Poezja polityczna jako dobro wspólne

Poezja polityczna jako dobro wspólne

Remigiusz Włast-Matuszak

Jestem pewien, że na przestrzeni jednego, dwóch pokoleń poezja Rymkiewicza trafi „pod strzechy”; zostanie odkryta przez ogół, tak jak utwory Norwida czy Baczyńskiego. Może wówczas tematem zadekretowanym na maturze z języka polskiego w Polsce będzie wtedy ona, a nie reportaże pani K.

Próby rozmowy o poezji z osobami „powszechnego zaufania społecznego” lub „zwykłymi” VIP-ami, kończą się przeważnie stwierdzeniem: „nie znam się na poezji”, „nie ogarniam tego”. Bywają osoby obdarzone fenomenalną pamięcią i sprytem życiowym, potrafiące z kompilacji prac studentów i asystentów wykroić zupełnie treściwą i obfitą habilitację, ale za to pozbawione zupełnie inteligencji kreatywnej i zwykłej ludzkiej wrażliwości na uśmiech dziecka, klucze gęsi na niebie, czy zapach ziół na rozgrzanym górskim zboczu. „Tacy” nie czytują „RW”, a jak już dostaną je gratis, to odkładają na stos reklam telepizzy. Do „takich” wyjątków mojego tekstu nie adresuję.

Ten brak możności rozumienia poezji wywołuje u „takich” głębokie niezadowolenie, a nawet ataki wściekłości. Byłem świadkiem, a nawet uczestnikiem podobnych scen, no bo jak to – ekonomista, przedsiębiorca, prof. nauk med., komendant czegoś tam, stworzył dużą firmę, zarządza setkami osób, zdobył tytuły, jest mądry, wszyscy go o tym zapewniają, a tu jakiś wierszyk! Czyta i nie rozumie – NIE ROZUMIE – to znaczy, ze ktoś chce go ośmieszyć, udowodnić, że ON jest głupi, a on kieruje, pomnaża i odnosi sukcesy, więc nie jest głupi. To poezja jest głupia, nieznośna i podstępna, to dlatego jej nie znosi, a czasami nienawidzi. Podświadomie zawsze będzie traktował ją nieufnie i będzie się jej BAŁ. No i słusznie, niech się boi!

Ci niebezpieczni poeci

Nie chcę tu wracać do przypominania strachu WŁADZY przed poetami w Cesarstwie Rzymskim – Senekę Młodszego zmuszono do samobójstwa, retorowi Cyceronowi ucięto dłonie i przybito do wrót senatu. Nie chcę też omawiać powszechnego strachu przed poetami w Rosji carskiej czy sowieckiej, strachu przed strofami Moliera we Francji, czy obaw amerykańskiego establishmentu przed Waltem Whitmanem czy hipisującym Allenem Ginsbergiem. Osobiście z takim strachem w Polsce – bo z braku miejsca tylko współczesną polską poezja polityczną chcę się tu zająć – zetknąłem się dwa razy. W latach siedemdziesiątych, w Poznaniu, gdy pokazano mi na ulicy Św. Marcina – ówcześnie Armii Czerwonej – ubogo, ale szykownie ubraną staruszkę, i powiedziano szeptem, że to Iłła – Kazimiera Iłłakowiczówna, osobista sekretarka Marszałka Piłsudskiego. I tak na własne oczy zobaczyłem obiekt gorliwych ataków starych aparatczyków od kultury, średnioletnich beztalenci, których nazwiska dzisiaj zupełnie nic nie znaczą (pamięta ktoś takiego pisarza Koguta?), ale najgorliwsi byli młodzi, zaczynający partyjne i literackie kariery, a wśród nich Stanisław Barańczak (!). Cała ta banda nienawidziła przeszło siedemdziesięcioletniej, przymierającej głodem, bezbronnej Poetki. BAŁA się śmiertelnie jej, jej opinii i ewentualnych publicznych wypowiedzi o nieobliczalnych dla nich konsekwencjach politycznych (czyt. merkantylnych).

Drugi raz to był mój osobisty, bolesny falstart. Będąc pisującym strofki naiwnym dzieckiem, w 1973 r. pojechałem (na własny koszt(!)) na Światowy Festiwal Młodzieży do Berlina Wschodniego – stolicy NRD.  Po powrocie wysłałem do redakcji jedynego młodzieżowego pisma, jakie wówczas miało dział poezji – „RADARU” – kilka wierszyków o Berlinie, w tym jeden zjadliwy o Angeli Davis – młodej komunistce z USA, kreowanej wówczas przez Moskwę na nowe wcielenie Róży Luksemburg. Nie przypuszczałem jaką aferę wywołam, a zastępczyni osławionego Klechty, niejaka red. Lewandowska uznała to za polityczną prowokację, itd., itp. i skutecznie pozbawiła mnie możliwości druku, przez co dopiero w 1982 r. zaistniałem w Odrze.

Siła poezji i strach przed „strofkami” jest nadal wielki i ponadczasowy. W tymże Poznaniu, w czasie obchodów Poznańskiego Czerwca w 1991 r., doszło do głośnego ostatecznego zerwania i wojny między Adamem Michnikiem a Zbigniewem Herbertem. Poeta publicznie nazwał Redaktora Naczelnego tak, jak go nazwał. Nienawiść salonu trwa i ściga Herberta nawet po śmierci. Jak strasznie władza ludowa i beneficjenci Okrągłego Stołu bali się i boją tych kilku wierszy o Panu Cogito, zwłaszcza strofy „Bądź wierny Idź” z „Przesłania Pana Cogito” (1974 r.)!  Nie mogą mu wybaczyć, że nikt z nich, w czasach gdy za odwagę wymiernie się płaciło, nie napisał tych słów.

„We krwi trup Michnika”

Po odejściu Zbigniewa Herberta, na polskiej scenie poezji politycznej ze znaczących poetów został już tylko Jarosław Marek Rymkiewicz, a jego niedawno wydane „Wiersze polityczne” zmąciły spokój polskiego salonowego skansenu idei.

Herbert był z rocznika 1924, Rymkiewicz (JMR) z 1935-go – obaj z pokolenia naznaczonego wojną, totalitarną okupacją, walką o wolność i niezawisłość, która formalnie trwała do 1989 r., a faktycznie, w sferze kultury i oświaty, trwa do dzisiaj!

JMR miał szczęście debiutować w 1957 r. (miał 22 lata) tomem wierszy pt. „Konwencje”. Szybko został uznany za poetę wybitnego, jak i cenionego na tyle, że Adam Michnik, po nieudanej próbie „wciśnięcia” Nike Miłoszowi, w 2003 r., postanowił  afiliować JMR poprzez przyznanie mu tej nagrody za tom wierszy pt. „Zachód słońca w Milanówku”. Poeta wybrnął roztropnie z pułapki, nagrodę przyjął, ale będąc w Warszawie nie poszedł jej odebrać z rąk Michnika. Wysłał tylko taśmę wideo, której przesłanie mocno rozczarowało „etosowców Agory” zgromadzonych w Starej Pomarańczarni – transmisja TV uwieczniła ich miny.

Zawłaszczenie się nie udało, a JMR pozwalał sobie na rzeczy dla Salonu niewybaczalne – na samodzielne myślenie, osądy i opinie. W jesiennym, trzydziestym numerze ”FRONDY” z 2003 r. ukazał się jego wiersz pt. „Warszawa Śródmieście – Milanówek, godzina 23:42” – „Przez Warszawę Zachodnią jechały pociągi... Na podłodze leżała zgwałcona dziewczyna/ W gazecie było foto – we krwi trup Rywina…/ Ja innego nie chcę mieć pomnika/ W gazecie było foto – we krwi trup Michnika…”

Od tamtej pory w „gazecie” były trupy „seksaferantów”, senatora Piesiewicza, Mira i Rycha, a za chwilę, przed jesiennymi wyborami, z obu stron barykady potoczą się inne głowy „opakowane w gazety”. 11 sierpnia 2010 r. w tekście zamieszczonym w „Gazecie Polskiej” JMR ośmielił się publicznie stwierdzić, iż  „etosowcy” – bywsza „konstruktywna opozycja” z Agory, są duchowymi i moralnym spadkobiercami przedwojennej KPP! Michnik zrobił to, co zawsze w takim wypadku – nasłał na Poetę sowicie opłacanych i wyjątkowo sprawnych prawników, straszących JMR perspektywą sądu i wyrokiem skazującym na kilkusettysięczne odszkodowanie. (Podobne groźby wobec „Tygodnika Solidarność” w 2002 r. zaowocowały przeprowadzeniem czystki i wyrzuceniem na bruk wszystkich źle myślących, czy piszących o „Gazecie Wyborczej” – w tym niżej podpisanego.) JMR ogłosił list otwarty do Adama Michnika, w którym metodą nie wprost (najprzebieglejszy wynajęty krętacz nie mógłby się do niczego przyczepić), między wierszami, drugi raz po 2003 r. zakpił sarkastycznie z Naczelnego Etosowca III RP.

Cel: przemilczeć

JMR dolał do ognia tradycyjnej polskiej „podpałki grillowej”, ogłaszając zimową porą 2010 r. tom pt. „Wiersze Polityczne”.  „Po pachy” umoczony w PRL „salon” i środowisko Agory przyjmując wysoce niewygodny tom poezji, zastosowało swoją starą zasadę – co nie wygodne i nie do zwalczenia należy PRZEMILCZEĆ – i taką też politykę oficjalnie przyjęto wobec „Wierszy politycznych”. Oczywiście nie pozostawiono sprawy samej sobie. Przywołano „podręcznych” z mediów kontrolowanych przez „katolewicę” czy innych „samodzielnie myślących”. Nie chcę uwieczniać tu ich nazwisk. Za parę lat będą się bardzo wstydzić swoich recenzji, tak jak Barańczak wstydzi się swoich wypowiedzi o Iłłakowiczównie, czy tak jak wstydzą się durnie, którzy po śmierci Herberta mieli czelność próbować sikać na rogi katafalku Poety, stwierdzając, iż dlatego Herbert w ostatnich latach źle pisał i mówił o Adamie Michniku, i dlatego afiszował się ze swoimi „niesłusznymi” prawicowymi poglądami, bo był już człowiekiem ciężko chorym, czy „po prostu zwariował”. Ten sam wątek (syndrom sowieckiej psychuszki) przebija w krytyce JMR i jego „Wierszy Politycznych” Nie mając argumentów, udowadnia się, że ostanie utwory JMR są nieudane, zafałszowane, nieudolne, że po prostu Poeta dobiega osiemdziesiątki, „państwo sami rozumiecie”, jeżeli ktoś jest wiekowy, trzeba mu wiele wybaczyć i nie można traktować go poważnie. (Wyjątkiem od tej „oczywistości”  jest tylko prof. Bartoszewski lat 90 oraz Mistrz Wajda lat 85 – te Autorytety zachowały pełną sprawność „na odcinku” i „w temacie” jedynej słusznej słuszności).

Może aż tak wielu krytyków literackich i publicystów nie dałoby się wywołać do tablicy przez publicznie milczący, ale działający zakulisowo Salon, gdyby nie podtykano im pod oczy wiersza JMR napisanego 19 kwietnia 2010 r., w kilka dni po katastrofie pod Smoleńskiem, a skierowanego imiennie „Do Jarosława Kaczyńskiego”.  „Polska – mówią – wspaniale lecz trzeba po trochu / Ją ucywilizować – nich klęczy na grochu / Niech zmądrzeje nich zmieni swoje obyczaje?/ Bo z tymi moherami to się żyć nie daje”

W brukowo-gazetowy sposób dorabia się Rymkiewiczowi „gębę”, a nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego umiejętnie rozlewa się też na Poetę. Za chwilą przeczytamy, że „to nadworny piewca kaczyzmu” itd.  Setki „nosicieli cudzych poglądów”, którzy nie raczyli przeczytać „Wierszy politycznych”, a być może żadnego z utworów JMR, czy choćby tekstu wiersza „Do Jarosława Kaczyńskiego”, w całości potępia twórczość i Poetę, skutecznie propagując czarny PR wobec jego postaci. Przypomina to do złudzenia oczernianie postaci Marszałka Piłsudzkiego przez propagandę PRL-u, której „historycy” przy każdej możliwej okazji relacjonowali, jak to na Wawelu przez cały okres okupacji esesmani z wilczurami pełnili stałą wartę przed wejściem do krypty z trumną Marszałka. Uruchamianie skojarzeń było proste: honory hitlerowców dla Piłsudskiego, w przypadku Rymkiewicza zagrywka socjotechniczna jest podobna: stary Rymkiewicz pisał dytyramby na cześć tyrana Kaczyńskiego.

Nie sposób przejść obojętnie

Złe słowa pismaków spłowieją w stertach makulatury, sczezną w recyklingu – a słowa Poety przetrwają. Tylko Poeta Wizjoner ma „dar Boży”, by w kilku słowach uchwycić i przekazać to, co innym zajmuje całe lata zmarnotrawione na płodzeniu opasłych tomisk. Jeśli za 100 lat mało kto będzie pamiętał o premierze Jarosławie Kaczyńskim, to dzięki Rymkiewiczowi Jarosław Kaczyński już na trwałe przeszedł do historii polskiej literatury. Nie wyobrażam też sobie, by ktoś na poważnie mógł napisać wartościowy literacko wiersz np. do premiera Marcinkiewicza, Tuska, Schetyny, Oleksego czy Kwaśniewskiego. To jest właśnie ta herbertowska „kwestia smaku”.

Doprawdy żenujące jest odbieranie i ocenianie tomu „Wierszy politycznych” poprzez pryzmat jednego wiersza, wiersza do Jarosława Kaczyńskiego. To tylko jeden z wielu utworów. W tomie są wiersze autentycznie poruszające, wywołujące trudne do opanowania wzruszenie, czy tzw. kolokwialnie „ciarki”, bądź „gęsią skórkę na plecach”. Mogę się tu publicznie przyznać, że czytając wiersz pt. „Pojedź” napisany w styczniu 1985 r. zaczynam bezgłośnie płakać. Wzruszenie jest trudne do opanowania. Żaden wiersz Zagajewskiego, Barańczaka czy Julii Hartwig nie wywołał u mnie wzruszeń nawet zbliżonych, kilka wierszy Borowskiego czy Urszuli Kozioł powoduje we mnie doznania głębokiego, trwożnego smutku, kilka utworów Gałczyńskiego – sprawia przyjemność obcowania z „mądrością Bożą”, ale nigdy przy ich czytaniu nie ciekły mi łzy!

W tomie „Wierszy politycznych” nie ma utworów pozostawiających Czytelnika obojętnym. Kilka uznaję z wspaniałe: „Mogiła Ordona”, „Księżyc nad Wigrami”, „Kiedy się obudziłem”, czy „Nie wołaj”. Aby tak się stało, musi upłynąć jeszcze wiele lat, ale jestem pewien, że na przestrzeni jednego, dwóch pokoleń poezja Rymkiewicza trafi „pod strzechy”; zostanie odkryta przez ogół, tak jak utwory Norwida czy Baczyńskiego. Może wówczas tematem zadekretowanym na maturze z języka polskiego w Polsce będzie poezja Rymkiewicza, a nie reportaże pani K.

Spróbujmy zostać…

Waga i znaczenie poezji dla tożsamości narodów jest bezdyskusyjna. Udowadnianie tego faktu to banał, truizm i krzycząca pospolitość. Dzięki naszej poezji politycznej – że powtórzę z JMR - „Spróbujmy zostać Polakami dalej” – mimo, że to takie niemodne, obciachowe, moherowate, ciemnogorodzieńskie i w końcu „nieopłacalne”. Nie wstydźmy się uczyć dzieci wierszyka Bełzy „Kto ty jesteś – Polak Mały…”, czytajmy wiersze Dominika Magnuszewskiego z okresu powstania listopadowego, śpiewajmy publicznie „Rotę”, „Boże, coś Polskę” czy nauczmy się w końcu więcej niż tylko dwu zwrotek „Mazurka Dąbrowskiego”.

Nasi Poeci (ci wielcy) – Mickiewicz, Słowacki, Herbert mają dar jasnowidzenia, przepowiadania przyszłości Polski. Odsyłam do wiersza „Mitteleuropa” napisanego przez Zbigniewa Herberta w 1992 roku. A zakończę cytatem z „Zaświatów Pana Cogito” – ”czy Pan Cogito/nie tłumaczył/cierpliwie/że nie należało/podpisywać traktatu/ze złoczyńcą”.

Tak, trzeba było słuchać Poety, który już nas niczym nowym nie oświeci, nie napomni, bo odszedł, ale zawsze może wsłuchać się w Jarosława Marka Rymkiewicza - Poetę, który żyje i przemawia do nas wierszami politycznymi, czy też innymi utworami pisanymi do nas i o nas, mówiącymi o sprawach dawnych i bieżących, z których składa się nasza polska codzienność.

Jarosław Marek Rymkiewicz, „Wiersze polityczne”, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2010

Remigiusz Włast-Matuszak (ur. 1948 w Poznaniu), poeta, publicysta. Liceum T. Czackiego kończył już w Warszawie. Studia na Wydziale Filozofii, zmienionym w 1968 roku na Wydział Nauk Społecznych. Od 1976 roku niezależny publicysta: „Ekran”, „Za i Przeciw”, „Res Publica”, „Fronda” (do rozłamu), „Akant”. Portale: prawica.net, yeppy.pl (upadł). Między 1989-1992 był prywatnym wydawcą, m.in. dwa tomy głośnej antologii „Po Wojaczku”. Poetycko debiutował w „Odrze” w 1982 roku, w 1997 roku opublikował tom wierszy „Dokumenty bez następstw prawnych”, w 2003 – „Przywilej”, w 2009 – „Znaki”. Miłośnik ogrodnictwa i prasoznawstwa.

Artykuł z Rzeczy Wspólnych 4 (2/2011)

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close