Zderegulować III RP

Zderegulować III RP

Sanisław Tyszka i Przemysław Wipler

Bez rozwojowego skoku, będziemy w Europie i na świecie zajmowali pozycję zdecydowanie poniżej możliwości i aspiracji Polaków. A niezbędnym warunkiem odblokowania rozwoju Polski jest odrzucenie zdecydowanej większości dorobku prawnego III Rzeczpospolitej.

Im ludzie wiedzą mniej o powstawaniu kiełbas i praw, tym lepiej w nocy śpią”.

Powiedzenie przypisywane Otto von Bismarckowi

Debata o reformie regulacyjnej toczy się w państwach zachodnich już od lat 70. ubiegłego wieku i związana jest z radykalnym rozrostem funkcji współczesnego państwa. Dotyczy ona zarówno deregulacji sensu stricto, czyli ograniczenia lub likwidacji obciążeń prawnych dla przedsiębiorstw i obywateli, jak i kwestii „lepszej regulacji” („better regulation”), czyli upraszczania przepisów i doskonalenia procesów tworzenia polityki publicznej. Nad Wisłą, jeśli dyskusje na te tematy w ogóle się tu pojawiały, to ograniczały się do wąskich kręgów akademickich bądź do zapatrzonych w Zachód biurokratów, często bezrefleksyjnie kopiujących zagraniczne procedury. Tymczasem problem fatalnej jakości stanowionego w III RP prawa stał się na tyle palący, że trzeba pochylić się nad jego istotą, rodzimymi i obcymi źródłami, a także spróbować zarysować zarówno pożądane, jak i możliwe sposoby przecięcia gordyjskiego węzła prawnej nadregulacji.

Problem stary jak świat, ale...

Według słynnego stwierdzenia Tomasza Hobbsa z „Lewiatana” życie człowieka w stanie natury było „wojną wszystkich przeciw wszystkim” (bellum omnium contra omnes) i w efekcie było to życie „samotne, biedne, brzydkie, zwierzęce i krótkie”. Ta pesymistyczna wizja człowieka stanowi w rzeczywistości podstawowe uzasadnienie dla istnienia norm prawnych w ogóle – regulacji, które pozwalają społeczeństwom organizować się, a jednostkom bezpiecznie żyć, tworzyć i handlować. Jednocześnie regulacje prawa stanowionego od zawsze wpisywały się w dialektykę bezpieczeństwa i wolności, a więc potrzeby zapewnienia ochrony jednostkom czy ograniczania ryzyka, które podejmują, przy jednoczesnym poszanowaniu ich wyborów w myśl podstawowej wolnościowej zasady, że „chcącemu nie dzieje się krzywda” (volenti non fit iniuria). W tym też kontekście od wieków podejmowane były problemy jakości prawa i zakresu, w jakim regulacje prawne ingerują w życie społeczne.

Problemy z jakością prawa są równie stare jak jego istnienie i niezależnie od epoki nurtują osoby, dla których ważne jest dobro wspólne. Widział te problemy doskonale słynny historyk rzymski Tacyt, który pisał: „Tak jak kiedyś cierpieliśmy z powodu zbrodni, tak obecnie cierpimy z powodu praw. Im bardziej skorumpowana jest Republika, tym liczniejsze jej prawa”. Na temat ten wypowiadał się również twórca koncepcji trójpodziału władz – Monteskiusz, według którego: „Są dwa rodzaje zepsucia: jedno, kiedy lud nie przestrzega praw; drugie, kiedy same prawa przynoszą ze sobą zepsucie. To zło jest nieuleczalne, bo tkwi w samym lekarstwie”. Najdalej jednak posunął się ojciec konserwatyzmu anglosaskiego Edmund Burke, twierdząc, że „Złe prawa są najgorszym rodzajem tyranii”. Warto przy tym zauważyć, że żaden ze wspomnianych filozofów w najczarniejszym śnie nie potrafiłby wyobrazić sobie szaleństwa legislacyjnego naszych czasów, które obok niskiej jakości prawa przejawia się też w jego dramatycznej nadprodukcji, zwanej elegancko inflacją prawa, a mniej elegancko – legislacyjną biegunką.

W Polsce po 1989 roku radosna twórczość legislacyjna wręcz eksplodowała. W 1990 roku liczba nowo uchwalonych ustaw po raz pierwszy w historii przekroczyła 100 (w 1988 roku przyjęto ich 28, w 1987 – 34, a w 1986 – 18), by w 2001 roku przekroczyć 200, a w 2004 – 250. Jeszcze szybciej rosła liczba wydawanych rozporządzeń wykonawczych, z 264 w 1988 roku zwiększyła się ona niemal siedmiokrotnie i zaczęła zbliżać się do 2 tysięcy rocznie! Prawodawca przestał nadążać sam za sobą i do dziesiątek ustaw brak jest rozporządzeń, w wyniku czego prawo to faktycznie nie obowiązuje. Nadmierna liczba produkowanych przepisów z uwagi na brak czasu na ich należyte przygotowanie dodatkowo prowadzi do stanowienia prawa wadliwego zarówno pod względem merytorycznym, jak i techniczno-legislacyjnym, o czym najlepiej świadczy liczba aktów nowelizacyjnych. Dla przykładu, na 250 ustaw uchwalonych w roku 2004 aż 130 stanowiły nowelizacje! Dodatkowo, niezwykle częste zmiany aktów nowelizacyjnych praktycznie uniemożliwiają jakąkolwiek stabilizację praktyki i orzecznictwa: urzędnicy i sędziowie po prostu nie nadążają.

Jeden ze współodpowiedzialnych za obecny stan polskiego systemu prawa, Rzecznik Praw Obywatelskich IV Kadencji prof. Andrzej Zoll, już w 2004 roku mówił, że „prawo zatraciło, ze względu na ilość obowiązujących przepisów, ich niespójność, wieloznaczność i niestabilność, funkcję motywującą podmioty do nakazanego w normach prawnych zachowania. Adresat normy prawnej nie jest w stanie zapoznać się z jej treścią, nie jest więc w stanie, bez pomocy fachowców, określić zakresu swoich praw i obowiązków wynikających z obowiązujących norm”. (( A. Zoll, „Główne grzechy w funkcjonowaniu państwa prawa”, referat na konferencji „Czy Polska jest państwem prawnym?”, Pałac Prezydencki, Warszawa, 15.10.2004. )) Ta ostra ocena prawa III RP dokonana przez czołowego przedstawiciela polskiego establishmentu prawniczego jest jednak jeszcze nie dość ostra i wymaga uzupełnienia. Następca prof. Zolla na stanowisku RPO, śp. dr Janusz Kochanowski zauważył mianowicie, że obywatele często nie są w stanie określić zakresu swoich praw i obowiązków nawet z pomocą profesjonalistów, a sądy i organy państwowe zajmują się nazbyt często rozstrzyganiem spraw, które w ogóle nie powinny mieć miejsca i których źródłem jest sama wadliwość regulacji prawnych (( J. Kochanowski, „Jak powinno być tworzone prawo w Polsce” )).

Inflacja prawa w III Rzeczpospolitej jest tak silna, że jej trwanie jest faktycznie możliwe jedynie dzięki... postępowi technicznemu. Bez Internetu, informatyki i komputerów nie moglibyśmy stosować tych wszystkich przepisów. Przyczyny tej choroby są jednak niezależne od postępu technologicznego.

Przyczyny inflacji prawa

Niszcząca polskie życie publiczne, społeczne i gospodarcze biegunka legislacyjna ma tak wiele przyczyn, że ich analiza to temat na osobne, obszerne opracowanie, dlatego skupimy się tu jedynie na kilku z nich – szczególnie uderzających w zasadę dobra wspólnego i wskazujących jak mało podmiotowe jest państwo polskie.

Pierwsza z nich to postępująca w okresie transformacji ustrojowej jurydyzacja, czyli dążenie do regulowania coraz to nowych obszarów naszego życia prawem. Prawo wypiera inne systemy regulowania stosunków między obywatelami, a normy prawne coraz śmielej wkraczają w obszary, które przedtem były regulowane normami moralnymi, obyczajowymi, tradycją czy umowami między uczestnikami życia społecznego. Przykładem takich działań jest choćby skandaliczna ustawa rządu Donalda Tuska „O przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie”, dająca urzędnikom szerokie pole ingerencji w sprawy rodzinne.

Druga przyczyna to traktowanie prawa jako narzędzia służącego utrzymaniu dotychczasowej pozycji grup osób uprzywilejowanych w PRL-u i biorących udział w transformacji ustrojowej na uprzywilejowanych zasadach. Świetnym tego przykładem jest wychwalana pod niebiosa przez radykalnych zwolenników wolnego rynku tzw. „ustawa Wilczka” z 1988 roku. Choć była ona faktycznie bardzo wolnościowym aktem prawnym, to została stworzona przede wszystkim dla legalizacji procesu zwanego później uwłaszczeniem nomenklatury. Bezpośrednio po zakończeniu zasadniczej fazy tego procesu na początku lat 90. rozpoczęło się gwałtowne zamykanie rynku na konkurencję – wprowadzano kolejne koncesje, zezwolenia, zamykano dostęp do szczególnie intratnych zawodów. W efekcie, w chwili obecnej liczba zawodów, do których dostęp jest w różny sposób przez państwo reglamentowany, wzrosła do 334!

Trzecia patologia to sposób, w jaki było i wciąż tworzone jest prawo. Przy słabości polskiego życia akademickiego i niskiej jakości nauki prawa (profesorowie traktujący uczelnię jako uzupełnienie swojej aktywności biznesowej w kancelariach etc.), brak znajomości nowoczesnych rozwiązań prawnych adekwatnych dla krajów wychodzących z komunizmu prowadził do bezrefleksyjnego wprowadzania rozwiązań wymuszanych przez międzynarodowe instytucje, które uzależniały określoną pomoc czy świadczenia na rzecz Polski od przyjęcia konkretnych uregulowań. W chwili obecnej rolę tę przejęła Unia Europejska i prawo polskie stało się ponownie prawem powielaczowym – większość nowych przepisów jest efektem wdrażania unijnych rozporządzeń, dyrektyw, decyzji, zaleceń i opinii.

Jako czwarty problem należy wskazać generalnie słabą jakość polskiego życia publicznego. W kraju, w którym główne media służą wyłącznie realizacji interesów biznesowych swoich właścicieli, przestrzeń poważnej debaty publicznej dramatycznie się kurczy. Skoro zaś nie ma społecznej kontroli i nacisku na tworzenie dobrego prawa – trudno, aby takie powstawało. Tym bardziej że parlamentarzyści nie mają godziwego zaplecza eksperckiego, a urzędnicy są liczni jak mrówki, ale jednocześnie źle opłacani, wskutek czego przepisy powstają w prywatnych kancelariach, którym zamiast państwa płacą spółki – państwowe lub prywatne. Płacą i wymagają, a w efekcie olbrzymią część prawa stanowią regulacje słabej jakości, służące mniejszym bądź większym grupom interesów kosztem ogółu obywateli.

Zdajemy sobie przy tym sprawę z istnienia praźródła wszystkich przyczyn inflacji prawa, leżącego w samej naturze współczesnego państwa. Oparcie go na Hobbesowskiej koncepcji suwerenności, przyznanej właśnie państwu, a nie ludowi, ujawniło swoje fatalne skutki dopiero po pewnym czasie, tworząc państwo-Lewiatana, niczym biblijny potwór „pożerającego” kolejne dziedziny życia.

Jak to monstrum trwale okiełznać – to temat na osobne rozważania i osobną debatę. W tym tekście chcemy jedynie pokazać, jak można zaradzić nad-regulacji w obecnych warunkach, na gruncie obowiązującej filozofii państwa i prawa. Aby to zrobić, pochylmy się teraz nad problemem wykorzystywania przepisów przeciwko obywatelom.

Prawie państwo prawa

Zgodnie z konstytucją RP, Polska jest państwem prawa. Należy dodać tutaj „prawie”, pamiętając mądrość z jednej z reklam (!), zgodnie z którą „prawie robi wielką różnicę”. W efekcie działania m.in. opisanych wcześniej mechanizmów powstał system regulacji krępujący normalny rozwój gospodarki, w którym pod płaszczykiem państwa prawa rząd jak w PRL-u ma narzędzia pozwalające działać w myśl filozofii „jak chcesz uderzyć psa, to kij zawsze się znajdzie”. W sytuacji, w której na wszystko istnieje (znana najczęściej tylko formalnie) regulacja, organy państwa zbyt często mogą znaleźć podstawy do opresyjnych działań, a obywatel nigdy nie może być do końca pewny, kiedy wkracza na obszar uregulowany i kiedy prawo może być przeciwko niemu użyte. Przykładem takich działań mogą być kolejne kampanie marketingowo-polityczne rządu Donalda Tuska.

Premier najpierw ogłosił „walkę z pedofilami”. Zaczęło się we wrześniu 2008 roku od sprawy Krzysztofa B., 45-letniego kazirodcy z Grodziska koło Siemiatycz, który przez 6 lat więził i gwałcił nastoletnią córkę. Kilka dni po ujawnieniu sprawy Tusk zapowiedział zaostrzenie kar dla pedofilów oraz wprowadzenie „chemicznej kastracji”. „Nie sądzę, żeby wobec takich indywiduów, takich kreatur, można było zastosować termin «człowiek»” – powiedział. Proces legislacyjny dotyczący leczenia i karania pedofilów potoczył się w tempie jak na polskie warunki ekspresowym: ustawa „kastracyjna” przeszła przez Sejm we wrześniu 2009 roku, a dwa miesiące później doczekała się podpisu prezydenta. Do dziś jednak nie wydano do niej rozporządzeń wykonawczych! 18 osób oczekuje na kastrację chemiczną, która nie jest wykonywana z uwagi na zaniechania prawne.

Później rząd ogłosił wojnę z handlarzami dopalaczy, którą prowadził bezprawnie, korzystając z podległych mu inspekcji (handlowej, sanitarnej). Dopiero po bezprawnych działaniach administracyjno-policyjnych, w podobnym tempie jak w przypadku pedofilii uchwalono właściwą ustawę.

Obecnie na celowniku są kibice, więc okazuje się, że istniejące przepisy pozwalają, jeśli tak chce władza, na zamykanie „z powodów bezpieczeństwa”... najnowocześniejszych i najbezpieczniejszych w Polsce stadionów w Warszawie i w Poznaniu za brak właściwego zabezpieczenia meczu... w Bydgoszczy.

Niejednokrotnie niszczone są poszczególne osoby i firmy, a jedynie niewielka część takich tragedii uzyskuje rozgłos czy jest upubliczniana, tak jak np. sprawa prześladowań przez organa skarbowe Romana Kluski.

Sposoby sanacji prawa

Rozwój Polski w duchu republikańskim wymaga radykalnej naprawy prawa. Hasło to – będące przed 2005 rokiem jednym z filarów idei IV Rzeczpospolitej – wymaga ponownego podniesienia na sztandary, ukonkretnienia i wykonania. Bez stworzenia sprawiedliwych, czytelnych reguł prawnych i oczyszczenia z regulacji obszarów, które ewidentnie nie są ich domeną, nasze życie społeczne i gospodarcze będzie chore, a (nie tylko) młodzi Polacy z bólem serca będą głosowali nogami i przenosili się w miejsca, gdzie „żyje się lepiej”.

Dlatego konieczna jest deregulacja prawa, której nie udało się przeprowadzić żadnemu rządowi i na której polegli wszyscy – począwszy od powołującego zespół ds. odbiurokratyzowania gospodarki wicepremiera Leszka Balcerowicza, a skończywszy na depczącego na konferencjach prasowych sterty ustaw szefa sejmowej komisji „Przyjazne Państwo” Janusza Palikota. Deregulacja nie udała się żadnemu z rządów między innymi dlatego, że nie określono „reguły deregulacyjnej” – podstawowej zasady, według której ma się toczyć przegląd i weryfikacja ton zapisywanego przez 20 lat przepisami papieru.

Podczas prac Zespołu ds. Deregulacji działającego w Fundacji Republikańskiej doszliśmy do wniosku, że należy dokonać przeglądu całokształtu przepisów w Polsce pod kątem dwóch kryteriów. Nasza pierwsza reguła deregulacyjna to „UE plus zero” – powinniśmy zweryfikować, czy dana ustawa lub akt prawny są konieczne w świetle prawa unijnego. Jeśli nie są konieczne, a nakładają zbędne obciążenia na polskich obywateli, powinno się je uchylić.

Druga reguła deregulacyjna, pod kątem której powinno zostać przesiane prawo polskie, to zgodność obowiązującego prawa z zasadą dobra wspólnego. Każda ustawa powinna być przeanalizowana pod kątem tego, czy służy ogółowi obywateli, czy tylko mniej lub bardziej licznej grupie interesów. Czy ochrona interesu publicznego jest realizowana proporcjonalnymi środkami i czy nie kosztuje Polaków więcej niż im daje? Dotyczy to oczywiście również prawa unijnego. Według raportu zespołu eurourzędników zwanego „Raportem Mandelkerna”, analizującego przeregulowanie ustawodawstwa Unii Europejskiej, już w 2001 roku przepisów unijnych było o 40 proc. za dużo! Minęło kolejnych 10 lat i obecnie jest o wiele gorzej.

Tę regułę deregulacyjną dobrze ilustruje przykład niedawnej porażki obecnego rządu. W projekcie ustawy o ograniczeniu barier administracyjnych dla obywateli i przedsiębiorców, propagandowo zwanej pierwszą ustawą deregulacyjną, rząd zaproponował zniesienie licencji na pośrednika w obrocie nieruchomościami. Dziś, żeby wykonywać ten zawód, trzeba legitymować się wyższym wykształceniem, ukończonymi studiami podyplomowymi, praktyką zawodową i nie być karanym. Dopiero wtedy można otrzymać licencję. Pytanie brzmi, jaki ważny interes publiczny chronią te regulacje? Czy jest to rzeczywiście interes ogółu obywateli, czy raczej konkretnej korporacji? Ponieważ odpowiedź jest oczywista, wydawałoby się, że rząd będzie tu zdecydowanie działał na rzecz dobra wspólnego. Niestety w obliczu ostrej akcji lobbingowej prowadzonej przez korporację pośredników rząd ustąpił i odpowiedni przepis nie znalazł się w uchwalonej ustawie. Dla porównania, warto wspomnieć, że na przykład w Czechach, aby zostać pośrednikiem w handlu nieruchomościami, nie potrzeba ani wykształcenia, ani praktyki, ani licencji, a wystarcza zwykła rejestracja działalności gospodarczej, co kosztuje 1000 koron, czyli ok. 160 złotych.

Poza likwidacją zbędnych przepisów wskazane jest też wprowadzenie rzeczywistej kontroli projektów ustawodawczych w formie wstępnej oceny skutków regulacji, na wzór tej funkcjonującej w Stanach Zjednoczonych czy też w UE, oraz postlegislacyjnej kontroli tego prawa w postaci monitoringu funkcjonowania już obowiązujących przepisów. W przypadku nowego projektu ustawy powinny się te instrumenty uzupełniać, gdyż monitorowanie skutków istniejących rozwiązań winno być krokiem wstępnym do oceny projektu przyszłego prawa. Poszczególne ministerstwa próbują co prawda od paru lat praktykować ocenę skutków regulacji, załączając odpowiednie opracowania do propozycji aktów normatywnych. Liderem jest tu Ministerstwo Gospodarki. Problem w tym, że takie modele i wytyczne na papierze prezentują się wzorowo, ale znacznie gorzej jest z ich praktycznym stosowaniem.

Wreszcie, wskazane jest też wprowadzanie nowych regulacji prawnych jedynie na określony czas. Jeśli nie osiągną one zakładanych rezultatów, powinny w ustalonym terminie automatycznie tracić moc, o ile nie zostanie ponownie wyrażona polityczna wola ich utrzymania. Powinny też tracić moc te ustawy, do których w określonym czasie nie wydano odpowiednich przepisów wykonawczych. Takie rozwiązanie zostało wpisane do przygotowanej w Fundacji Republikańskiej, a zgłoszonej w Sejmie przez Prawo i Sprawiedliwość, ustawy o Rzeczniku Praw Podatników: jeśli się nie sprawdzi, po upływie kadencji urząd przestanie istnieć.

Potencjalne ośrodki deregulacyjne

Problem katastrofalnej jakości prawa w Polsce częściowo tkwi również w tym, że praktycznie nie funkcjonuje u nas ekspercki ośrodek legislacyjny z prawdziwego zdarzenia. Jak można tę sytuację, zdecydowanie niepokojącą z systemowego, konstytucyjnego punktu widzenia zmienić? Z jednej strony trafnie brzmią niektóre argumenty za wzmocnieniem centrum rządu, czyli Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Warto wspomnieć, że obecnie w KPRM oceną skutków gospodarczo-społecznych planowanych regulacji zajmuje się w około dziesięciu urzędników, co stanowi zaplecze zdecydowanie niewystarczające, jeśli nie wręcz śmieszne, biorąc pod uwagę rozmiar legislacyjnej biegunki. Skutkuje to między innymi tym, że w kwestiach uchwalania budżetu czy tworzenia prawa podatkowego hegemonem w rządzie pozostaje minister finansów, od którego wiedzy całkowicie uzależniony jest premier. Niedawny przykład brutalnego utrącenia przez Ministerstwo Finansów propozycji (dość skromnych zresztą) Ministerstwa Gospodarki w projekcie drugiej ustawy o ograniczeniu barier administracyjnych, dotyczących m.in. skrócenia czasu na zwrot nadpłaconego podatku VAT, również przemawia za wzmocnieniem centrum rządu.

Z drugiej strony, pojawia się pytanie, czy z konstytucyjnego punktu widzenia nie byłoby bardziej słuszne zapewnienie dodatkowego zaplecza eksperckiego legislatywie. W tym kierunku szła propozycja powołania Rady Stanu, jako organu opiniodawczego w zakresie stanowienia prawa, sformułowana przez Kochanowskiego, który odwoływał się przy tym do podobnych instytucji funkcjonujących w innych państwach (m.in. Francja, Włochy, Belgia, Holandia) (( J. Kochanowski, „Deregulacja jako pierwszy etap reformy systemu tworzenia prawa”, „Ius et lex”, nr 1/2005. )). Rada opiniowałaby projekty aktów normatywnych przygotowywanych przez wszystkie podmioty, którym przysługuje inicjatywa ustawodawcza, sprawując jednocześnie pieczę nad poprawnością systemową i techniczno-legislacyjną prawodawstwa. Składałaby się z wysokiej klasy i rangi ekspertów w zakresie prawa, ekonomii i nauk społecznych. Jako obligatoryjny uczestnik procesu legislacyjnego, oceniałaby projekty m.in. pod względem przewidywanych skutków społecznych i gospodarczych. Poza tym, formułowałaby wnioski dotyczące eliminowania zbędnych barier i procedur administracyjnych, badałaby stosowanie wybranych ustaw w celu oceny skuteczności już przyjętych rozwiązań prawnych i formułowała propozycje dotyczące sposobów wdrażania prawa UE. Byłby to organ powoływany przez Sejm i niezależny od rządu i ekspercko-urzędniczego lobby.

W pewnym sensie w tym kierunku zmierza też propozycja ustanowienia Rzecznika Praw Podatnika, ponieważ byłaby to wyspecjalizowana instytucja ekspercka powoływana i odpowiedzialna właśnie przed Sejmem. Oprócz kompetencji typowych dla rzeczników praw obywatelskich, czyli udzielania pomocy obywatelom w ich sporach z administracją skarbową, rzecznik miałby bowiem oddziaływać również systemowo. Na wzór rzecznika praw podatnika działającego w USA składałby raporty przed Sejmem, w których miałby obowiązek identyfikować zasadnicze problemy w istniejących regulacjach prawa podatkowego i proponować konkretne zmiany.

W debacie wywołanej propozycją Fundacji Republikańskiej, poza licznymi głosami poparcia ze środowisk przedsiębiorców, pojawiły się również głosy odrzucające instytucję Rzecznika Praw Podatnika jako kolejnego kosztownego, prawdopodobnie nieskutecznego i niepotrzebnego urzędu. Choć nie podzielamy tej krytyki – bo z naszych kalkulacji wynika, że w odróżnieniu od licznych zbędnych urzędów, akurat ten by się podatnikom opłacił – to można się też zastanowić nad nieco zmodyfikowaną propozycją. Można mianowicie powołać taką instytucję, która byłaby finansowana bezpośrednio z funduszy prywatnych przez przedsiębiorców, a jednocześnie byłaby umocowana ustawowo i wyposażona we wspomniane wyżej kompetencje. W ten sposób pojawiłby się nowy istotny uczestnik debaty publicznej, nie obciążający budżetu państwa a jednocześnie dysponującymi narzędziami do nagłaśniania opresji fiskalnej rządu i oddziaływania w kierunku deregulacji prawa podatkowego. Ta koncepcja łączyłaby więc ideę swoistej delegacji pewnych zadań publicznych z ideą deregulacji.

Wszystkie oblicza unijnej regulacji

Ze względu na to, że co roku ponad połowa uchwalanych u nas ustaw to prawo unijne, warto się również przyjrzeć próbom ulepszania jakości prawa podejmowanym w Brukseli. Od czasu wspomnianego wyżej „Raportu Grupy Mandelkerna ds. Lepszej Regulacji” (( Mandelkern Group on Better Regulation Final Report, 13.11.2001 )) sprzed dekady, w UE trwają intensywne prace nad udoskonaleniem procesu tworzenia prawa europejskiego. Można by nawet zaryzykować twierdzenie, że instytucje unijne są w tym zakresie w Europie „przodownikiem pracy”, bo unijni biurokraci wyznaczają sobie coraz to nowe wyśrubowane plany (gorzej jest z ich wykonaniem). Wspomniany wyżej plan redukcji przepisów unijnych o 40 proc. nie powiódł się ponoć z powodu przyjęcia do UE nowych państw. Z kolei przyjęty w 2007 roku program działań na rzecz zmniejszana obciążeń administracyjnych zakłada redukcję biurokracji do 2012 roku o 25 proc. Według komunikatu Komisji z 2010 roku program jest „na najlepszej drodze do przekroczenia celu” (( Komunikat Komisji do Parlamentu Europejskiego, Rady, Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego i Komitetu Regionów: Inteligentne regulacje w Unii Europejskiej, COM(2010) 543, 08.10.2010. )). Zaczynamy się trochę niepokoić, czy po tym przełomie wystarczy pracy dla wszystkich, tak bardzo przecież potrzebnych, unijnych urzędników...

Raport Mandelkerna wyznaczył podstawowe kierunki prac, które trwają do dzisiaj i obejmują następujące obszary: uwzględnianie konieczności regulacji, ocenę ich skutków, upraszczanie przepisów, konsultacje społeczne, lepszy dostęp do prawa, lepszą komunikację i skuteczniejszą implementację do prawa krajowego. Od paru lat przy Komisji działa Grupa Krajowych Ekspertów Wysokiego Szczebla do Spraw Regulacyjnych, złożona z urzędników delegowanych przez kraje członkowskie, do której należą również przedstawiciele naszego Ministerstwa Gospodarki. W pracach unijnych ekspertów nastąpił pod koniec ubiegłego roku wiekopomny przełom polegający na tym, że zdecydowano się przejść z polityki „lepszej regulacji” („better regulation”) na wyższy poziom „regulacji inteligentnej” („intelligent regulation”). Zmiana ta przekłada się między innymi na obligatoryjne wydłużenie okresu konsultacji społecznych nowych regulacji z ośmiu do dwunastu tygodni począwszy od roku 2012 (( Tamże. )).

Eurobiurokraci imponują kolejnymi, coraz bardziej atrakcyjnymi nazwami dla wprowadzanych strategii. Mamy więc wspomnianą wyżej „lepszą regulację” i „inteligentną regulację”. Kiedy trudno jakiś rynek uregulować, choćby z powodów technicznych, wtedy wspaniałomyślnie dopuszcza się „współregulację”, która otwarta jest na częściową „samoregulację” z udziałem największych podmiotów występujących w danym sektorze (np. dyrektywa o audiowizualnych usługach medialnych (( Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady, 2010/13/UE, 10.03.2010 )) ). W praktyce, większość działań w ramach unijnych strategii oznacza jednak po prostu zwykłą re-regulację, czyli ponowne skrępowanie przepisami danego sektora gospodarki. Charakterystyczne, że kiedy Raport Mandelkerna używa terminu „deregulacja”, robi to tylko po to, żeby zdystansować się od „wulgarnej” likwidacji przepisów i zapewnić, że uproszczenie („simplification”) jest właściwym i „bardziej zaawansowanym” etapem rządowej regulacji. W poważnej refleksji o deregulacji nie powinno się jednak zapominać, że rzeczywista deregulacja oznacza nie kodyfikowanie, upraszczanie, czy też choćby najbardziej subtelne przeredagowywanie przepisów, ale przede wszystkim zwyczajną ich likwidację.

Patrząc realistycznie, trudno oczekiwać po pracach nad ulepszaniem prawa europejskiego jakiegoś rzeczywistego przełomu. Starając się na nie spojrzeć życzliwie, można by je ewentualnie próbować interpretować jako próbę naiwnej, nieumiejętnie wprowadzanej samoobrony przed załamaniem konkurencyjności gospodarek europejskich. Swoją drogą, chyba najlepszym kandydatem na przysłowiowe ostatnie źdźbło trawy, który złamie temu unijnemu wielbłądowi grzbiet, są regulacje tzw. pakietu klimatyczno-energetycznego przewidujące między innymi, że od roku 2013 polskie elektrociepłownie będą musiały płacić za prawa do emisji dwutlenku węgla. Można by się śmiać z naiwnych wyobrażeń eurobiurokratów marzących o uratowaniu planety, gdyby nie to, że z ich powodu wszyscy niedługo otrzymamy radykalnie wyższe rachunki za elektryczność.

Deregulacja pod strzechy

Ponieważ dotychczasowe wysiłki deregulacyjne na poziomie polskiej polityki krajowej były całkowicie nieskuteczne, sceptycznie podchodzimy do możliwości wywierania jakiegoś rzeczywistego wpływu na tworzenie prawa europejskiego. Uwzględnia to poniekąd nasza pierwsza reguła deregulacyjna „UE plus zero”. Nie znaczy to oczywiście, że nie należy próbować.

Na koniec warto podkreślić właśnie wymiar obywatelski deregulacji. Naprawa prawa wymaga bowiem też olbrzymiej aktywności obywateli patrzących na ręce władzy, żądających wysłuchań publicznych podczas prac nad nowymi ustawami. Biorąc pod uwagę piękne polskie republikańskie tradycje w tym zakresie i tempo odbudowywania się zdolności Polaków do zrzeszania się, głęboko wierzymy, że w końcu damy radę zrzucić duszący nas garb złych przepisów. Ale nie dokona się to ani łatwo, ani prosto, ani za darmo (( Fragmenty tego artykułu ukazały się w „Naszym Dzienniku” z 25 maja 2011 r. )).

Stanisław Tyszka (ur. 1979), dyrektor Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej, adiunkt na Wydziale Stosowanych Nauk Społecznych i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim i studia doktoranckie na wydziale historii w European University Institute we Florencji.

Przemysław Wipler (ur. 1978), prezes Fundacji Republikańskiej. Pracował na kierowniczych stanowiskach w administracji państwowej (zbudował od podstaw i kierował Departamentem ds. Dywersyfikacji w Ministerstwie Gospodarki), w międzynarodowych firmach doradczych (Deloitte, Ernst & Young) i organizacjach pozarządowych (Centrum im. Adama Smitha). Mąż i ojciec trojga dzieci.

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close