Wojna polsko-polska pod logo niebiesko-czerwonym

Wojna polsko-polska pod logo niebiesko-czerwonym

Piotr Gociek

Jaką rolę w wojnie polsko-polskiej odgrywają opisujące ją media? Są obserwatorem, czy może współtwórcą wydarzeń? Relacjonują działania wojenne, czy raczej biorą w nich udział? W gigantycznym labiryncie luster, jakim jest dziś rzeczywistość medialna, same środki masowego przekazu mylą tropy w sposób mistrzowski. I w zależności od sytuacji i własnego interesu grają różne role w różnych maskach.

Ostry konflikt między największymi partiami w Polsce – Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością – doczekał się miana „wojny polsko-polskiej”. Media opisując współczesną politykę, także konsekwentnie stosują terminologię wojenną – i nie chodzi już tylko o kampanie wyborcze. Choć czasem słychać w nich apele o „merytoryczną debatę” lub „dyskusję o rzeczach dla Polski najważniejszych”, to jednoczesna analiza przekazu informacyjnego nie zostawia złudzeń: relacjonując wydarzenia, dziennikarze sięgają po terminy „atak”, „kontratak”, „ofensywa”, „natarcie”, „bitwa” itp. Politycy dokładają swoje: gdy po aferze hazardowej premier Donald Tusk dymisjonował członków swojego rządu, głośno i wyraźnie mówił o tym, że ci, których oddelegował do prac w Sejmie, mają tam „prowadzić wojnę”. A i Jarosława Kaczyńskiego trudno sobie wyobrazić bez wiecznie przyklejonego do ust sformułowania „brutalne ataki” (oczywiście na PiS) albo wypowiedzi o „wojnie rządu z opozycją”.

Ofiary wojny

Gdzie wojna, tam muszą być ofiary. I w wojnie polsko-polskiej oczywiście są, choć o to, kto zasługuje na takie miano, toczy się wojna osobna. Według SLD to na przykład Barbara Blida, którą politycy lewicy przedstawiają jako ofiarę „reżimu IV RP” zaszczutą przez prokuraturę i służby specjalne. Blida, zdaniem SLD, została nieledwie zamordowaną przez spec agentów ABW, czyli cyngli PiS, którzy ponoszą odpowiedzialność za jej śmierć nawet, jeśli sama pociągnęła za spust. Platformerscy spece od PR swego czasu przekonywali, że innymi ofiarami pisowskich zbrodniarzy są setki Polaków płci obojga czekających (w domyśle: umierających oczekując) bezowocnie na przeszczepy. Transplantologię polską miał w myśl tej narracji dotknąć zawał, bo ludzie nie chcieli oddawać narządów śmiertelnie wystraszeni aresztowaniem kardiochirurga-łapówkarza Mirosława G. przez siepaczy Zbigniewa Ziobry. Jeśli tezie tej przeczą fakty – tym gorzej dla faktów.

Z kolei wedle sporej części PiS (ale nie tylko) ofiarami polsko-polskiej wojny są wszyscy, którzy wraz z prezydentem Lechem Kaczyńskim zginęli 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie smoleńskiej. Prezes PiS konsekwentnie nazywa ich zresztą „poległymi”, a wyznanie wiary w to, że wszystkich ich zabiła „zbrodnicza polityka rządu”, staje się pomału jednym z dogmatów partyjnych w Prawie i Sprawiedliwości.

Jest wreszcie sprawa Marka Rosiaka, łódzkiego działacza PiS zamordowanego przez Ryszarda C. Rosiak zginął, bo na miejscu nie było Jarosława Kaczyńskiego – tak przynajmniej wynika ze słów zabójcy, który nie tylko wykrzykiwał, że „nienawidzi PiS”, ale jeszcze otwarcie przyznawał, że jego celem był szef największej partii opozycyjnej. Smaczek dodatkowy: Ryszard C. nawet obraził się na policję i prokuraturę, gdy nie pozwoliły mu na zwołanie konferencji prasowej. Jak każdy morderca epoki dobrobytu informacyjnego C. miał bowiem przygotowane specjalne oświadczenie, w którym chciał przedstawicielom mediów wyłuszczyć szczegółowo, dlaczego i kogo tak bardzo nienawidzi.

Co ciekawe, choć sprawa śmierci Rosiaka jest z tych wszystkich wydarzeń najbardziej ewidentna i spełniająca wszelkie kryteria mordu politycznego dokonanego z nienawiści podsycanej konfliktem politycznym, to właśnie ona została najszybciej zamieciona pod dywan i skwapliwie zapomniana. Nad śmiercią Blidy wylano morze atramentowych krokodylich łez i nie zanosi się na rychły koniec. O Rosiaku dziś nikt już nie pamięta .

Zestawienie powyższych faktów sprawia, że wypada zadać pytanie – jaką rolę w wojnie polsko-polskiej odgrywają opisujące ją media? Są obserwatorem, czy może współtwórcą wydarzeń? Relacjonują działania wojenne, czy raczej biorą w nich udział? Odpowiedź na to pytanie jest o tyle trudna, że w gigantycznym labiryncie luster, jakim jest dziś rzeczywistość medialna, same środki masowego przekazu mylą tropy w sposób mistrzowski. I w zależności od sytuacji i własnego interesu grają różne role w różnych maskach. Raz przedstawiają się jako zwierciadło na gościńcu, innym razem jako czwarta władza; raz jako arbiter, kiedy indziej jako rzecznik jednej ze stron – na przykład uciskanej mniejszości. Jakiej? To także zależy od sytuacji. W dobrym tonie jest być rzecznikiem niepełnosprawnych, zbyt nisko opłacanych pielęgniarek, zaharowanych matek albo mniejszości seksualnych. A polityka? O tym, jak się ją w mediach sprzedaje, wiele może powiedzieć przegląd metod budowania politycznych opowieści.

PiSowski wilk za rogiem

Istnieją trzy podstawowe metody narracji w mainstreamowym medialnym przekazie dotyczącym sporu między PO a PiS.

Matką pierwszej z nich jest „Gazeta Wyborcza”, a jej sedno to porównywanie opozycji do faszystów i/lub komunistów, w każdym razie do wrogów demokracji. Strategia to nie nowa, bo używano jej w latach 2005-2007 do atakowania rządów PiS. Miały one wedle komentatorów i publicystów GW prowadzić Polskę do nowego „stalinizmu”, „totalitaryzmu”, lub co najmniej „dyktatury”. Przed przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi w 2007 roku Adam Michnik sugerował nawet, że taka władza nie cofnie się przed ich sfałszowaniem. Rządy przeminęły, retoryka pozostała. Teraz już nie jako metoda bieżącego recenzowania władzy, ale przestrogi: pamiętajcie, jakie zło czyha za rogiem (czytaj: powrót rządów PiS to nadejście epoki Trzeciej Rzeszy skrzyżowanej z Rosją sowiecką). Pamiętajcie, że wystarczy chwila słabości, brak mobilizacji przy urnach, a do Sejmu wróci większość wysyłająca facetów w kominiarkach, by o świcie wywalali drzwi w domach niewinnych obywateli. Narracja ta jest także najlepszym sposobem na rozgrzeszanie Platformy z jej rozlicznych zaniechań. „Jest jak jest” zdają się mówić wyznawcy tej metody, „nie najlepiej i nie idealnie, ale mogłoby być dużo gorzej”. Gorzej, czyli pisowsko. Nie ma potrzeby wymyślania specjalnej nazwy dla owej narracji. Znakomicie uczynił to już Waldemar Kuczyński, gdy ukuł frazę „pisowski wilk nadal niebezpieczny”. W lutym 2008 roku na łamach „Rzeczpospolitej” charakteryzował PiS tak: „od kilku lat mamy w polityce dużego antydemokratycznego wilka. Takiej partii od roku 1989 nie było”.

Polska piękna i Polska ciemna

Drugą narracją nazwać można „estetyczną” – to formułowanie przekazu o tym, jak bardzo obciachową, zacofaną, ksenofobiczną i moherową partią jest Prawo i Sprawiedliwość. Przybiera różne formy – opowieści o Polsce A i Polsce B, o Kościele otwartym i radiomaryjnym, o tolerancyjnych mapetach (tak w skrócie nazywam „młodych aspirujących platformersów”) i ich babkach – nietolerancyjnych dewotkach, którym trzeba zabrać dowód, by nie szkodziły Polsce, oddając głos w wyborach. W narracji estetycznej wojna polsko-polska to konflikt kołtuna z postępowcem, wielkomiejskiego wina z wiejskim bimbrem, narodowców z Europejczykami i tak dalej.

W inteligentnie serwowanej narracji estetycznej jest nawet miejsce na coś w rodzaju żalu nad pisowcem i jego wyborcą. On nie winien, cóż mógł uczynić – po prostu urodził się w Polsce B, mrocznej krainie różańca i patriarchatu. Miał pecha. Ale ten fałszywy żal zwykle kryje w sobie bezbrzeżną pogardę mapetów wobec każdego, kogo mają za frajera: zwykle tego, który jest biedniejszy, wierzący, niewłaściwie głosuje i w dodatku podejrzewa, że być może nie żyje jednak na najlepszym ze światów. Takiego osobnika zwie się często także elektoratem roszczeniowym i pospołu z innymi szkodnikami (robotnikami bankrutujących fabryk, pazernymi emerytami, którzy nie wiedzieć czemu chcą emerytur wyższych niż 500 zł) obarcza winą za to, że nasz marsz do Europy i dobrobytu nie przebiega tak sprawnie jak powinien.

Narracja estetyczna ma jednak swoją ściśle określoną granicę, której media mainstreamowe nie przekraczają nigdy. To granica między przypadkiem jednostkowym a uogólnieniem oraz między kwestią społeczną a polityką.

Można zatem w sztandarowym programie informacyjnym czołowej telewizji użalać się nad losem pojedynczego mieszkańca Polski B: nad staruszkiem z głodową rentą, nad matką wychowującą za grosze niepełnosprawne dziecko czy małżeństwem opiekującym się chorymi na raka sierotami. Można się oburzać, że niedobre służby skarbowe ścigają domiarem podatkowym piekarza, który rozdaje niesprzedany chleb bezdomnym. Ba, można nawet piętnować nieudolne ministerstwo, które zapomniało na czas wydać, powiedzmy, jakieś wykonawcze przepisy, w efekcie czego, dajmy na to, powodzianie zostali na zimę bez domów, albo ubrań, albo jednego i drugiego. Ale to już koniec. Łzy ofiary pokazywane w dużym zbliżeniu, słyszymy łamiący się głos nieszczęśnika i... nic więcej – bo tu przebiega niepisana granica między kwestią społeczną a polityką. Dalsza refleksja nie jest mile widziana. Można w efektownej puencie oskarżyć o zaniechanie jakieś bliżej nieokreślone „państwo”, ale i wtedy nie należy wychodzić poza nadużywanie zwrotów w rodzaju „państwo powinno”, „to przecież należy do państwa”, „czy państwo zapłaci”. Boże broń przed kolejnym krokiem – wyciągnięciem wniosków.

Dlatego z rozlicznych telewizyjnych programów interwencyjnych dowiemy się najwyżej, że za ludzkie nieszczęście odpowiada czasem żywioł, czasem przepis, czasem urzędnik lub owo tajemnicze niedookreślone „państwo”. Ale nie usłyszymy, że państwem przecież ktoś kieruje, że robi to zwykle partia, która wygrała wybory, że kto wygrał wybory, ten jest odpowiedzialny za państwo, że kto uchwalił fatalny przepis, ten jest odpowiedzialny za jego fatalne skutki, a kto takiego przepisu nie skasował, jest co najmniej współodpowiedzialny. Nie usłyszymy, że urzędnicy nie biorą się z powietrza, tylko powołują ich na stanowiska partie, które wygrały wybory, że te partie zawierają koalicje, że efektami koalicji są obsady urzędów. Że za ministerstwo nie odpowiada „jakieś państwo”, tylko polityczny nominat, który jest delegatem konkretnej partii, konkretnego układu politycznych sił. O nie, tak daleko refleksja sięgać nie może. Bo jeszcze jakiś niewyedukowany telewidz zadałby sobie pytanie: „Ejże, jak to tak? To może ja głosowałem na niewłaściwą partię?”. Do tego dopuścić nie można, to byłoby uprawianie polityki, a nie dziennikarstwa.

Wszyscy są siebie warci

I tak dochodzimy do trzeciej narracji, którą najlepiej oddaje bałamutne hasło „wszyscy są siebie warci”. W jej myśl polityka to bagno, w którym tytłają się osobniki bez wyjątku podejrzane. Idą do władzy, żeby się nachapać, obiecują złote góry, a na końcu i tak zawsze wszystkich oszukają. Nieważne: czarni czy czerwoni, zieloni czy niebiescy, PiS czy PO, SLD czy LPR. To narracja rodem z wczesnych lat 90., której mottem mogłoby być zawołanie filmu „Psy” Pasikowskiego: „na pohybel czarnym i czerwonym”. Ideologia panświnizmu służyła wtedy postkomunistom do operacji „wracamy do władzy”. Bo solidaruchy – jak to ładnie ujmowano w tygodniku „Nie” – to takie same bydlaki jak inni, więc po cóż, drodzy Polacy, tak ich kochać? Co gorsza, nie tylko świnie, ale jeszcze nieudacznicy, a my przynajmniej mamy w swoich kadrach personel wysoko wykwalifikowany, a nie szoferaków, suwnicowych i związkowych działaczy o ramionach pokrytych łupieżem i krzyżami wpiętymi w klapy maturalnych garniturów. Nie lepiej wybrać zło, które już znacie? Symbolem owych czasów był uśmiechnięty Jerzy Urban z wywalonym jęzorem i wielką butelką szampana w dłoniach uwieczniony w chwili, gdy całemu światu próbuje wykrzyczeć „A nie mówiłem?”.

Dziś panuje moda na nowy panświnizm, którą idealnie oddaje film dokumentalny Tomasza Sekielskiego „Władcy marionetek” wyprodukowany przez TVN. Szeroko reklamowany jako produkcja bezkompromisowa, porażająca, demaskatorska, w istocie nie odkrywa niczego więcej ponad prawdę starą jak świat – że polityk wiele obieca, ale niekoniecznie wiele zrobi. Starożytni Rzymianie parsknęliby śmiechem, gdyby ktoś próbował im sprzedać tę tezę jako oryginalną i demaskatorską. W filmie Sekielskiego służy ona udowodnieniu, że wszyscy politycy to banda kłamców. Używając języka Polski B: „Wszyscy oni, panie, po jednych pieniądzach”.

Teza ta jest bardzo niebezpieczna dla demokracji. Konsekwencją jej przyjęcia jest bowiem przekonanie, że to nieważne, kogo się wybierze. Skoro są równie źli, nie ma żadnego powodu, by ich zmieniać – bo i po co? W ten sposób demaskator Sekielski i wszyscy ideolodzy nowego panświnizmu stają się konserwatorem istniejącego porządku.

Innym, równie ważnym następstwem zaakceptowania narracji „wszyscy są siebie warci” jest płynne przejście do narracji poprzedniej: estetycznej. Skoro wszyscy politycy to takie same kanalie, to logicznym będzie wniosek: zatem niech przynajmniej rządzą nami ci mili, ładni, uśmiechnięci i sympatyczni, a nie ciemni, agresywni i zaściankowi. Tak jak w latach 90. jednym z argumentów panświnizmu politycznego było przekonywanie, że kto odda głos na Kwaśniewskiego, a nie na Wałęsę, przynajmniej nie będzie się musiał już wstydzić, iż popiera prostaka z Gdańska, kaleczącego polszczyznę.

Nowy panświnizm doskonale współgra także z narracją pierwszą – skoro czyhający za rogiem pisowski wilk jest zamordystą, stalinistą – pogrobowcem KPP, to lepiej żeby rządzili nami kłamliwi demokraci, a nie kłamliwi totalitaryści.

Kto wyznacza agendę

Warto zauważyć, że do każdej z powyższych narracji doskonale pasuje także konsekwentnie lansowana od roku 2007 moda na roztrząsanie wad opozycji, zamiast wątpliwych osiągnięć rządzących.

Na pozór wymaganie od Pis, by tłumaczył się z tego, dlaczego w półtora roku nie zrobił tego, na co obecna władza miała już trzy lata, jest czystym absurdem. Podobnie jak nieustanne domaganie się od opozycji, by to ona pokazała, że ma do bycia krytykiem rządu odpowiednie kwalifikacje. Ale i tu widać dobrze, że tezy o słabości opozycji służą znakomicie uwiarygodnianiu opisanych powyżej narracji. Skoro to zamordyści (narracja pierwsza), których celem jest wprowadzenie w Polsce „dusznej atmosfery” i katolickiej dyktatury, to z pewnością ich gorzkie wyrzuty pod adresem rządu nie są wywołane chęcią czynienia dobra, lecz czynienia zła. Skoro to przedstawiciele Polski ciemnej, brzydkiej, biednej i skrzywdzonej (narracja druga), to oczywiste, że krytykują nie z przyczyn merytorycznych, ale z zazdrości, zawiści i nienawiści. A skoro takie same z nich świnie jak inni (narracja trzecia), to już doprawdy nie ma żadnego powodu, by ich słuchać, czy co gorsza brać na poważnie.

Jeśli pokazane dotąd metody opisywania wojny polsko-polskiej w mediach wydają się czytelnikowi znajome, ale nie tylko z programów publicystycznych lub gniewnych występów pomstujących na różne rzeczy reporterów sejmowych – to ma rację. Wszystkie na różne sposoby i w różnym stopniu były stosowane w walce z ugrupowaniami prawicowymi od początku III RP. Jednak autorem ich najnowszej „wersji stosowanej” nie są dziennikarze, publicyści, czy szefowie newsroomów. Jest nim Platforma Obywatelska i jej spin doktorzy.

Narracja pierwsza (prawica znaczy zamordyzm i państwo wyznaniowe) pojawiła się i rozkwitła na łamach „Gazety Wyborczej”, co nie dziwi, bo tytuł Michnika ma wielkie zasługi w straszeniu Polaków ciemnogrodem i dyktaturą. Straszył kiedyś Lechem Wałęsą, straszył Janem Olszewskim, który rzekomo przygotowywał zamach stanu, straszył iranizacją Polski, dziś straszy PiS-em. Ale narracja ta pozostałaby po prostu linią gazety, gdyby nie to, że Platforma podchwyciła ją i uczyniła jednym z fundamentów wojny politycznej z PiS. I zrobiła to właściwie natychmiast po przegranych wyborach 2005 roku. PO w opozycji mówiła do PiS, że przez nich w Polsce wszyscy „zastanawiają się czy milion, czy więcej ludzi wyjedzie z Polski”. Że powracają „praktyki antydemokratyczne i cenzorskie”, że „jesteśmy świadkami swoistego zamachu stanu” (wszystkie cytaty z wypowiedzi Donalda Tuska w roku 2006). W parze z tymi oskarżeniami szły zarzuty o potęgowanie w Polsce atmosfery strachu, brutalizowanie polityki i używanie języka nienawiści. Spektakl „straszymy PiS-em” trwa do dziś, a jego mocnym akcentem była choćby słynna wypowiedź Donalda Tuska sprzed drugiej tury wyborów prezydenckich, kiedy to całkiem na poważnie oświadczył, że wygrana Jarosława Kaczyńskiego „byłaby politycznym piekłem”. Stefan Niesiołowski był jeszcze elegantszy: „Jarosław Kaczyński kłamie nawet jak śpi”.

Narracja druga – Polska jasna przeciw Polsce ciemnej – to przekaz wprost z kampanii wyborczej roku 2007, kiedy to platformerskim spin doktorom udało się narzucić Polakom tezę, że mają do wyboru dwie drogi: modernizacji i zaścianka, normalności i nienormalności. Tak PO wygrała wybory – podobnie jak PiS w roku 2005, kiedy przekonał elektorat, że wybiera między Polską solidarną a liberalną. Tę narrację także stosowała wcześniej „Wyborcza”, tyle tylko, że bohaterowie jasnej strony mocy byli inni – ROAD, Unia Demokratyczna, Unia Wolności, Lewica i Demokraci. Ale to PO mistrzowsko użyła jej podczas wyborów w 2007 roku, i co ważniejsze, używa jej do dziś. Dlaczego Platforma jest w tym skuteczniejsza od GW? Może dlatego, że sprzedaje lepszy produkt – uśmiechniętego premiera-kumpla, a nie zgrane autorytety kojarzące się z dwoma rzeczami: nieznośnym poczuciem wyższości nad zwykłym Polakiem oraz porozumieniem przy Okrągłym Stole. No i zamiast bolesnych gospodarczych reform, które próbowali aplikować elektoratowi przedstawiciele salonu, Tusk ogranicza się do formułek o nowoczesności, modernizacji, postępie i Europie.

Narracja trzecia – ideologia panświnizmu – została natomiast przez Platformę nowatorsko przetworzona. Oczywiście PO nie może głośno mówić, że wszyscy, łącznie z nią samą, to takie same kanalie, ale nigdy nie traci okazji, by w chwili, gdy ją na czymś przyłapano, zawołać „ale nikt nie jest bez winy”. Koszmarne prawo utrudnia życie przedsiębiorcom? No cóż, może i tak, ale innym też nie udało się go zmienić. Za mało pieniędzy na służbę zdrowia czy szkolnictwo? No cóż, inni nie dawali więcej. Barbaryzacja języka polityki, chamstwo Palikota, wyzwiska Niesiołowskiego? Inni też tak czynią, wszyscy razem odpowiadamy za upadek obyczajów. W ten sposób, kiedy dzieje się coś dobrego, zawsze jest to zasługą Platformy (no bo przecież nie zamordystów i ciemnogrodu), a gdy wydarzy się coś złego, nigdy nie jest to jej winą, bo wtedy winę ponoszą „wszyscy”.

Szczytowym osiągnięciem tej logiki było ukręcenie sprawy mordu łódzkiego, kiedy zaczęło się od sytuacji bardzo prostej: człowiek, który nienawidził PiS wszedł do biura PiS i zabił działacza PiS. Czyja to wina? Oczywiście nie mordercy, tylko „nas wszystkich”, „całej klasy politycznej”, „polityków wszystkich opcji”.

Jak giną demokracje

Opisując wojnę między demokracją a totalitaryzmem, francuski filozof liberalny Jean-François Revel w słynnej książce „Jak giną demokracje” celnie i zwięźle wskazuje na różnice między propagandą w kraju rządzonym przez monopartię a wolnym rynkiem poglądów. „W demokracji każda teza rodzi natychmiast tezę przeciwstawną. Propaganda jest tu zawsze i wyłącznie «oficjalnym» punktem widzenia Państwa, natychmiast poddanym wiwisekcji przez partie polityczne, związki zawodowe, Kościoły, stowarzyszenia, gazety oraz intelektualistów”. Zauważmy: Revel nie zajmuje się tym, czy opinia wyrażana przez Państwo jest słuszna, czy nie. Zwraca jedynie uwagę, że mnogość opinii i interpretacji jest w demokracji rzeczą naturalną, a nawet pożądaną. Nikt nie może odebrać nikomu prawa kontestowania „oficjalnej prawdy”, bo byłoby to uderzenie w fundamenty wolnego społeczeństwa.

Jak w Polsce wygląda dziś owo natychmiastowe poddawanie wiwisekcji rządowego punktu widzenia? Teoretycznie świetnie – mamy różne partie polityczne, rozliczne media, wygadanych intelektualistów i liczne organizacje społeczne, Kościoły, blogerów w Internecie. A jednocześnie dziwnym trafem wielogłowa, snuta w licznych kanałach telewizyjnych i radiowych opowieść o współczesnej polityce oparta jest na trzech narracjach opisanych powyżej.

Jaki jest efekt tego zjawiska? Wróćmy na chwilę do metafor wojennych. Jeśli konflikt PO-PiS jest wojną polsko-polską, to rolę większości mainstreamowych mediów można porównać do roli lotnictwa. Kto ma sympatię mediów, ten dysponuje przewagą w powietrzu. Bez trudu zneutralizuje wrogie ataki, a gdy sam będzie chciał uderzyć, wtedy zmasowane „naloty” medialne zapewnią mu odpowiednią osłonę.

Można oczywiście prowadzić wojnę także pod nieustannym ostrzałem, ale jak wygląda to w praktyce, pokazały czasy rządów Prawa i Sprawiedliwości. Historia to wielce pouczająca: oto rządząca partia, która początkowo traktowana był dość neutralnie, mierząc siły na zamiary (i bez krzty PR-owego wyczucia) otworzyła w krótkim czasie masę frontów, na których (nawet w najbardziej słusznych sprawach) nie potrafiła jednocześnie prowadzić działań wojennych. Na jednych była za słaba – jak w parlamencie, gdzie w każdym głosowaniu stawała się zakładnikiem koalicji z LPR i Samoobroną. Na innych źle oszacowała pozycję przeciwnika – jak na „froncie walki z układem”, gdzie zdawało się, że zdemaskowanie układu, który ukradł Polskę, jest tuż tuż, a okazało się, że z puszczania aferzystów i oligarchów w skarpetkach – nici. Zwolennicy polityki Jarosława Kaczyńskiego będą go wysławiać za to, że w tak trudnej sytuacji próbował zmieniać kraj. Przeciwnicy łatwo wytkną mu, że był na to zbyt słaby, a w kolejne konflikty wikłał się zbyt beztrosko. Wsparcie Radia Maryja i chwilowe przejęcie mediów publicznych (także wespół z toksycznymi koalicjantami) to za mało, na rynku, którym rządzi medialny oligopol.

W poszukiwaniu wolnych mediów

O tym, czy w Polsce istnieje wolny rynek mediów elektronicznych, można toczyć zaciekłe spory, ja ograniczę się do prostego spostrzeżenia. Skoro z wyników wyborów wynika, że od dobrych pięciu lat dwie trzecie głosujących to zwolennicy światopoglądu centrowego, centroprawicowego lub prawicowego, dlaczego podobny pluralizm nie panuje w mediach? Na wolnym rynku każda duża grupa potencjalnych odbiorców to rzecz bezcenna – dlaczego jedynym graczem, który próbuje zagospodarować konserwatywnego słuchacza, jest Radio Maryja, a telewidza – nikt? Żyjemy ponoć w czasach niesłychanej konkurencji, kiedy każdy showman, niebanalna osobowość, kontrowersyjny prezenter, oryginalny polemista jest na wagę złota – dlaczego zatem wolne stacje wolnego rynku nie ścigają się o to, by występował u nich Rafał Ziemkiewicz, Jan Pospieszalski czy Bronisław Wildstein? Owszem, nie mogą powiedzieć, że ogląda ich po pięć milionów ludzi. Ale jednak 700 tysięcy widowni „Antysalonu” Ziemkiewicza, milion Wildsteina czy dwa miliony Pospieszalskiego to konkret. I co? Nikt nie chce przejąć tej oglądalności? W świecie, gdzie kanały telewizyjne zabijają się o każdego widza? Nikt nie potrzebuje pół miliona ludzi, którzy zwykli włączać telewizor, bo zgadzają się z Tomaszem Sakiewiczem? A nawet niech się nie zgadzają, może lubią się irytować poglądami przeciwnymi do własnych, ale mimo to oglądają. „WC kwadrans” Wojciecha Cejrowskiego też miał kiedyś sporą liczbę stałych odbiorców wśród ludzi, których rozwścieczał sam jego szyderczy uśmiech. Film dokumentalny „Solidarni 2010” obejrzało 1,6 mln osób. I co? Nikt nie chce wydać pieniędzy na sequel? Sztuka jest sztuka, w świecie mediów oglądalność, klikalność, słuchalność jest fetyszem absolutnym. I co? I nic.

Nie czas i miejsce tu na pisanie historii zwyrodnienia mediów III RP, tego jak doszło do zbudowania medialnego oligopolu. Fakty są takie, że świat mediów jest przechylony niesłychanie, a próba jego naprawy przez manipulowanie mediami publicznymi nie była skuteczna. Nie była, bo nie mogła.

TVP i Polskie Radio przechodziły z rąk do rąk jak wielokrotnie gwałcona branka mediów publicznych. Prawica niestety brała udział w tym smutnym spektaklu. W imię wyrwania z objęć czerwonych, w imię stworzenia przeciwwagi dla komercyjnej konkurencji, w imię sprawiedliwości dziejowej – w imię wszystkiego, tylko nie w imię zasad, że potrzebne są naprawdę niezależne radio i telewizja. Przejmowanie kończyło się zwykle wraz ze zmianą większości w parlamencie, a niedawna rekonkwista postkomunistów w TVP i Polskim Radiu (z cichym przyzwoleniem PO) jest tu najświeższym i dobitnym przykładem. W ten sposób wolnego rynku mediów zbudować się nie da.

Kompletnie chybione byłyby próby „repolonizacji” rynku mediów – a o takim marzeniu zdają się świadczyć wypowiedzi Kaczyńskigo krytykującego je za to, że zamiast polskie są „polskojęzyczne” i liczne sugestie, że brak równowagi poglądów wywołany jest dominacją kapitału zagranicznego. Bo paradoksalnie gwarantem niezależności „Rzeczpospolitej” jest dziś akurat brytyjski Mecom, który posiada w niej 51 proc udziałów, a jedyna jak dotąd poważna próba podważenia pozycji „Gazety Wyborczej” przez nowy projekt („Dziennik”) została sfinansowana przez niemiecki koncern Axel Springer (obecnie Ringier Axel Springer). Nie z miłości do PiS, czy jakiejkolwiek innej prawicy. Z własnej kalkulacji, z analiz rynkowych dowodzących, że nie ma sensu robić drugiej takiej samej gazety jak „Gazeta Wyborcza”, bo to nie jest metoda na sukces. Z przekonania, że można zarabiać pieniądze na innym odbiorcy. Tymczasem, dla równowagi, „Super Express”, Radio Eska czy Eska Rock to czysto polskie inwestycje, a mimo to walą w partię Kaczyńskiego jak w bęben.

Samobójcze są pomysły „opodatkowania” mediów prywatnych na rzecz samorządowych (Jarosław Kaczyński ukuł nawet zawołanie „niech Walter i Michnik płacą”). To, że system haraczy ściąganych od prywatnych nadawców utrzymuje przy życiu Polski Instytut Sztuki Filmowej, świadczy tylko źle i o twórcach tego pomysłu, i o samym PISF-ie wydającym cudze pieniądze na atrakcje wątpliwej jakości, a nie o tym, że jest to rozwiązanie godne rozpropagowania.

Katastrofą wizerunkową i spektakularnymi procesami oraz wrzawą w całej Europie skończyłyby się próby odebrania istniejącym graczom koncesji – a zdaje się, że i takie myślenie znajduje czasem zwolenników po prawej stronie. Zatem sytuacja bez wyjścia?

Niekoniecznie. Sposób na wywrócenie oligopolu medialnego istnieje, tyle tylko, że akurat o tej jednej metodzie nikt głośno nie mówi. Droga wiedzie nie przez kolejny zabór TV, wywłaszczanie właścicieli istniejących koncesji, zakazywanie emisji „Szkła kontaktowego” czy tropienie układu i przekrętów u źródeł finansowania polskich przedsięwzięć medialnych z początków III RP. Ten sposób to otwarcie rynku medialnego, przez dopuszczenie do niego nowych graczy.

Szansa na rewolucję

Nie istnieje żaden powód, dla którego w Polsce nie mogłoby działać pięć, dziesięć, albo ile kto chce ogólnopolskich stacji telewizyjnych. Nic nie stoi na przeszkodzie temu, by miał u nas kanał informacyjny Rupert Murdoch. Albo Sławomir Sierakowski, jeśli tylko wystarczy mu pieniędzy. Niech Roman Kluska ma swoją telewizję, a Aleksander Gudzowaty – jeśli zechce – swoją. Niech wolny rynek zdecyduje o tym, czy Polacy wolą oglądać Jacka Żakowskiego, czy Rafała Ziemkiewicza. Zresztą – czemu mieliby mieć jednego, albo drugiego? Niech oglądają ich w konkurencyjnych stacjach.

Żadna telewizja nie odważy się bezmyślnie powtarzać narracji sprzedawanej przez rządowych spin doktorów, kiedy będzie wiedziała, że konkurenci o innym profilu ideowym przyłapią ja na tym i wyszydzą. Tak, pewnie nadal będzie można kłamać i manipulować, ale w o wiele mniejszym zakresie.

Okazja jest doskonała – rozpoczyna się rewolucja technologiczna. Przed nami era naziemnej telewizji cyfrowej. Argument o tym, że na wieży Pałacu Kultury nie starczy już miejsca na nadajnik nowego gracza jest w erze platform satelitarnych po prostu śmieszny.

Obecny kształt rynku usług elektronicznych został wypaczony przez długie lata fatalnych, politycznie umotywowanych decyzji. Pora wyrzucić tę politykę do kosza i szukać w następnym parlamencie większości, ale już nie do skoku na media publiczne, tylko do prawdziwego uwolnienia polskiego rynku medialnego z więzów układu, który powstał u progu III RP.

Polskiej prawicy nie są potrzebne telewizje, które będą ją chwalić. Wystarczy, żeby nie chwaliły nikogo. Polska prawica nie musi się bać telewizji, które będą ją surowo recenzować – wystarczy, że będą jednocześnie równie uważnie patrzeć na ręce także innym graczom politycznej sceny. Wybór jest prosty – albo to, albo wieczna defensywa pod nieustannym ostrzałem medialnego oligopolu. I wojna polsko-polska, w której niezależnie od faktów, wina zawsze leży tylko po jednej stronie – bo tak orzekło szklane okienko.

Piotr Gociek (ur. 1969), pisarz, krytyk, publicysta i kierownik działu krajowego „Rzeczpospolitej”. Był m.in. korespondentem filmowym RMF FM, przez wiele lat związany z siecią Radio Plus, gdzie kierował anteną i był szefem muzycznym. Pracował także w tygodnikach: „Ozon” i „Wprost”. W latach 90. związany z UPR. Mieszka w Warszawie.

Artykuł z Rzeczy Wspólnych 3 (1/2011)

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close