Stawrowski: Konserwatyzm a religia chrześcijańska

Stawrowski: Konserwatyzm a religia chrześcijańska

Spośród rozmaitych ruchów ideowo–politycznych formacja konserwatywna uważana jest powszechnie za naturalnego sprzymierzeńca Kościoła Katolickiego. Twierdzą tak nie tylko jego przeciwnicy, którzy od z górą dwóch wieków demaskują Kościół jako instytucję najbardziej wsteczną i wrogą duchowi postępu, ale również i ci, którzy w Kościele widzą ostatniego obrońcę naturalnych więzi społecznych. Nie sposób jednak uogólnić owej tezy na całe chrześcijaństwo. Kiedy weźmiemy pod uwagę również inne wspólnoty chrześcijańskie, przede wszystkim te, które swój rodowód wywodzą z Reformacji, to trudno przypisywać im en bloc sympatie zachowawcze. Przeciwnie, niektóre z nich przejawiają cechy wręcz rewolucyjnego radykalizmu. Trudno się jednak temu dziwić, skoro Ewangeliczne przesłanie przyniosło i nadal nieustannie przynosi światu tchnienie odświeżającej „rewolucji”. Czyżby więc prosta identyfikacja chrześcijaństwa z postawą zachowującą i utrwalającą istniejącą tradycję była równie niestosownym uproszczeniem, co uznanie, że tak naprawdę ważne są tylko „rzeczy nowe”? Jeśli nawet sojusz Kościoła i konserwatyzmu okazuje się od czasów Rewolucji we Francji zjawiskiem względnie trwałym, warto zastanowić się, na ile wynika on z istotnego podobieństwa chrześcijańskiego (czy szerzej: religijnego) i konserwatywnego sposobu rozumienia świata, na ile zaś z przypadkowych okoliczności historycznych. W tym z konieczności szkicowym tekście chciałbym zastanowić się nad źródłami podstawy zachowawczej i jej pokrewieństwem z religijnym sposobem postrzegania rzeczywistości, wskazać cechy konserwatyzmu jako zjawiska politycznego, oraz przyjrzeć się relacji konserwatyzmu i chrześcijaństwa.

1. Naturalny charakter postawy zachowawczej

Chociaż konserwatyzm jako ruch polityczny jest fenomenem stosunkowo niedawnym, to postawa konserwatywna wydaje się być ponadczasowa. Problem, z którym się ona boryka, mianowicie problem naszego stosunku do ciągłości i zmiany, wiąże się nie tylko z wymiarem życia społecznego czy politycznego, ale pozostaje bezpośrednio zakorzeniony zarówno w samej kondycji człowieka, jak i w metafizycznej wizji świata. Jak wiadomo, już u zarania europejskiej cywilizacji w filozoficznej dyspucie o to, co naprawdę istnieje, obok wizji Heraklita, dostrzegającego w świecie przede wszystkim nieustanną walkę i ruch (odbywające się wszakże w ściśle wyznaczonym przez logos porządku), pojawiło się stanowisko najbardziej radykalnego „konserwatysty” wszechczasów – Parmenidesa, któremu udało się zakonserwować rzeczywistość w stanie doskonałej jedności i stabilności za cenę zignorowania i odrzucenia w niebyt wszelkiej różnorodności i zmiany.

Z pewnością to jednak nie spekulacje o pierwszych zasadach stanowią pierwotne źródło postawy konserwatywnej, lecz raczej wewnętrzna struktura ludzkiego bytu. Postawa zachowawcza jest bowiem głęboko wpisana w samą istotę człowieka. Jest czymś naturalnym i spontanicznym. Chociaż całe życie człowieka składa się z ciągu zmian i coraz to nowych wydarzeń, to w sposób nieusuwalny obecna jest w nim również nieustanna troska o zachowanie tego wszystkiego, co uznaje on za niekwestionowane dobro, począwszy od wartości najbardziej podstawowych jak fizyczne istnienie, po wartości najwyższe – troska, która jest jednocześnie jego troską o zachowanie tożsamości, o zachowanie samego siebie w całej pełni swojego indywidualnego i wspólnotowego bytu.

Ważnym stanowiskiem filozoficznym, które akcentuje ową troskę o zachowanie samego siebie i zarazem czyni ją naczelnym motywem antropologii jest koncepcja św. Tomasza z Akwinu. Tomasz, nawiązując w swej refleksji do Arystotelesa, zwraca uwagę, że każde bez wyjątku żyjące stworzenie ma naturalną skłonność do ochrony własnego istnienia; ponadto zwierzęta kierowane są równie naturalnym popędem, który skłania je do ochrony swojego potomstwa – w nim to właśnie znajduje się podstawa najbardziej elementarnych zachowań społecznych. Natomiast rozwinięte formy takich zachowań i specyficznie ludzka skłonność do życia społecznego mają swe źródło w rozumnej naturze człowieka. (( Por. Św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, t. 13 (Prawo), Veritas, Londyn 1985, s. 55-56 (I-II q. 94, a. 2) )) Te trzy podstawowe naturalne inklinacje wpływają na człowieka zarówno bezpośrednio (to znaczy określają jego działanie spontanicznie, nawet wtedy, gdy o tym nie wie), jak i za pośrednictwem rozumu, kiedy uświadamia on je sobie jako „naturalne prawa”, jako swój oczywisty cel, ku któremu zawsze winien zmierzać. Klasyczne stanowisko prawno-naturalne w wersji św. Tomasza bazuje właśnie na naturalnej skłonności człowieka do tego, by troszczył się on o zachowanie tego wszystkiego, co stanowi jego niewątpliwe, naturalne dobro: o samego siebie, o swoją rodzinę i szerszą wspólnotę, z którą się trwale utożsamia.
Ten głęboko osadzony w metafizyce i koncepcji człowieka potężny ładunek konserwatyzmu pozostawiony przez myśliciela, którego wpływ na kształtowanie się chrześcijańskiego a zwłaszcza katolickiego poglądu na świat nie sposób przecenić, miał niewątpliwie spory wpływ na życzliwość, z jaką Kościół począwszy od XIX wieku spoglądał na ugrupowania konserwatywne. Wspominając myśl św. Tomasza warto jednak dodać, że dostrzegał on, iż w człowieku działają nie tylko owe naturalne inklinacje mające charakter zachowawczy, ale również potężna skłonność dynamizująca – nieskończony pęd do prawdy, „naturalna skłonność do tego, żeby poznawać prawdę o Bogu” ((Tamże, s. 56)) , która – obok skłonności do życia społecznego – określa sposób egzystencji właściwy istocie rozumnej.

2. Wspólnotowy sens postawy zachowawczej

Zatrzymajmy się na chwilę przy owym społecznym wymiarze ludzkiego istnienia, gdzie postawa konserwatywna odnajduje swój specyficzny, polityczny sens. Co to znaczy, że człowiek jest istotą społeczną? Jak zauważył już Arystoteles, w przeciwieństwie do zwierząt, które w stada czy roje łączy instynkt, ludzi jako istoty obdarzone mową i rozumem łączy ze sobą wspólne przekonanie o tym, co dobre a co złe. ((Por. Arystoteles, Polityka, PWN, Warszawa 1964 s. 7 (1253a) )) Wspólnota ludzi jest więc wspólnotą w najgłębszym sensie etyczną. Troska o własną wspólnotę etyczną, o to by jej etos (system wartości, przyjęte w jej ramach zwyczaje i sposoby zachowania) trwał i nie był przez nikogo kwestionowany, jest dla każdego człowieka czymś równie oczywistym, co jego troska o samego siebie – w gruncie rzeczy są one jednym i tym samym. To bowiem, kim jestem – jak rozumiem sam siebie, moje cele, zadania, moje powołanie – pozostaje ściśle związane z moim poczuciem przynależności do etycznej wspólnoty.
Oczywiście, ludzie mogą łączyć się także w oparciu o cele doraźne i instrumentalne, tworząc tym samym społeczną siatkę rozmaitych wspólnot, grup i stowarzyszeń. W naturze człowieka leży jednak to, że istnieje zawsze pewna – mniej lub bardziej łatwa do zdefiniowania – wspólnota, która stanowi ostateczny punkt jego etycznego odniesienia. To właśnie etos tej wspólnoty, tzn. zespół wyznawanych w jej ramach wartości, stanowi dla identyfikującej się z nią jednostki niekwestionowane, absolutne dobro. Absolutne w tym sensie, że spoglądając z wnętrza wspólnoty oczyma jej członków, poza konkretną treścią danego etosu nie dostrzegamy niczego innego, co mogłoby stanowić miarę dobra i zła.

Takie wspólnoty, stanowiące dla jednostek ostateczny punkt etycznego odniesienia, można by więc równie dobrze nazwać wspólnotami religijnymi, gdyby nie to, że niektóre z nich posiadają charakter programowo a- lub antyreligijny, jak to ma miejsce w przypadku wielu współczesnych ideologii. Ich antyreligijny, co w naszym kontekście kulturowym oznacza po prostu: anty-judeochrześcijański charakter nie powinien zasłaniać nam faktu, że również i one są wspólnotami zbudowanymi na absolutnych – w powyższym sensie – wartościach; będąc zaś dla swoich członków ostatecznym punktem etycznej orientacji, okazują się tym samym wspólnotami quasi religijnymi.

Religia w źródłowym sensie oznacza bowiem więź. Chodzi tu – dodajmy – o więź najmocniejszą, opartą na wspólnym przekonaniu o tym, co stanowi dla nas absolutne dobro. Religia to budowanie i pielęgnowanie najgłębszych więzi, a więc jednocześnie nieustanna troska o trwałość wspólnoty i zachowanie jej etycznych fundamentów. Jeżeli spoglądamy na religię przez pryzmat jej więziotwórczej funkcji, dostrzegając w niej przede wszystkim oparte na absolutnych wartościach spoiwo wspólnot międzyludzkich, to w każdej bez wyjątku religii czy też quasi religii jej istotnym i koniecznym składnikiem okazuje się postawa konserwująca właściwy dla niej etos, zupełnie niezależnie od tego, jaka to jest religia i jaka jest treść etosu, która wiąże jej wyznawców.

3. Paradoksy politycznego konserwatyzmu

Bez postawy zachowawczej nie ma mowy o tożsamości ani osobowej, ani wspólnotowej. Bez niej nie moglibyśmy być ani sobą, ani też nie łączyłyby nas z innymi żadne głębsze więzi, które stanowią podstawę doświadczenia bliskości i odpowiedzialności za drugiego i za całą wspólnotę. Postawa zachowawcza jest człowiekowi tak bliska, tak naturalna, oczywista i spontaniczna, że normalnie ani się jej nie dostrzega, ani się o niej nie myśli. Aby mogła stać się czymś w pełni uświadomionym i świadomie wybranym jako polityczny program działania, muszą pojawić się szczególne okoliczności, które jej oczywistość i naturalność otwarcie zakwestionują. Konserwatyzm rozumiany tym razem już jako kierunek ideowo-polityczny nie jest bynajmniej czymś naturalnym, lecz reaktywnym – stanowi reakcję na pewne zjawiska i wydarzenia, w obliczu których wspólnoty etyczne dostrzegają, że ich sposób istnienia oraz pielęgnowane przez nie wartości znalazły się w stanie śmiertelnego zagrożenia.

Takim wydarzeniem-katalizatorem, które niejako wymusiło narodziny ideowej formacji konserwatywnej i które wciąż ją podtrzymuje w istnieniu, okazała się rewolucja. Chociaż wybuchła w końcu XVIII wieku we Francji, to nie była ona wydarzeniem jednorazowym, lecz w zmieniających się wciąż kształtach trwa w zasadzie po dziś dzień. We wcześniejszych epokach konserwatyzm jako ideologia polityczna nie miał dla siebie miejsca. Był on nie tylko zbędny, ale wręcz nie do pomyślenia, w sytuacji, gdy naruszanie etycznych fundamentów wspólnoty – co przecież zdarza się zawsze i wszędzie – uznawano powszechnie za występne i karygodne. Mógł się on pojawić dopiero wtedy, kiedy opinię publiczną zdominowali ludzie etycznie wykorzenieni, którzy w imię projektowanej, abstrakcyjnej wspólnoty, gotowi byli zniszczyć wspólnotę dotychczas istniejącą oraz jej etyczne fundamenty – to wszystko, co do tej pory uznawane było za rzecz świętą, trwałą i nienaruszalną.

Jeśli więc konserwatyzm jako formacja ideowa jest dziś nadal nurtem atrakcyjnym intelektualnie i politycznie, a nawet przeżywa obecnie swój renesans, świadczy to nie tyle o żywotności jego idei – postawa zachowawcza jest bowiem zawsze żywa – lecz raczej o sile, z jaką idee rewolucyjnej destrukcji atakują świat wartości, w którym czujemy się zadomowieni. Głoszenie idei konserwatywnych ma sens i może liczyć na nośność tam tylko, gdzie szeroko rozpowszechnione pozostają idee rewolucji i wciąż obecna jest groźba unicestwienia dotychczas istniejącego etycznego ładu.

Trudno jednak nie dostrzec, że konserwatyzm jako formacja polityczna pozostaje uwikłany w głębokie paradoksy. Pierwszym z nich jest jego wspomniany, reaktywny, a więc negatywny czy też defensywny charakter. Konserwatyzm, choć głosi pozytywną ideę ochrony etycznych fundamentów wspólnoty, w gruncie rzeczy – tak jak każdy kierunek polityczny, który swoją tożsamość zdobywa w walce z konkurentami o władzę – buduje swój program i swoją tożsamość na negacji i odrzuceniu programu proponowanego przez szermierzy radykalnych zmian. Tymczasem etyczne podstawy wspólnoty są chronione i wzmacniane w sposób pozytywny nie przez działalność stricte polityczną, lecz przez życie „według wartości”, przez codzienne kultywowanie tego wszystkiego, co stanowi dla wspólnoty jej konstytutywny rdzeń.

Konserwatyzm jako postawa zachowawcza jest ponadto czymś formalnym, to znaczy pustym treściowo – a więc czymś niesamodzielnym i domagającym się uzupełnienia. Tym różni się nie tylko od chrześcijańskich i niechrześcijańskich wspólnot religijnych, ale i od rozmaitych ruchów politycznych, takich jak np. socjalizm, liberalizm, czy nacjonalizm, budujących swoją tożsamość wokół jakiejś konkretnej sztandarowej idei, za którą stoi jakiś określony system wartości. Konserwatyzm jako taki nie ma sam w sobie żadnej konkretnej idei przewodniej. Zawsze pozostaje w symbiozie z jakimś etycznym żywicielem, przy którym może rozkwitać, jednocześnie go wzmacniając. Zakłada zawsze wcześniejsze istnienie jakiejś konkretnej wspólnoty, posiadającej określony treściowo etos czyli zespół konstytuujących ją wartości, a więc coś, co nie jest samo w sobie konserwatywne, lecz co dopiero można i należy konserwować. Oznacza to jednak, że w zależności od sytuacji za hasłami politycznego konserwatyzmu mogą kryć się diametralnie różniące się programy. Ilustrację tego znajdziemy już u samych narodzin konserwatywnych ugrupowań politycznych: z jednej strony zainicjowany przez Edmunda Burke’a w Anglii ruch, który postawił sobie za cel ochronę życia społecznego ugruntowanego na liberalnych (w klasycznym sensie tego słowa) wartościach, z drugiej – konserwatyzm francuski, tradycjonalistyczny, odwołujący się do przedrewolucyjnego porządku, dla którego wiele z wartości bronionych przez konserwatystów brytyjskich byłoby nie do przyjęcia. Sięgając pamięcią do epok znacznie nam bliższych warto przypomnieć, że mianem konserwatystów posługiwano się również – i to nie bez racji – w odniesieniu do tych członków PZPR, których nazywano „betonem partyjnym”, bowiem niczym beton odporni byli na wszelkie zmiany. Choć takie użycie terminu „konserwatyzm” może wśród zwolenników partii i idei konserwatywnych budzić zrozumiały niesmak, to sam sens pojęcia „konserwatyzm” tego nie wyklucza.

Co więcej, można sobie doskonale wyobrazić, że konserwowaniu poddane zostaje nawet to, co wydaje się skrajnym przeciwieństwem konserwatyzmu – mianowicie idea rewolucji, przyjmująca wówczas postać rewolucji permanentnej. Kiedy owa idea staje się elementem wspólnym łączącym grupę rewolucjonistów, nabiera ona natychmiast charakteru etycznego fundamentu ich wspólnoty, który w ramach tej wspólnoty musi być chroniony i konserwowany jako jej element trwały. Widać to doskonale na przykładzie jednego z najbardziej wpływowych mechanizmów utrwalających określony sposób zachowań społecznych, jaki współcześnie nazywamy modą. Moda, opierając się na naturalnym odruchu dostosowania się do panujących zwyczajów, pełni w ramach społeczności funkcję zachowawczą. Gdy dochodzi do sytuacji, że we wszystkich wymiarach życia łamanie obowiązujących zasad i obalanie tabu staje się nie ekscesem, lecz właśnie modą, mamy wówczas do czynienia z ewidentnym przypadkiem zakonserwowania postaw rewolucyjnych w formie obyczaju.
Inny jeszcze paradoks myślenia zachowawczego, odsłania się, gdy rozważamy dwuznaczną sytuację obrońców idei konserwatywnych w świecie przeoranym przez rewolucję. Otóż, gdy po gwałtownej zmianie politycznej powstaje nowy porządek i następnie utrzymuje się przez dłuższy czas, wówczas utrwalają się zarówno nowe instytucje, jak i nowe postawy wśród ludzi. Wreszcie przychodzi chwila, kiedy konserwatywni zwolennicy starego ładu nie mają już w istocie rzeczy czego konserwować – to, co stare, bezpowrotnie przeminęło, a utrwaliło się to, co nowe. W pewnym momencie konserwatysta, jeśli pragnie powrotu starego świata, musi stać się tym, czego najbardziej nienawidzi – musi stać się rewolucjonistą. Tego właśnie paradoksu doświadczyli na własnej skórze konserwatyści francuscy w XIX wieku. Wielu z nich doszło w końcu do postawy, która głosiła konieczność zniszczenia powstałego wiele lat wcześniej i zaakceptowanego już w wielkim stopniu przez społeczeństwo nowego porządku i przywrócenia przemocą dawnego ładu – głosiła program konserwatywnej kontrrewolucji, która była nie tyle programem działań skierowanych przeciwko rewolucji, lecz nową rewolucją skierowaną przeciwko nowemu, ale już utrwalonemu porządkowi. Trudno nie zauważyć, że w jakimś stopniu również sytuacja krajów, które po 1989 r zrzuciły jarzmo totalitaryzmu, wpisuje się w podobny scenariusz. Kilkadziesiąt lat „nowych porządków” nie pozostało bez śladu i ugrupowania, które usiłują działać pod sztandarem konserwatyzmu, winny sobie postawić pytanie, co można i warto konserwować, co zaś należy czym prędzej zniszczyć i wykorzenić, aby budowa nowego społeczeństwa i nowego państwa nie okazała się tylko nieco zretuszowaną formą poprzedniego. Także ostatnie kilkanaście lat stało się czasem, gdzie nowe (stare?) zachowania przyjęły już formę nawyków i społecznych zwyczajów, określając, czy tego chcemy czy nie, etyczną tożsamość naszego państwa.

4. Czy chrześcijaństwo jest konserwatywne?

Kościół jako wspólnota religijna, której członków łączy konkretny, treściowo określony zespół wartości, co więcej, jako najliczniejsza tego rodzaju wspólnota w naszej w przestrzeni cywilizacyjnej, w oczywisty sposób stał się głównym przedmiotem ataku zwolenników rewolucji. Nic więc dziwnego, że polityczny ruch konserwatywny, który powstał jako reakcja na rewolucję, okazał się jego naturalnym sprzymierzeńcem. Ale sojusz, który w obliczu oczywistego wspólnego zagrożenia zawiązał się na płaszczyźnie politycznej, wcale nie musi oznaczać głębszej ideowej jedności czy tożsamości. Była już mowa o zasadniczej niewspółmierności konserwatywnego i chrześcijańskiego rozumienia świata: z jednej strony mamy pustą pod względem treści postawę zachowawczą, z drugiej – konkretną wspólnotę religijną ufundowaną na treściowo określonym systemie wartości. Owa niewspółmierność nie przeszkadza, by w naszym kręgu kulturowym polityczny konserwatyzm pozostawał w symbiozie z chrześcijaństwem, by już jako „konserwatyzm chrześcijański” troszczył się o trwałość wspólnoty opartej na „chrześcijańskich wartościach”.

Konserwatyzm, choć nie musi, to z pewnością może być chrześcijański, natomiast zasadnicza kwestia brzmi: na ile chrześcijaństwo w swej istocie jest konserwatywne? Oczywiście, skoro w każdej tradycji etycznej i religijnej element zachowawczy pozostaje czymś nieusuwalnym, to również i chrześcijaństwo musi być w jakimś stopniu konserwatywne, podobnie jak każda wspólnota – w tym także wspólnota radykalnych rewolucjonistów – która pragnie zachować swoją tożsamość. Warto jednak zapytać, czy ze względu na specyficzną treść chrześcijaństwa ów zachowawczy element nie podlega w jego ramach znaczącej modyfikacji? Istotna treść chrześcijańskiego przesłania nie na tym przecież jedynie polega, że da się ono sprowadzić do raz na zawsze ustalonego kodeksu zasad właściwego postępowania, którego przestrzeganie czyni nas członkami chrześcijańskiej wspólnoty. Wprawdzie nie do pomyślenia jest, by chrześcijanin nie zachowywał przykazań zawartych w Dekalogu, ale tutaj jego zachowawcza postawa dotyczy poszanowania elementarnych wartości, które, jako konieczne warunki istnienia wszelkiej wspólnoty, łączą wszystkich ludzi dobrej woli niezależnie od ich etycznego czy religijnego rodowodu.

To, co specyficznie chrześcijańskie nie jest zamkniętym systemem norm, domagającym się nieustannej ochrony, lecz otwarciem na nieskończenie bogatą rzeczywistość pełną nadmiaru sensu, która zaprasza do tego, by się w niej zanurzyć, nawet jeśli na tym świecie nigdy nie będziemy mogli jej do końca przeniknąć. Etos chrześcijanina jest czymś dynamicznym, czymś, co nie zostało mu w gotowej postaci raz na zawsze dane, lecz zadane jako droga, którą ma kroczyć i na której czekają go wciąż nowe wyzwania. Bóg, któremu zawierzyli chrześcijanie, pragnie byśmy oddawali mu cześć nie w jakimkolwiek ustalonym miejscu, lecz w Duchu i Prawdzie.

Spośród wielu miejsc w Ewangelii, odsłaniających ową niezwykłą tożsamość chrześcijańskiej wspólnoty, która ma nie tylko zachowywać stare wypróbowane wartości, ale jednocześnie otwierać się na rzeczy nowe, szczególnie ważna wydaje się rozmowa Jezusa z bogatym młodzieńcem (( Por. Mt 19, 16-22; Mk 10, 17-22; Łk 18, 18-23.)), pytającym o to, co ma robić, by osiągnąć życie wieczne. Odpowiedź, która pada, okazuje się podwójna: przede wszystkim strzeż i troszcz się o to, co zostało ci wcześniej przekazane w ramach społeczności, w której żyjesz – zachowuj przykazania: nie zabijaj, nie kradnij, nie cudzołóż, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę oraz miłuj swego bliźniego jak siebie samego. Ale jest to tylko pierwszy krok, konieczne minimum, którego przestrzeganie wydaje się niezbędne, by twoja wspólnota mogła trwać bezpiecznie i w pokoju. Kto jednak naprawdę pragnie doskonałości, ten wezwany jest do czegoś więcej, do tego, by rozdał majątek swoim braciom znajdującym się w potrzebie, i wyzbywszy się wszystkiego, co go wiąże, poszedł za Jezusem, dokądkolwiek go ta droga zaprowadzi. To radykalne wezwanie do doskonałości, wezwanie do pójścia drogą Chrystusa, wydaje się chronić chrześcijan przed absolutyzacją postawy konserwatywnej, przed zbytnim przywiązaniem do tego wszystkiego, co stanowi wprawdzie nasze oczywiste dobro, należy jednak do świata, w którym jesteśmy tylko przechodniami.

Zbigniew Stawrowski (ur. 1958), filozof polityki, profesor w Instytucie Politologii UKSW oraz Instytucie Studiów Politycznych PAN, dyrektor Instytutu Myśli Józefa Tischnera w Krakowie. Autor książek: „Państwo i prawo w filozofii Hegla” (1994), „Prawo naturalne a ład polityczny” (2006), „Niemoralna demokracja” (2008), „Solidarność znaczy więź” (2010). Stały współpracownik „Rzeczy Wspólnych”.

Esej z książki “Wokół idei wspólnoty”wydanej w kwietniu 2012 r. nakładem Ośrodka Myśli Politycznej pod patronatem „Rzeczy Wspólnych”.

Pierwodruk w: P. Mazurkiewicz, S. Sowiński (red.:), „Religia i konserwatyzm: sprzymierzeńcy czy konkurenci?”, Ossolineum, Wrocław 2004, s. 31-39.

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close