„Zgred” albo sztafeta ojców.

„Zgred” albo sztafeta ojców.

Andrzej Maśnica

„Chory był na Polskę, której nie umiał pomóc, i przekazał mi tę chorobę w genach, tak samo jak cukrzycę” – słowa o ojcu, zapisane przez Rafalskiego, bohatera „Zgreda”, trafnie kondensują istotną materię powieściową najnowszej, napisanej w konwencji dziennika, książki Rafała Ziemkiewicza.

Już na początku zjawia się nieproszony i niezapowiedziany gość, cukrzyca, o której złowróżbnych postępach dowiedział się właśnie dziennikarz, Rafalski, alter ego autora. To właśnie z potrzeby oswojenia choroby, bohater „Zgreda” siada do komputera i rozpoczyna pisanie dziennika.

Cukrzyca zaskakuje i wytrąca go z rutyny codziennych sprawunków i zaangażowań, ale Rafalski to pacjent niepokorny i witalny. Ten 45-letni mężczyzna na lekkim zawodowym, i wcale ostrym zdrowotnym, wirażu – poddawać się nie myśli.

Decyzja o pisaniu dziennika byłaby – tak to widzę – próbą odpowiedzi bohatera „Zgreda” na rzucone mu przez chorobę wyzwanie – nie odpowiedzi pacjenta, ale człowieka, który korzysta z dokuczliwej szansy ponownego ułożenia się ze światem.

Dwoistość stylu

Jego wypisywanie się w dzienniku cechuje widoczny kontrast stylu i środków ekspresji, jednych, w prywatno-rodzinnych – innych, w publiczno-zawodowych – partiach książki.

Z jednej strony, otrzymujemy pedantyczne sprawozdania o kolejnych, poprawiających się wskaźnikach zawartości „cukru w cukrze”, wsparte przez szczegółowe relacje z dietetycznych zmagań bohatera. Gdy sprawa dotyka medycznych procedur, zahacza o gleukometry czy insulinę, autor konsekwentnie przestawia literackie rejestry powieści-dziennika na poziom prostej, rzeczowo-sprawozdawczej polszczyzny.

Z drugiej strony, czytam literacko świetne, nacechowane ziemkiewiczowską, rozwibrowującą moją wrażliwość, frazą, dotkliwie piękne i poruszające fragmenty, choćby te elegijne w istocie, kiedy jego bohater rozpamiętuje ojca, to wzniecając, to tłumiąc w sobie napierające fale nostalgii, tęsknoty, żalów i wyrzutów. Wytrawnie snuje się przez dziennik nić anegdoty i przypowieści o anonimowych, dzielnych, czasem pokręconych, innym razem przetrąconych – ludziach. Ziemkiewicz – to niełatwe w przypadku zawodowego publicysty, posługującego się bezosobowymi emocjami i abstrakcyjnymi pojęciami – potrafi pokazać ojca jako żywego pojedynczego człowieka, dać mu charakter, własny język i osobne emocje.

Rodzina jako azyl

Z kolei w tych partiach dziennika, w których bohater opowiada o żonie i córkach, próbuje przybliżyć aurę rodzinnego gniazda Rafalskich, czuję się trochę tak, jakbym spoglądał na jego życie przez powierzchnię kryształu, jakby pozwolono mi czytać i równocześnie odebrano konieczne już (niestety) do czytania okulary.

Zaczynam rozumieć, że – pozornie odkrywając swoją intymną przestrzeń – tak naprawdę Rafalski zamyka ją przed moim zaciekawionym spojrzeniem. Interesujące, że właśnie w jawnie osobistych, a zatem wewnętrznie przeżywanych, „domowych” fragmentach dziennika, Rafalski nazbyt często zamiast przemawiać obrazami radości i smutków składa deklarację na temat szczęścia, miłości i cnót swego rodzinnego życia. Chyba dlatego rodzinny świat „Zgreda”, prowadzony na smyczy i kontrolowany przez czujną świadomość autora, nie jest światem w pełni suwerennym.

Co mam o tym myśleć? Może to, że dostępne śmiertelnym szczęście daje się wyrazić jedynie za pomocą pogodnej i niewysilonej afirmacji, że cała reszta jest tajemnicą? Lecz jeśli na tym polegałby zamysł autora, to po co czytelnikowi, trącące sztubacką minoderią, puszczanie oka, po co zapewnienia, że – pomimo choroby – jego bohater pozostaje stuprocentowym mężczyzną? A – utrzymane w snobistyczno-estradowej konwencji telewizyjnego targowiska próżności brawurowo „szczere” wyznanie: „Ale za komentarze polityczne mi płacą, a brać się za powieść, to jakbym żonę i dzieci okradał” – po co?

Nasuwa się inna hipoteza, zgodnie z którą ten higieniczny sposób przedstawiania przez Rafalskiego własnego życia rodzinnego służy obronie bohatera przed popadnięciem w rozczulanie się nad sobą, nadmiernym odkryciem się.

Rafalski sam przecież przyznaje: „Proszę bardzo, jestem człowiek prosty, wyryćkany z jednego kloca (...) Nie będę pisał, jaki jestem, bo jestem normalny, niech nawet będzie przeciętny, i nic w tym nie ma ciekawego do rozbabrywania”.

Oddaję głos żonie bohatera – w chwili „powołania” przez autora do rzeczywiście samodzielnego życia: „Wy (Rafalscy – AM) się wszyscy jakoś siebie wstydzicie. Jakbyście się bali, żeby ktoś nie zajrzał w duszę. Każde udaje kogoś innego, ale każde kogoś bez przerwy udaje (...), jakbyście się bali odkryć, przyznać do siebie. Nawet samemu w siebie popatrzeć”.

Na co więc lekarstwem jest dla Rafalskiego rodzina, skoro przed najbliższymi, zamiast być sobą, recytuje siebie – zamaskowanego? O jaki rodzaj strategii i typ kontroli nad sytuacją idzie tutaj zdeklarowanemu wieśniakowi, który prędzej sobie kosą nogę utnie, aniżeli zdoła skosić trawę?

Jeszcze jedna śmiała hipoteza, niemalże supozycja: może problem Rafalskiego to machismo? Wyzewnętrznianie się traktuje on jako niemęską namiętność, rodzaj perwersji jajogłowych, oscylującej pomiędzy ekshibicjonizmem a onanizmem słabizny?

Nie sądzę. Mamy tu raczej do czynienia z mało przekonującą linią obrony tej reduty męskości, którą głosi sam Ziemkiewicz. Obrony pozycji, zgodnie z którymi, jak przyznaje we „Wkurzam salon”, „nie chodzi o to, czy mężczyzna rządzi w domu, chodzi o to, czy panuje nad samym sobą i, na ile to oczywiście możliwe, nad swoim życiem”, bo „każdy rodzaj ucieczki od problemów jest niemęski”, a beztroska aprobata dla niej prowadzi do „zgówniarzenia”, do „upowszechnienia się syndromu Piotrusia Pana” (uważny czytelnik domyśla się, że Rafalski – mniemany wzór odpowiedzialnego mężczyzny – wciąż jeszcze nie wybaczył sobie świństwa, które zrobił, porzucając pierwszą żonę Magdę).

Między żoną, dziećmi i Polską

Powracam do żony bohatera, bo z Oleńką (tak mówi i myśli o niej Rafalski), jest pewien istotny problem. Rozumiem, że materię powieści stanowi świat widziany z perspektywy autora dziennika, ale to przecież nie musi od razu oznaczać, że jego żona nie ma osobnego życia, swoich spraw i opinii, własnej wrażliwości i inteligencji. Że sensem i racją jej istnienia jest funkcja, którą pełni przy mężu, obsługiwanie intelektualnego, estetycznego i fizycznego samopoczucia Rafalskiego, drugoplanowa rola w jego męskim i polityczno-artystycznym świecie – służenie mu za mentalne lustro, w którym może z satysfakcją się przeglądać.

Widząc Olę, aktorkę przecież, w przygotowanej przez męża scenografii, na domowej scenie, jako ponętną kobietę, czułą żonę i troskliwą matkę, obiekt pożądliwych męskich westchnień i przedmiot jego własnej, by tak rzec, autorskiej dumy – szczerze żałuję, że raz tylko jedyny (w cytowanym wyżej zdaniu o lęku przed zdemaskowaniem) ma ona okazję przemówić własnym zauważalnym głosem, wnieść do wykreowanego przez Ziemkiewicza-Rafalskiego świata coś więcej, aniżeli programowy, pieczołowicie pielęgnowany sex appeal, względnie matkowanie dzieciom i niańczenie męża.

Rzecz kolejna. Zbyt często, aby można tu było sprawę tę pominąć, korzysta autor z obosiecznego przywileju przemowy z pozycji domowego urzędu nauczycielskiego. A, że używa swej władzy chętnie, trudno mu obronić się przed zalewem nieco naiwnej rodzicielskiej pedagogiki rodem z popkulturowych „vademeców” i salonowych żurnali, że mianowicie – mówiąc nieco karykaturalnym skrótem i z lekka archaiczną wersyfikacją – „aby szczęśliwym i kochającym rodzicem być, a dzieci na porządnych ludzi wychować, trzeba tego bardzo chcieć, linię wychowawczą lojalnie z żoną uzgodnić, do uzgodnień się ściśle stosować, samooceny dzieciom pod żadnym pozorem nie zaniżać, przykład zgodnej miłości im dając”.

Przechodzę do generaliów. Ziemkiewicz buduje powieściową konstrukcję „Zgreda” na wyostrzonym kontraście osobistego szczęścia Rafalskiego – męża i ojca, i bezsilnej rozpaczy Rafalskiego – patrioty i publicysty – człowieka wrzuconego w otchłanny horyzont „postkolonialnej fatalności” Rzeczypospolitej. Oddaję mu głos: „«Szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w Ojczyźnie» – co za bzdura, jeszcze jedna z głupot puszczonych w obieg przez wieszcza. Dopóki człowiek nie znajdzie szczęścia w domu, to «Ojczyzna» jest w ogóle tylko pustym słowem. Niczym, hasełkiem, fetyszem”.

„Zgred”, przyznał to innymi słowy we „Wkurzam salon” pisarz, ma być pochwałą domowych spraw codziennych, rysunkiem prostego i szczerego rodzinnego życia, czystego fiat intymnej, zbudowanej na solidnych, dojrzałych podstawach, więzi kobiety i mężczyzny, oraz ich rodzicielskiej relacji z córkami.

Inaczej Polska, którą ukazuje nam w dzienniku Rafalski. Ma cierpko-gorzki smak i nic z rzeczy publicznych nie przynosi pocieszenia. Oczyma Rafalskiego oglądam Polskę jako państwo o peryferyjnym statusie, organizowane przez „postkolonialną kompradorską elitę” do „partyjnego rozbioru sfery publicznej”; państwo, które „nie rośnie, tylko puchnie, jest coraz większe i coraz bardziej bezsilne”; zdjęte „erozją korupcji, mafijności i walki plemion”; „wygniłe i wypróchniałe”. Za fasadą okrągłostołowego mitu nowej władzy („powstałej ze zrośnięcia nomenklatur”), za „picerskim tańcem” demokracji obywatelskiej – dzieli łupy wielogłowy kartel, „kasta nowych cwaniaków, jaśnie panów, którzy zastąpili zarządców «Prywatnego Rancza Leonida»”.

W takiej Polsce, opozycja, jaką mamy, podejmująca „rozpaczliwą próbę powtórzenia solidarnościowej rewolucji, którą powtarzać można już tylko jako farsę”, nie daje nadziei na zasadniczą zmianę, a jedynie „blokuje pewną część elektoratu, kierując ją w pustkę”. Jest częścią problemu, nie jego rozwiązaniem.

Do tego, wyzutego z nadziei, zakleszczonego w radykalnej bezwyjściowości pejzażu, dokłada autor nieustannie „tresowanego w poczuciu niższości” człowieka polskiego, któremu rządzący kartel pozwala wybierać wyłącznie „pomiędzy Sektą i Ferajną”.

Rafalski powraca do domu, do żony i córek, do flirtów, rozmów, rodzinnego ciepła, do swojego emocjonalnego azylu. Tu znajduje siłę, aby, w krajobrazie zniszczenia młodzieńczych nadziei na Polskę wolną i sprawiedliwą, robić swoje: „Tato patrzy na mnie poważnie ze zdjęcia nad biurkiem. Jak to on zawsze mówił – trzeba orać”.

Chłop miastowy

Warto wspomnieć o deklarowanym wszem i wobec wieśniactwie Ziemkiewicza-Rafalskiego. Czemu służy ta jego chłopska samoidentyfikacja? Poza to i gra, wewnętrzny przymus jakiś, wyrok losu?

Chłopstwo jako los, opisywane przez Reymonta czy Hamsuna, odnajdywane jeszcze w swym niemym i bezradnym gaśnięciu i przemijaniu u Myśliwskiego. Zapewne nie o taki rodzaj chłopskiej przynależności idzie miastowemu panu, który chce robić za chłopa w mieście właśnie – przed takimi jak on, inteligentami z klasy średniej. Klasy w Polsce, jakby to mogła ująć prof. Jadwiga Staniszkis – o ułomnym statusie ontologicznym.

Może zatem potrącenie chłopskiej nuty to quasi-gombrowiczowska strategia bycia innym z drugimi, rodzaj zakładu, gry o wpływy, polegającej na odnalezieniu odmiennej, niż przyjęta, konkurencyjnej wobec towarzystwa i salonu, perspektywy. Gombrowicz ulepił sobie z takiej oto dyrektywy towarzyski fortel: odgrywać arystokratę wobec literatów i być literatem pośród arystokratów.

A jak jest z Ziemkiewiczem-Rafalskim – jeśli przyjąć, że istotnie, chłopska sukmana jest po trosze pozą, po trosze sposobem walki o wpływy na hermetycznych warszawskich salonach? Przecież warszawskim salonom chłop nie zaimponuje, a na wsi taki, wyznawany przez bohatera, chłop, to dzisiaj gatunek wymierający, człowiek niewczesny, równie rzadki, co pepesza.

Nieco bardziej wiarygodna wydaje się hipoteza charakterologicznej, mentalnej chłopskości Ziemkiewicza--Rafalskiego, upartusa i zagończyka. Jego publiczna, cięta, uparta i krnąbrna mowa – to policzek wymierzony reprezentantom warszawskiego salonu.

„– Ja wiem, pan nawet jak to widzi, to się nie odważy zauważyć, a nawet, jak zauważy, nie odważy się przyznać, co dopiero mówić o odwadze, żeby wystąpić publicznie” – pretensję, wypowiedzianą przez jednego z bohaterów „Żywiny” pod adresem dziennikarza, równie dobrze wygłosić mógłby sam Rafalski, co dobrze ilustruje typ mentalności naszego dwoistego bohatera.

W stereotypie chłopa odnaleźć można, między innymi, dwie istotne cechy: nieufność (wobec dworu i miastowych, z ich typem człowieka, uprawiającego nieostre prześlizgiwanie się po powierzchni życia), a także upór, a ściślej – uparte myślenie na przekór i pod prąd, sprzeciw wobec myślenia ułatwionego, „uprawiania turystyki literackiej”, wywijania frazesem.

Może więc, prezentowana światu chłopskość Ziemkiewicza-Rafalskiego, nawet jeśli kryje się za nią świadoma wizerunkowa stylizacja, odsłania jednak coś elementarnego – swoisty przymus krwi, DNA, które wikła pisarza-bohatera w ojca, w światoobraz przodków.

Ojciec jako lekcja

Ojciec Rafalskiego pojawia się w powieści wraz z cukrzycą. Dzień kolejnej rocznicy śmierci ojca – śmierci na cukrzycę właśnie – to 15 lutego 2010 roku. To wtedy Rafalski dowiaduje się o swoim z ojcem w chorobie powinowactwie. Tu nie ma, nie może być mowy o przypadku – taki dzień musi przywołać niechciany obraz tamtej ojcowskiej, boleśnie banalnej i przedwczesnej, tkwiącej w Rafalskim ościeniem wyrzutu, śmierci.

Trudno doprawdy oprzeć się wrażeniu, że w zmienionej scenerii i w nieco tylko odmienionym świecie Rafalski mógłby powtórzyć słowa innego bohatera Ziemkiewicza, Roberta z „Pieprzonego losu kataryniarza”, który w odmętach wirtualnego świata, usiłuje przywołać do istnienia nieżyjącego ojca: „– Gdybyś tu był, tato, gdybyś mógł tu być...”. A ojciec tamtego sprzed szesnastu lat Roberta... – czy to nie on właśnie patrzy teraz z portretu nad biurkiem na Rafalskiego?: „– Jestem tu – powiedział Ojciec z naciskiem. – Czy jeszcze tego nie rozumiesz? Jestem tu, z tobą, ciągle, zawsze. Patrzę na Ciebie”.

Pogodzenie się z noszonymi w sobie racjami ojca staje się probierzem dojrzałej przemiany syna („całe szczęście, że młodość przechodzi człowiekowi z wiekiem” – notuje Rafalski). Dojrzałym jest się wówczas, gdy się pojmie, że w toczonych za młodu „zajadłych sporach z ojcem, to jednak on miał rację” – zauważa. Ojciec, przywołany „z głębi” żałobnego synowskiego snu, śpiewający „powolną, melodyjną pieśń, niesamowitą: Zachodź słońce, zachodź/Skoro masz zachodzić...”, widmowy i oniryczny, ale jednak najprawdziwszy ojciec – pozwala Rafalskiemu przeżyć, przeboleć i udomowić kruchość i niepewność polskiego świata, nasze własne i wieczne „wszystko już było”.

Ojcu też poświęcone są najlepsze strony najnowszej powieści autora „Walca stulecia”. I na dobrą sprawę, w najistotniejszej swojej warstwie, dziennik Rafalskiego to rzecz o ojcu.

Ale ojciec z dziennika to nie tylko poruszająca naszą ludzką wrażliwość historia, to rozdarcie i konflikt racji. Wspomina Rafalski: ojciec „stale miał jakieś kłopoty, stale go różni dobrze ustawieni cwaniacy usiłowali usadzić – ale jednak czuł się z tym dziwacznym tworem, tą niby-Polską nierozerwalnie związany, czuł się jednym z tych, którzy ją zbudowali z powojennej perzyny, i nie wierzył, żeby jeszcze kiedykolwiek mogła powstać jakaś inna”.

W innym miejscu czytam: „To było jakoś tak zaplątane, że nie mając do Peerelu złudzeń, nienawidząc go szczerze i zasłużenie, był jednak jego dzieckiem, jego produktem”.

Ojciec jako trudna, cierpka lekcja patriotyzmu w czasach PRL-u, ale tak naprawdę – w każdym czasie, bo żaden historyczny moment nie jest dla ludzi zatroskanych o stan polskich spraw czasem ułatwionym. Ojciec – realizm klęski, dekalog defensywy polityki polskiej, pełzanie z braku zgody na chodzenie, minimalizm pokonanych i przedwcześnie urodzonych, samoograniczenie pokolenia zbyt ciężko doświadczonego przez hekatombę wojny, Katyń i całopalną irredentę stolicy. Ojciec – przykurcz bezradnych świadków powojennego stosu patriotów – ludzi, którym brakło łez, rzuconych pomiędzy młyńskie koła historycznej konieczności.

Przywoływany w dzienniku ojciec pomaga uleczyć chore na cukrzycę ciało, ale zatruwa Rafalskiemu duszę, męczy i przytłacza go swoją nieufną wobec posolidarnościowego świata perspektywą, odbiera nadzieję na zmianę, szarpie nerwy, męczy niczym „widmowe odbicie w lustrze”. Nadmiernie bliski, najważniejszy w jego życiu człowiek, stoi synowi ością w gardle. Stoi mu w gardle PRL-em. Oścień, który tkwi w Rafalskim, za sprawą ojca – swoisty, nigdy niewypowiedziany wprost przez małomównego „tatę”, a odgadywany, dopowiadany teraz przez syna, duchowy raczej niźli polityczny, moralny, bo przecież nie intelektualny, testament – że każdy w pokoleniu synów, kto choruje na Polskę, stanie wobec własnego i pokoleniowego PRL-u, jakkolwiek by się nazywała ta Polska, w której przyjdzie mu żyć. Że, tak naprawdę, PRL to nasz los i przeznaczenie, bo nie da się oddzielić tego, co było, jest i będzie już zawsze PRL-em, od Polski i polskiego człowieka.

Rafalski-syn wyznaje: „że wiesz, tato, chyba mnie jednak zaraziłeś tą nieufnością i teraz gnębi mnie coś jeszcze gorszego, o czym nie ma z kim pogadać. Czy nasza Polska, gdyby była, byłaby tak naprawdę inna?”

Oto pytanie.

Polski cierń

Po to, aby ciążyła mu ojczyzna, Rafalski nie potrzebował cukrzycy. I bez tego był ciężko na Polskę chory. Za sprawą ojca – chory nieuleczalnie.

Przypominam sobie, w jakich sugestywnych słowach tę chorobę na Polskę wyraził w „Pieprzonym losie...”, w przywołanej wyżej wirtualnej rozmowie z osieroconym przez siebie synem, Robertem, pośmiertny ojciec: „– Taki twój los. Inni mogą spać, a ty nigdy nie będziesz umiał zasnąć. Inni mogą nie myśleć, a ty będziesz musiał myśleć za nich. Innych nie boli, a ty jesteś skazany, żeby czuć ból za nich”.

Rafalski nosi – rozumiem to – tożsame niewidzialne brzemię, cierpi na, mówiąc słowami Jana Emila Skiwskiego, „miłość, z którą nie można żyć”.

„W życiu narodów i jednostek jest tylko jedna rzecz bezcenna – przetrwanie. Uchronienie przed zniszczeniem gniazda, ocalenie kobiety i potomstwa, wychowanie następnego pokolenia, ukształtowanie i wypuszczenie go w świat. Czasem trzeba za to umieć umrzeć, ale czasem tez umieć się od umierania powstrzymać, choćby przeżyć się dało tylko na kolanach” – myśli Ziemkiewicz-Rafalski przeciwko sobie (bo przecież wie, że „trwanie” nie może być samoistnym celem szanującego się narodu), za sprawą ojca, o ojca dojrzalszy i mądrzejszy.

Spięty ojcem, niczym klamrą, świat Ziemkiewicza-Rafalskiego, zawiruje 10 kwietnia 2010 roku. Smoleńska katastrofa pogmatwa mu myśli, zburzy krew, odbierze zwyczajową trzeźwość sądu, a w końcu sprowokuje decyzję o rezygnacji z dziennikowego „grzebania się w sobie” (Rafalski przestanie pisać dziennik w kilka dni po katastrofie, „przytłoczony, zdławiony kłamstwem i absurdem” wawelskiego jazgotu).

Posmoleńska apatia, czyli Wyspiański redivivus

Epilog „Zgreda”. Jesteśmy w posmoleńskiej Polsce – przez chwilę skupionej, zatrzymanej w biegu, zdjętej grozą, pokornej, i już po chwili – zatrutej słowami i obrazami plemiennego polskiego rozdarcia. Rafalski jest jednym z Polaków-żałobników, którzy muszą nazwać, opisać, zrozumieć, a nade wszystko, oswoić i nadać sens tej śmierci, aby przywrócić elementarny ład, zapełnić otchłanną pustkę po tej stracie. Bohater „Zgreda” notuje: „znaleźć jakiś sens, zrozumieć, niczego bardziej człowiek nie potrzebuje w takiej chwili...”.

Rafalski spieszy na Krakowskie Przedmieście, ponownie tam jest. Zauważa: „Coś się musi zdarzyć, coś trzeba. Ale co, nikt nie umie powiedzieć (...) coś trzeba zrobić, ale nikt nie wie co”.

Poeci powiadają: polska historia to „księga pisana przez Boga”, w której każde zdarzenie ma swój głębszy sens. Tylko jaki właściwie sens ma smoleńska śmierć jako metafizyczny znak? Wyrywa nas z peryferyjnego letargu? Dobrze – ale ku czemu? Ku czemu zmierza pielgrzymująca dusza polska, jaki kierunek tego pielgrzymowania ukazuje nam to domniemane, zamierzone na najwyższym planie, a po ludzku nieodgadnione i okrutne żniwo?

Zamiast niełatwej i niepewnej odpowiedzi mamy w Polsce romantyczną teatralizację przed- i posmoleńskiej rzeczywistości. Jako dostarczyciel słowa i sensu pojawia się Mickiewicz, ze swym „Salonem warszawskim”. Jego dzisiejsi dziedzice, tacy jak Jarosław M. Rymkiewicz czy Wojciech Wencel, wskazują na aktualność dziejowej misji Narodu Polskiego.

U Ziemkiewicza-Rafalskiego mickiewiczowska pieśń inaczej wszakże organizuje i dezorganizuje zmagania z Polską posmoleńską. Mickiewicz uciska publicystyczną wyobraźnię dwoistego autora jako diagnoza, ale nie przekonuje, zniechęca go, jako rozwiązanie, jako metoda i jako recepta na polską fatalność. Nazbyt są: autor „Ciała obcego” oraz, jego najnowszy bohater, Rafalski, sceptyczni, za wiele przemyśleli i przeboleli, aby sprzyjać „celebracji katastrofy jako moralnego zwycięstwa”.

Siedzi w Rafalskim i szarpie nim – ojciec.

Trudno bohaterowi Ziemkiewicza uwierzyć w mickiewiczowską figurę „wstąpienia do głębi” – w rzeczywisty sens moralnej opozycji („moralna opozycja śpiewa już dziś «Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie», odrzucając świadomość, że ojczyzna jeszcze chwilowo jest wolna i jeszcze można coś dla niej samemu zrobić” – napisał w innym miejscu Ziemkiewicz).

Co się z kolei tyczy „wewnętrznego ognia”, to nad poszukiwania Mickiewicza przedkłada Rafalski poetykę powinności i odpowiedzialności, etos cierpliwej służby publicznej Żeromskiego i polityczną metodę upaństwowienia narodu Dmowskiego: „Trzeba ciężkiej pracy, jeszcze wiele lat ciężkiej pracy, żeby się stali dojrzałym narodem. Żaden mit, żadna tragedia bez tej pracy nie wystarczy... Naród się sam z siebie narodem nie zrobi”.

Zwycięstwa na płaszczyźnie moralnej nie przybliżą nas do przełamania peryferyjnego statusu Polski i syndromu ubogiego krewnego, tkwiącego w człowieku polskim, w polskich elitach. Zakleszczenie się przez opozycyjną inteligencję w pułapce przemocy symbolicznej, dostarcza jedynie alibi rodzimym „kreolom” u władzy dla mentalnego pozostawania na usługach elit „Zachodu”. Tymczasem dzisiejszy inteligent-anioł, polski pielgrzym, o którym śnił Mickiewicz, zasiadł przed telewizorem, aby konsumować kolejne odcinki „Tańca z gwiazdami” albo innego „You can dance”, a pielgrzymuje, owszem, do hipermarketu.

Oprócz potrzeby zrozumienia, pojawia się w posmoleńskim polskim krajobrazie inny jeszcze impuls, zarejestrowany przez Rafalskiego przed Pałacem – mowa o przymusie „zaznania poczucia oczyszczenia”.

Szczególnie przedstawiciele elity rządzącej, uwikłani wcześniej w (wyniszczający polskie życie publiczne) konflikt z poległym Prezydentem, zabierają publicznie głos po to, aby zagłuszyć głos wewnętrzny, jak najszybciej wymazać z pamięci, uwolnić się od nieznośnego ciężaru, wyjść ze strefy promieniowania tej śmierci. I z gwałtowną siłą napiera na ten żałobny nastrój, zaraz po tym, jak podano do publicznej wiadomości miejsce pochówku zmarłej pary prezydenckiej, wawelska nieprzyzwoita wrzawa. Wzbiera fala społecznego resentymentu i ekscesów arogancji elit władzy. Pęka funeralna jedność, polityczne obozy wzajemnie przypisują sobie winę, mobilizują i konsolidują siły.

Uderza, poraża u Rafalskiego, nagłe (po 10 kwietnia) zacieśnienie perspektywy i język: „Salon warszawski – pełna obcość. Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Nie jesteśmy z tej samej krwi ... Łajdacy ... Co za świństwo”. Chciałoby się powtórzyć za Krzysztofem Kłopotowskim: „Rozluźnić szczękościsk!”.

Świadom pisarskiego wyczerpania, bohater „Zgreda” przyznaje: „Gdzie się podział mój zwykły zawodowy dystans (...) Z tej ulicy pod Pałacem nie można wrócić takim samym”. I dalej: „Nie jestem pisarzem. Bardzo chciałbym nim być, ale nie jestem, nie potrafię (...) zużyłem wszystkie siły w drobnych potyczkach”.

Na koniec, nad Polską, nad warszawską ulicą, nad salonem i antysalonem, przelatuje widmowy pochód, rodem z Wyspiańskiego – i bierze polskie umysły i polską wolę we władanie: „My jesteśmy jak przeklęci,/ Że nas mara, dziwo nęci,/ Wytwór tęsknej wyobraźni/ Serce bierze, zmysły drażni;/ Że nam oczy zaszły mgłami;/ Pieścimy się jeno snami,/ A to, co tu nas otacza/ Zdolność naszą przeinacza...” – słowa Poety.

Po festiwalu bezkompromisowych moralnych osądów, deklaracjach wierności i zdrady – przychodzi „wypalenie, powraca konformizm i oportunizm”. Rząd dusz przejmuje apatia.

Niech, głosem Poety, raz jeszcze przemówi Wyspiański: „(...) tak by gdzieś het gnało, gnało,/ tak by się nam serce śmiało/ do ogromnych, wielkich rzeczy (...)/ a tu pospolitość skrzeczy,/ a tu pospolitość tłoczy,/ włazi w usta, uszy, oczy...”.

Wyspiański jako rezultat – by sparafrazować Kisiela. Obraz bezwładu Polski wskutek wewnętrznego rozkładu. Wyczerpanie – po spektaklu wysilonej idealizacji i demonizacji. Ma rację Bronisław Wildstein: cierpienie może uszlachetnić jednostki, ale „deprawuje zbiorowości”.

„Trzeba orać” – zdaje się „mówić” do Rafalskiego ojciec z portretu nad biurkiem. Jednak orząc – to już moja uwaga – nie warto skupiać wzroku na samych tylko grudach ziemi pod nogami, lecz unieść znad pługa głowę – aby złapać dystans, obiec wzrokiem krajobraz i ujrzeć „jakie ten krajobraz otwiera horyzonty”.

Ziemkiewicz pozwolił Rafalskiemu zakończyć dziennik w najlepszym, patrząc ze swojej pisarskiej perspektywy, momencie. Nie ukrywał złych emocji, pokazał ludzką słabość i pisarską atrofię swego bohatera. Po czym porzucił czytelnika w chwili, gdy ten szczególnie go potrzebował – po to, aby ten bił się z myślami, poszukując odpowiedzi na pytanie, co w istocie autor mówi nam poprzez „Zgreda” o wiecznej sztafecie ojców, o polskich nadziejach i polskiej niemożności.

Andrzej Maśnica (ur. 1962), politolog, publicysta, w latach 1990-2004 był członkiem redakcji „Stańczyka”. Publikował m.in. we „Wprost”, „Najwyższym Czasie!”, „Myśli Polskiej”, „Nowym Świecie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Ładzie”, „Nowym Państwie”. Obecnie mieszka w Warszawie.


"Zgred"

Rafał A. Ziemkiewicz,
Wydawnictwo Zysk i S-ka,
Warszawa 2011, ss. 272.

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close