeczeństwa skorzysta z poprawy koniunktury gospodarczej po pokonaniu pandemii, do tego dojdą pozytywne skutki Polskiego Ładu, ale nie musi to poprawić notowań rządu, ponieważ procesy te będą miały charakter masowy. Efekt Easterlina może uruchomić różne argumenty wzmacniające krytykę rządu przez siły opozycyjne, włącznie z dodaniem dodatkowego impulsu Donaldowi Tuskowi.

Klasa średnia

Rozważania nad konsekwencjami Polskiego Ładu stały się przyczynkiem do wznowienia dyskusji na temat klasy średniej. Zasadnicze pytanie dotyczy ewentualnego pogorszenia lub poprawy jej statusu materialnego. Należy uściślić, że potencjalną klasą średnią są pracownicy umysłowi, a zwłaszcza specjaliści, i właściciele – kategorie, które stały się główną siłą napędową systemu kapitalistycznego. Od samego początku, tj. od przechodzenia systemu feudalnego na tory gospodarki rynkowej, wyróżniały się one przedsiębiorczością, kwalifikacjami zawodowymi, dążeniem do sukcesu ekonomicznego oraz rosnącymi potrzebami w zakresie konsumpcji i kreowania popytu, co sprzyjało rozwojowi stosunków rynkowych. Klasa średnia była czymś ożywczym i nowym w porównaniu z magnaterią, ze szlachtą i z chłopstwem.

W rozwiniętej demokracji rynkowej klasa średnia jest jednym ze wzorów do naśladowania, a rządy i politycy krajów zachodnich odwołują się do niej. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że obejmuje ona z definicji ludzi najbardziej efektywnych, produktywnych i dostosowanych do współczesnego rynku pracy – w przeciwieństwie do członków klasy niższej, którzy tych zasobów nie mają, i klasy wyższej, która w znacznym stopniu „dziedziczy” zasoby rodziców. Cechy te dostarczają klasie średniej poczucia sukcesu, podnoszą samoocenę, zwiększają satysfakcję z życia, pozwalają wierzyć, że głównym wyznacznikiem wysokiego statusu są osobiste osiągnięcia i własne zdolności, co jeszcze bardziej motywuje do podnoszenia kwalifikacji i demonstrowania oznak sukcesu ekonomiczno-zawodowego. Równocześnie istnienie klasy średniej sprzyja poprawie sytuacji całego społeczeństwa i redukuje konflikty oraz napięcia społeczne – bo nie wypada krytykować ludzi za oznaki zamożności, skoro zawdzięczają je sobie. W sytuacji, gdy głównymi kryteriami oceny pozycji społecznej są samodyscyplina, użyteczność i zdolności jednostek, przynależność do klasy średniej wzbudza sympatię i mobilizuje do indywidualnego wysiłku.

Zalety te wyjaśniają, dlaczego politycy prawie wszystkich opcji odwołują się do klasy średniej nawet wtedy, gdy jej nie ma lub gdy dopiero się ona kształtuje. Tak właśnie jest w Polsce. Kategorie, które mogą być zaliczane do klasy średniej, są zbiorowością obejmującą ok. 44 proc. ludności. Oprócz właścicieli firm są to lekarze, prawnicy, dziennikarze, literaci, naukowcy, inżynierowie, technicy, przedstawiciele świata artystycznego, doradcy finansowi, maklerzy giełdowi, specjaliści od wizerunku i public relations, konsultanci, wizażyści, badacze rynku, styliści, spin doktorzy oraz szeroka i zróżnicowana rzesza pracowników biurowych. Wzrost zapotrzebowania na te zawody jest rezultatem tworzenia się nowych stanowisk i instytucji związanych z rozwojem nowych technologii, różnych usług i sfery publicznej.

Posiadanie tych atrybutów nie oznacza automatycznego przejmowania charakterystycznych dla klasy średniej orientacji, takich jak skłonność do polegania na sobie, samodyscyplina, oszczędność i zapobiegliwość. Barierą rozwoju tych postaw są w dalszym ciągu stosunkowo niskie dochody i utrzymywanie etosu inteligenckiego, w którym ofiarność społeczna i uzurpowanie sobie roli mentora zwalniają od pragmatycznego podejścia do życia. Nie zmienia to faktu, że reprezentanci tej kategorii kierują się zasadami racjonalności rynkowej, czego przykładem może być inwestowanie w edukację swych dzieci i podporządkowywanie temu celowi rytmu funkcjonowania rodziny. Jak na razie specjaliści stają się bardziej „nowymi inteligentami”, odgrywającymi złożone role zawodowe i reprezentującymi postawy, które upodobniają ich do specjalistów w krajach zachodnich.

Najbardziej pozytywnym akcentem jest to, że koszty transformacji ustępują wzrostowi dobrobytu. Polska weszła na tor trudnych do pokonania problemów, którym stawiają obecnie czoła rozwinięte społeczeństwa rynkowe (m.in. spadek dzietności i brak siły roboczej). Za to nie ma u nas konfliktów religijnych i narodowościowych ani zagrożenia niechcianą imigracją ze Wschodu, nie ma więc na co narzekać.

Autor: Prof. Henryk Domański – Socjolog, profesor nauk humanistycznych. Był m.in. dyrektorem Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk oraz prorektorem Collegium Civitas.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Dołącz do dyskusji

Administratorem danych osobowych jest XXX, który dokonuje przetwarzania danych osobowych Użytkowników zgodnie z przepisami ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 roku o ochronie danych osobowych (t. jedn. Dz.U. z 2002 r., nr 101, poz. 926 ze zm.) oraz ustawy z dnia 18 lipca 2002 roku o świadczeniu usług drogą elektroniczną (Dz. U. nr 144, poz. 1204 ze zm.). Operator Serwisu zapewnia Użytkownikom realizację uprawnień wynikających z ustawy o ochronie danych osobowych, w szczególności Użytkownik ma prawo wglądu do swoich danych osobowych oraz prawo do ich zmiany, poprawiania i żądania ich usunięcia.