Bunt przeciwko buntowi

Bunt przeciwko buntowi

Stary ład, który został ukształtowany przez rewolucję w kulturze, powoli się wyczerpuje. Stery przejmuje prawica. Czy oznacza to przywrócenie konserwatywnych wartości?

Tekst z 24 numeru kwartalnika "Rzeczy Wspólne".

Otwarta kilka miesięcy temu w Victoria and Albert Museum wystawa „You Say You Want a Revolution?” przypomniała czasy swingującego Londynu. Moda z Biby, Twiggie, nagrania Beatlesów i ich poprzedników. Rękopis „Imagine” w gablotce. Dzięki niej widz mógł się także przenieść do USA i znowu poleżeć na polach Woodstock. Piszę „znowu”, bo większość zwiedzających miała ponad 70 lat i należała do pokolenia weteranów rewolucji. Niektórzy w profesorskich garniturach i innych tweedowych ubraniach, pozostali w wygrzebanych z szaf kolorowych koszulach i spodniach. Mężczyźni z brodami jak hinduscy guru, podparci laską, bo samemu chodzić coraz trudniej. Od samej wystawy ciekawsi byli oni – oglądający ekspozycję weterani. Chociaż mówi się o powracającej fali sentymentu do czasów rewolucji lat 60., to trudno nie zauważyć wypalenia się tamtej epoki. Dziś uczestnicy wydarzeń są już tylko dziedzicami upadającej tradycji i podobnie jak rodzice, przeciw którym się buntowali, stanowią ostoję mijającego porządku. Podobnie jak wcześniejsza o pokolenie awangarda pokolenie lat 60. zbuntowało się przeciw muzeum – skodyfikowanemu systemowi wartości, z ustaloną hierarchią, kanonem.

Rewolucja miała burzyć. Dziś to, co burzyła, stało się obiektem muzealnym, przedmiotem badania i punktem odniesienia w  wartościowaniu nowych zjawisk. Kiedy w latach 60. jeden z holenderskich prowokatorów stał się członkiem rady miejskiej Amsterdamu, ruch zaczął się rozpadać i kłócić o to, czy wypada legitymizować system władzy. Obecnie ludzie tacy jak Joschka Fischer i Daniel Cohn-Bendit, ówcześni buntownicy, patronują systemowi władzy europejskiej. Ich rewolucyjne lektury, choćby „Człowiek jednowymiarowy” Herberta Marcuse’a, są książkami obowiązkowymi na wydziałach humanistycznych, a młodzi adepci nauki odrzucają ten przymus czytania jako element indoktrynowania przez białego człowieka wielobarwnej społeczności uniwersyteckiej.

Stało się to, czego rewolucja miała uniknąć – burzyciele stanęli na czele struktur władzy i potępiają każde odchylenie od linii rewolucyjnej. Młoda Europa przeraża ich coraz bardziej – kolejne zwycięstwa prawicowych partii, rozpad struktur europejskich, w których tworzenie (po okresie odrzucania wspólnej Europy jako projektu chadeckiego) ochoczo się włączyli, by połączyć ideę wspólnego rynku z eksportem oraz ze skodyfikowaniem własnego systemu wartości, i wreszcie wzrost poparcia dla postaw antyimigranckich – to wszystko dowodzi weteranom, że nadciągają jacyś nowi barbarzyńcy i bluźniercy.

Źródła zmiany

Sięgnijmy jednak do początku, by zrozumieć zarówno samą rewolucję kulturową lat 60., jak i sposoby jej odrzucenia. Kulturowa zmiana, która dokonała się w tamtych czasach, ma kilka źródeł, a każde z nich jest dość złożone. Po pierwsze, należy wspomnieć o przesileniu intelektualnym, do którego doprowadziły równolegle popularność dzieł Nietzschego i Freuda oraz rosnące zainteresowanie marksizmem. Odrzucenie alienacji robot
nika od jego wytworu oraz postulat emancypacji ekonomicznej, charakterystyczne dla pierwotnego marksizmu, w nowej interpretacji nabrały wymiaru kulturowego. Wyzwolenie człowieka miało nastąpić przez uwolnienie go od represywnego systemu norm kulturowych, tego ciągu zależności, który – według rewolucjonistów – pętał nie tylko jego wolność, lecz także podstawowe ludzkie odruchy, chociażby potrzebę miłości. Religia, purytanizm, konserwatywna polityka – to wszystko miało sprawiać, że człowiek stawał się poddanym kulturowych ograniczeń, nie mógł czerpać z własnej spontaniczności i oddalał się wreszcie od własnego ciała. Zerwanie tych pęt miało przynieść nie tylko wolność, lecz także lepszy świat.

Ówczesne dyskusje przypominają bardzo spór o pelagianizm, który rozgorzał w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Chodzi mianowicie o to, gdzie szukać należy źródeł ludzkiego zepsucia: w samym człowieku jako skażonym grzechem pierworodnym czy w otoczeniu kulturowym, które deprawuje pierwotnie dobrą ludzką naturę. Konserwatyści byli przekonani, że źródła zła są zakodowane w ludzkiej naturze, rewolucjoniści – że w normach kulturowych; tym samym stanęli na stanowisku podobnym do doktryny pelagiańskiej, choć już w formule znacznie bardziej zlaicyzowanej. W tym kontekście dzieła Wilhelma Reicha i Margaret Mead, które odkrywały rzekomo pierwotną seksualność przeciwstawioną purytańskiej obyczajowości społeczeństw zachodnich, stanowią jedynie przypis do znacznie poważniejszych zmian w świadomości filozoficznej europejskich i amerykańskich elit. Po drugie, nie da się uciec od doświadczenia historycznego XX w. Zarówno kryzys tożsamości europejskiej, którego kulminacją była I wojna światowa, jak i masowe ludobójstwo w czasie II wojny, w połączeniu z tragedią przetrzebionego przez walkę ze złem pokolenia, należy uznać za źródło pragnienia odrzucenia dotychczasowego zbioru norm. Jeśli w kulturze europejskiej mogło dojść do tak okrutnego wynaturzenia, to może należy ją odrzucić i w tym miejscu zbudować nowy świat oparty na potrzebach pierwotnych. Owo złudzenie jest widoczne w większości przejawów kultury powojennej.

Przypomnijmy sobie beatników, starsi koledzy, czasem bracia, ginęli na froncie. Albo poezję Różewicza i zakodowane w niej straszliwe doświadczenie nihilizmu. Kulminacyjna fala odrzucenia dotychczasowego sposobu myślenia o kształtowaniu ładu nastąpiła w czasie wojny w Wietnamie. Po trzecie, nie wolno nam ominąć interesów Wielkiego Brata, dla którego każda demobilizacja w obozie wroga, każda kontrkultura, każdy ruch pacyfistyczny czy każda delegitymizacja systemu władzy musiały być kuszące. To, co było w samym bloku wschodnim zakazane, w świecie zachodnim zyskiwało wsparcie.

Co robili konserwatyści?

Źródeł rewolucji kulturowej jest oczywiście znacznie więcej, ale te trzy wystarczą, by zrozumieć stan obecny. Pytanie jednak, co w tym czasie robili konserwatyści? Nie mogli przecież próżnować. Jedni wrócili do lektury Platona, Arystotelesa, Cycerona i Szekspira. Kryło się za tym całkiem słuszne przekonanie, że rewolucja kulturowa prowadzi do nowej fali barbarzyństwa i żeby się jej przeciwstawić, należy zadbać o to, by dziedzictwo tak naturalne jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie poszło w zapomnienie. Owo dziedzictwo zaś stanowi znakomitą odtrutkę na rewolucyjne tezy. Opiera się ono bowiem na pojęciu ładu – w wymiarze religijnym, kosmicznym, politycznym i etycznym. Przylgnięcie do ładu chroni przed ulegnięciem retoryce chaosu. Daje też mocne intelektualne podstawy w polemice z oponentami.

Lektura klasyków w dodatku uczy dystansu. Ludzka natura jest zasadniczo niezmienna, zatem do podobnych buntów dochodziło w przeszłości. Wczytanie się w Platona, choćby w „Państwo” i „Gorgiasza”, daje lepsze zrozumienie tego, co dzieje się tu i teraz. Temu powrotowi do klasyków towarzyszy też często, wywiedzione z tradycji Edmunda Burke’a, przekonanie, że skoro intelektualiści ulegli szaleństwu, to należy trzymać się od nich jak najdalej. Burke z ironią pisał o francuskich filozofach i ich ideologicznych skrzywieniach, za tą intuicją poszli kolejni, zwłaszcza Anglicy – chociażby Scruton – i Amerykanie – Bloom oraz Kirk. Bliskie to rzeczywiście tradycji anglosaskiej, w której doświadczenie jednostkowe i empiryczne jest przedkładane nad wszelki sąd uogólniający.

Anglosascy konserwatyści lubią podkreślać aideologiczny charakter swojej postawy jako remedium na rewolucyjne szaleństwo. Niektórzy jednak doprowadzają ten zrozumiały dystans wobec intelektualnych elit XX i XXI w. do granic absurdu, odrzucając wszelkie dociekania filozoficzne i gardząc statusem człowieka wykształconego humanistycznie w ogóle. O ile więc mistrzowie, czyli Strauss, Bloom i Scruton, czytali klasyków i odrzucali współczesny intelektualny mainstream, o tyle wielu ich czytelników, epigonów i uczniów epigonów odrzuciło życie intelektualne w ogóle, dokonując imponującej ucieczki od dziedzictwa, którego rzekomo mieli bronić. Jeszcze inni, zwłaszcza inspirowani kulturą protestancką, oddali się moralnym wywodom i chłoszczą zawzięcie w kolejnych książkach coraz bardziej psującą się moralność. Postulat powrotu do protestanckiego purytanizmu i zamknięcie w niewielkich wspólnotach kusi nawet naśladujących amerykańskich pastorów niektórych liderów katolickich. Wiele ich tekstów – opartych na fundamentalizmie biblijnym i obyczajowym purytanizmie – mogłoby powstać w radykalnych protestanckich kręgach.

Zamiana ról

W tym samym czasie siwi weterani pełnią tę funkcję, która dotychczas była zarezerwowana dla konserwatywnych elit. Nie muszą już się buntować przeciw władzy, bo władzę mają we własnych rękach. Zauważmy, że zmiany w prawodawstwie, które dotyczy regulacji obyczajowych lub medycznych, nie mówiąc już o stymulowaniu wielokulturowości, nie są wymuszane przez protestujące mniejszości, ale dokonują się one pod presją samych instytucji – międzynarodowych organizacji, takich jak chociażby WHO, agend rządowych oraz fundacji tworzonych przez wielki kapitał. Czynnik rewolucyjny stał się zatem czynnikiem władzy i – jeśli wierzyć teoriom, w które powinni wierzyć sami rewolucjoniści – także czynnikiem represji.

Jeśli Bunt przeciwko rewolucyjnej władzy, ta oznaka przesilenia, które zaczęło się w USA i Europie, czyli dochodzenie do władzy polityków ignorujących polityczną poprawność i dążących do powrotu państw narodowych, nieodwracalne procesy, takie jak Brexit i budowa muru na granicy USA oraz Meksyku, wreszcie wycofywanie środków publicznych z agend odpowiadających za kontrolę urodzin. To wszystko wpłynie na ukształtowanie się zupełnie nowego ładu społecznego i międzynarodowego. Pytanie jednak, czy będzie to ład konserwatywny? W końcu sama prawica przyjmuje często retorykę, która XIX-wiecznego konserwatystę przyprawiłaby o zawał serca. Wycofanie się konserwatystów z głównego nurtu, porzucenie przez nich kultury, w której wciąż dominują epigoni rewolucji (prawica woli zajmować się teraz ropą i uchodźcami, a nie galeriami sztuki), to wszystko na razie stanowi spore zagrożenie. Jeśli nie będziemy w stanie wypełnić aksjologicznej i kulturowej pustki po abdykujących rewolucjonistach, to nowy świat może i będzie prawicowy, ale i nihilistyczny zarazem.

Mateusz Matyszkowicz

Komentarze

Fundacja Republikańska

Fundacja Republikańska

Close