Dwa (sarmackie) traktaty o wolności

Dwa (sarmackie) traktaty o wolności

Bartłomiej Kachniarz

Niezmiernie ważne wydaje się przypominanie Polakom, skąd pochodzą, skąd wzięła się ich wielkość – i jak wyglądała ich wolność, zmitologizowana i zapomniana. Dlatego ogromnie istotne jest przypominanie traktatów politycznych wieku XVI. Znakomitym przykładem pracy na tej niwie jest książka „Krzysztofa Warszewickiego i Anonima uwagi o wolności szlacheckiej”.

Dla stworzenia w Polsce warunków do sensownego rozwoju, należy koniecznie cofnąć się do XVI stulecia. Niezbędny jest wielki reset, czyli zapomnienie katastrofalnych dla Polski wieków XVII, XVIII, XIX i XX. Z ostatnich 400 lat warto zapamiętać właściwie wyłącznie epizody w rodzaju gwałtownego odrodzenia gospodarczego i politycznego za Jana III Sobieskiego, fermentu intelektualnego w okresie Sejmu Wielkiego, powstań narodowych i – oczywiście – epizodu II Rzeczypospolitej.

Dlaczego tak jest? Ano dlatego, że od wstąpienia na tron Zygmunta III (którego głównym tytułem do władzy było nie to, że był Wazą, lecz to, że był Jagiellonem) Rzplita zaczęła tracić swą ustrojową odrębność od reszty świata. Wazowie zdobyli władzę w państwie, którego nie rozumieli, i w społeczeństwie, które chcieli przerobić na własną modłę. Drugą przyczyną jest zaś to, że właśnie na początku XVII wieku. Polska przeszła przez historyczne apogeum swojej mocy militarno-politycznej i od tego czasu jest już właściwie tylko gorzej.

W wieku XVII Rzeczpospolita utraciła zdolność militarnej obrony własnego terytorium. Szczególnie spektakularne było to w połowie stulecia, gdy od północy pół państwa zajęli Szwedzi, pół od wschodu – Moskwa. Potem jednak było podobnie: początek wieku XVIII, czyli wojna północna, polegająca na tym, że zwalczające się armie szwedzkie, rosyjskie i saskie zgodnie pustoszyły kraj. Następnie, w końcówce stulecia – znów zgodna współpraca sąsiadów w dziele rozbioru Polski. Dopiero śmiertelne osłabienie zaborców po wojnie powszechnej ludów – nieodwracalny rozpad Austro-Węgier, rewolucja i wojna domowa w Rosji, głęboki kryzys Niemiec – umożliwiły powstanie państwa polskiego, które swój tytuł do istnienia wywodziło ze słabości sąsiadów. Podobnie zresztą stało się na naszych oczach, kiedy to dekompozycja Związku Sowieckiego z jednej strony, a z drugiej - niepewność Niemiec co do własnych możliwości, po dekadach podziału i okupacji przez sprzymierzone mocarstwa, a do jakiegoś też stopnia zmiana obyczaju politycznego – umożliwiły istnienie względnie niezależnego państwa. Możliwość ta jednak, tak jak w okresie międzywojennym, bierze się (brała się?) głównie ze słabości sąsiadów, a nie z wewnętrznej siły, która wydaje się dziś być na poziomie znacznie niższym niż jeszcze 80 lat temu.

Republikanizm żywy, republikanizm uśpiony

W kontaktach z Amerykanami respektem (i zawiścią!) napełniał mnie fakt, że do elementarnej kultury politycznej należy w ich kraju studiowanie XVIII-wiecznej Deklaracji Niepodległości oraz – również XVIII-wiecznej – Konstytucji. Ustawy, która z ducha podobna jest do swojej rówieśnicy, naszej Konstytucji 3 Maja. Tyle że gdzie jest dziś nasza majowa jutrzenka? To już tylko mit narodowy, a w szczegółach raczej zapomniany. Tymczasem amerykańska konstytucja obowiązuje bez przerwy do dziś, a wprowadzono do niej, nie licząc Karty Praw, zaledwie 17 poprawek.

Różni się zasadniczo nawet dzisiejsze podejście do dzisiejszych konstytucji. Amerykanin zna swoją – i zna swoje prawa z niej się wywodzące. Na konstytucyjne prawa może powołać się w każdym sądzie, i każdy sąd jest właściwy do badania, czy zostały one naruszone i co w związku z tym. W Polsce powołanie się na Konstytucję z 1997 roku jest w zasadzie niemożliwe. W najlepszym razie prowadzi bowiem do przekazania sprawy – oczywiście dopiero w drugiej instancji – do rozważenia Trybunałowi Konstytucyjnemu, który może orzec, że istotnie, jakiś przepis pozostaje z Konstytucją w sprzeczności, ale nie od zawsze, lecz dopiero w półtora roku po wyroku trybunalskim. Dziwne? Dziwne, zwłaszcza że od roku 2004 każdy polski sąd jest jednocześnie sądem Wspólnoty Europejskiej, przez co z urzędu ma obowiązek zawsze brać pod uwagę traktat ustanawiający Wspólnotę Europejską oraz wszelkie powstałe na jego bazie rozporządzenia i dyrektywy.

Zresztą, cóż to za konstytucja, ta nasza ustawa zasadnicza z 2 kwietnia 1997 roku? W swej konstrukcji i duchu nie jest dziedziczką Ustawy Majowej z roku 1791 – jedyne nawiązanie do tamtego czasu to zdawkowa wzmianka w preambule: „nawiązując do najlepszych tradycji Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej”. W istocie czerpie raczej z Konstytucji Marcowej z roku 1921, która nie była wytworem ducha polskiego, lecz przeszczepiała na grunt polski francuskie rozwiązania ustrojowe. Z drugiej strony, jest nieodrodnym dzieckiem konstytucji PRL z 22 lipca 1952 roku – aktu oczywiście obcego i narzuconego przez okupacyjny reżim. W tym ostatnim przypadku zawsze zastanawiało mnie, czy przyjęcie daty uchwalenia było przypadkiem, czy też świadomym nawiązaniem do Konstytucji Księstwa Warszawskiego, nadanej krajowi 22 lipca 1807 przez Napoleona i to w Dreźnie. Napoleon odrzucił wówczas prośby Polaków, by przywrócić moc obowiązującą Konstytucji 3 Maja, a oktrojował akt w języku francuskim, którego polskie tłumaczenie było tylko wersją nieoficjalną. Wyjaśnień zapisów konstytucji oraz zgody na modyfikację udzielał osobiście Napoleon. Do dziś oryginał tego dokumentu przechowywany jest w Dreźnie, a Archiwum Główne Akt Dawnych dysponuje wyłącznie kopią.

Tak więc, dla przeciętnego Polaka konstytucja jest jakimś abstrakcyjnym aktem prawnym, który w trudny do zrozumienia sposób funkcjonuje w systemie źródeł prawa, ale dlaczego jest to akt taki a nie inny, prawie nikt dobrze nie wie. Debata poprzedzająca uchwalenie Konstytucji była rachityczna, na domiar złego przyjęcie nowego aktu odbyło się pod rządami postkomunistów, w osiem lat od nominalnego odzyskania niepodległości. Dla porównania szybkości pracy, Konstytucja Marcowa przyjęta została w niecałe dwa i pół roku od listopada 1918, na dzień przed traktatem ryskim – kończącym wojnę bolszewicką.

Dla Amerykanina Konstytucja jest tworem żywym i ważnym. Obywatel poważnie traktuje próby ograniczania jego konstytucyjnych praw, a główną osią sporu w łonie Sądu Najwyższego USA jest, czy Konstytucję należy rozumieć tak, jak rozumieli ją Ojcowie Założyciele w XVIII wieku, czy też pod słowa przez nich użyte podkładać nowe pojęcia, które wykształciły się w procesie historycznym.

Zapomniane dziedzictwo

W szkołach amerykańskich szczegółowo omawiane są polemiki z okresu przedkonstytucyjnego. Znajomość „Federalist Papers” i argumentacji antyfederalistów należy do abecadła nauki politycznej. W Polsce szczytem erudycji historycznej jest wiedza, że Konstytucję uchwalono z zaskoczenia, korzystając z przedłużenia sobie przez opozycję staroszlachecką ferii świątecznych – Wielkanoc wypadła wówczas 24 kwietnia, a Konstytucję przyjęto 10 dni później, dość szybko jak na ogromne i słabo skomunikowane państwo.

Z tej przyczyny niezmiernie ważne wydaje się przypominanie Polakom, skąd pochodzą, skąd wzięła się ich wielkość – i jak wyglądała ich wolność, zmitologizowana i zapomniana. Przy czym sądzę, że – inaczej niż w Ameryce – istotne są nie tylko polemiki wokół Konstytucji 3 Maja, gdyż kultura polityczna Polski pod koniec XVIII wieku była już mocno zdegenerowana i ożywczy ferment Sejmu Wielkiego nie mógł tego od razu zmienić. Najważniejsze są w mojej ocenie teksty z początku okresu monarchii elekcyjnej, kiedy to naród osierocony został przez dynastię jagiellońską, która z czasem osiągnęła nieledwie status „panów przyrodzonych” (choć i Jagiellonom dokładnie patrzono na ręce!). Końcówka wieku XVI to okres, gdy naród polityczny był w wysokim stopniu dojrzały i samoświadomy. Wtedy też szlachta miała możliwość stanowienia o swoim losie i wybierania kierownika państwa. Co ważne, był to okres, gdy Polacy mogli być pewni siebie i spokojni, że w potrzebie będą mogli poradzić sobie własnymi siłami. Mogli więc patrzeć na swój świat i myśleć o swej przyszłości bez kompleksów i traumy, które historia wszczepia w naszą duszę od trzech z górą wieków.

Dlatego ogromnie ważne jest przypominanie traktatów politycznych wieku XVI. Znakomitym przykładem pracy na tej niwie jest książka „Krzysztofa Warszewickiego i Anonima uwagi o wolności szlacheckiej”, opublikowana niedawno przez jezuickie wydawnictwo WAM z Krakowa, w serii studiów kulturoznawczych „Humanitas”, pod redakcją naukową prof. Krzysztofa Koehlera.

Książka składa się z dwóch dzieł XVI-wiecznych pisarzy politycznych, choć te dwie cechy to jedyne, co łączy oba utwory. No, może jeszcze umiłowanie polskiej szlacheckiej wolności, choć też różnie przez obu autorów rozumianej.

Pochwała wolności

Traktat pierwszy to „Krótkie zebranie rzeczy potrzebnych z strony wolności” anonimowego autora – redaktor podejrzewa o sprawstwo Jana Herburta, chorążego lwowskiego. Rzecz powstała najprawdopodobniej w ramach polemik politycznych przed sejmem konwokacyjnym i elekcyjnym 1587 roku (wybór Zygmunta III). Traktat drugi to „O najlepszym stanie wolności” Krzysztofa Warszewickiego. W dwóch księgach, w tej edycji zarówno w wersji oryginalnej (to jest po łacinie), jak i we współczesnym tłumaczeniu Krzysztofa Nowaka, jasnym i zrozumiałym, a jednocześnie lekko stylizowanym, pięknie oddającym urodę XVI-wiecznej polszczyzny.

„Krótkie zebranie..”. to dziełko o tyle ciekawe, że stanowi – w ocenie Koehlera – coś w rodzaju bryku dla szlachty, co należy o prawach i wolnościach wiedzieć, jak argumentować w polemice, a w konsekwencji – co myśleć o Polsce, o wolności i własnym stosunku do ich obu. „Krótkie zebranie” to tytuł dobry, bo trafnie odzwierciedla treść, którą jest wybór ważnych przemówień politycznych z okresu 150 lat poprzedzających (pierwsze) wydanie książki, a następnie – co znaczniejszych przywilejów i wolności szlacheckich, od czasów Kazimierza Wielkiego poczynając, po czasy współczesne.

Część druga, czyli wybór szlacheckich przywilejów, pogrupowanych merytorycznie wokół głównych zagadnień, nie jest jakoś szczególnie odkrywcza dla osoby z grubsza obeznanej z historią ustroju i prawa dawnej Polski – choć dobrze zrobiłby redaktor, gdyby uzupełnił rzecz przypisami wyjaśniającymi, że to oto jest przywilej neminem captivabimus, a to – konstytucja nihil novi, bo pod takimi nazwami funkcjonują one w obiegu i łatwiej byłoby zorientować się w materii.

„Krótkie zebranie..”. to dzieło praktyczne, przede wszystkim kompendium. Z jednej strony zbiór klasycznych mów, z drugiej – praw przynależnych polskiej szlachcie. Wyziera z niego mocno zakorzenione przekonanie, że polska wolność jest czymś wyjątkowym, a zarazem niezwykle ważnym. I drugie – że władza to zagrożenie wolności, i że nie można pozostawiać jej bez silnej obywatelskiej kontroli.

Wolność, pisze anonimowy autor, „to jest rzecz droga a z żadnemi klejnoty nieporównana, co i oni pogani, nie wiedząc skąd to pochodzi (a to jest, że od samego Pana Boga), zwykli byli ten skarb nad wszytki złota i klejnoty najdroższym skarbem nazywać”.

„Wolność i swoboda” – czytamy w przemowie Jana Herburta – „która jest wszytkich dóbr najwyższe dobro, która tak wielka i zacna w Polszcze jest, że też innych narodów swobody z nią porównane nic innego nie są, jeno niewola nieznośna. Albowiem acz tam są więtsze dostatki, ale imi ten, czyje są, nie władnie”. I dalej: „w niewolej, nierzkąc [nie tylko] dobra, majętności, ale i sam żywot smaczny być nie może, jako tego już po niemałych częściach ludzi a sąsiad naszych eksperyjencyja nauczyła”.

Zdrowa duma z polskich urządzeń prawnych i ustrojowych przemawia z mowy Mikołaja Taszyckiego: „Czy nie czujecie o darzkości naszych praw, którym się przypatrując, inszy narodowie do niej się biorą i im się poddawają, i pod nimi chcą być zachowani. Mazowsze nowa kraina, która się do nas przyłączyła nowym prawem towarzystwa, prosi was, aby za łaską waszą godziło się im bronić wolności swoich za prawy polskimi”.

Poruszające jest, jak bardzo w czasach staropolskich uświadomiona była potrzeba – jak byśmy to dziś powiedzieli – obywatelskiej kontroli poczynań władzy. Już król Władysław Jagiełło poddany został czemuś w rodzaju kurateli sejmowej, o czym czytamy, jako to „Życzył sobie król Władysław jechać do Litwy za wezwaniem jego na łów, ale podejrzane było rycerstwu, którzy z królem natenczas byli, Witołdowe wezwanie (...) Przetoż posłani byli z królem jako insze rycerstwo, tak też Zbyszek [Oleśnicki] biskup (...) Gdy do Wilna przyjechali, przynaglał Witołd prośbą królowi, aby mu królewskiej zacności nie zaźrzał” – chodziło tu o zapewnienie korony królewskiej dla Witolda, tak by Litwa nie była w hierarchii niżej Polski, jako wielkie księstwo, lecz by stała się jej równa jako drugie królestwo. „Król zbraniał się mu, że mu się tego nie godziło pozwolić, gdy Polacy nie chcieli, i dlatego Zbyszka jemu do Litwy jadącemu dali i przyłączyli za towarzysza, aby nic nad zdanie jego nie czynił”. Biskup Oleśnicki oczywiście stanowczo sprzeciwił się – choć Witold i groził mu zrzuceniem z biskupstwa, i obiecywał, że z korony zrezygnuje natychmiast, jak tylko ją otrzyma.

Dyskusja o wolności

Zupełnie innym tekstem jest rozprawa jezuity Krzysztofa Warszewickiego „O najlepszym stanie wolności”. To dialog pomiędzy trzema osobami – Janem Ocieskim, księdzem Stanisławem Orzechowskim i biskupem Filipem Padniewskim. Spór toczy się jednak głównie pomiędzy dwoma pierwszymi. Orzechowski odgrywa właściwie rolę własną, czyli orędownika szlacheckich praw i wolności. Postacią był zresztą barwną: wnuk prawosławnego popa, prawdopodobnie też krewny Mikołaja Reja – protestanta, sam zaś, będąc księdzem, praktycznie podważał zasadę celibatu, argumentując, że musi jakoś przeciwdziałać wygaśnięciu rodu. Kwestia jego małżeństwa – a przy tym popierania kalwinizmu – stała się powodem suspensy. Papież Juliusz III zwołał w jego sprawie specjalny synod. W roku 1561 synod warmiński przekazał sprawę Orzechowskiego papieżowi Piusowi IV, który uwolnił go od zarzutu herezji, a sprawę ważności jego małżeństwa przekazał soborowi trydenckiemu. Ostatecznie ksiądz Orzechowski pozbawiony został wszelkich urzędów i nadań, ale w swojej parafii mógł mszę odprawiać – a z żoną doczekał się gromadki dzieci.

Jego antagonistą jest Jan Ocieski, też postać historyczna. W odróżnieniu od księdza Orzechowskiego – poplecznik króla Zygmunta Augusta. Także w rozprawie Warszewickiego – Ocieski sprzeciwia się nadmiernemu wolnościowemu rozpasaniu szlachty i domaga się wzmocnienia władzy królewskiej.

Dialog Warszewickiego czerpie z najważniejszych dzieł epoki – i oczywiście także pełnymi garściami z pisarzy starożytnych. Jego łacina skrzy się od dowcipnych gier słownych, które tłumacz próbuje oddać w polszczyźnie, lub przynajmniej zaznaczyć w przypisie. Dzieło jest erudycyjne; dość regularne są cytaty i kryptocytaty, pracowicie identyfikowane przez redaktorów. Identyfikują oni w tekście m.in. myśli Andrzeja Frycza Modrzewskiego, Jeana Bodina, św. Tomasza z Akwinu. Są też odwołania do Jana Długosza i Marcina Kromera.

Zadziwia „O najlepszym stanie wolności” wizją upadku Rzeczypospolitej. Fakt, że pisząc swoje dzieło pod koniec XVI wieku, autor żył w okresie największej potęgi państwa, nie przeszkadza mu ostrzegać przed możliwą klęską. „Musicie wy, najświetniejsze rody, wy, senatorowie” – pisze autor w dedykacji dzieła – „przewidywać i ustrzec chwiejącą się Rzeczpospolitą przed upadkiem (który oby nie nastąpił!). (...) Tyle imperiów, tyle królestw mijamy niczym martwe trupy; tyle skarg dobiega nas od wybitych narodów; przypatrujemy się ranom i wzdragamy na myśl o upadku! Jakże możemy mieć nadzieję, że więcej będziemy mieć szczęścia, jeśli nie będziemy roztropniejsi?” W dalszej części dzieła Warszewicki wskazuje nawet – i to chyba trafnie – przyczynę: „Sądzę, że do upadku Rzeczypospolitej (który oby nie nastąpił!) doprowadzą nie tyle absurdalne prawa czy niedorzeczne ustawy, ale właśnie zepsute obyczaje obywateli i herezje”. I jeszcze: „Królestwo i miłość nie znoszą towarzystwa. Obawiam się, że może przydarzyć się to i w naszej Polsce: zapłonie ona jednak nie od pochodni ludu, ale za sprawą nazbyt wybujałej szlachty”.

Negatywnym przykładem są dla Polaków Węgry – bratnie królestwo, które upadło w I połowie XVI wieku, pod naporem Turków i z powodu wojny domowej. Los świetnego dawniej państwa stanowi memento. „Nie ma wątpliwości, że Węgrzy bezustannie są w błędzie: zawsze ambitni, wyniośli, niestałego charakteru, wciąż kłócą się między sobą w ojczyźnie nie tylko na słowa, ale i zbrojnie. (...) Nadszedł wreszcie czas, by odkupić winy powszechną pożogą”.

Można wręcz powiedzieć, że swoimi analizami Warszewicki jakby antycypuje szkołę krakowskich stańczyków, pisząc: „Co sprawia, że trapieni nieszczęściami często winimy za nie wyroki losu, a nie – niemądre decyzje, tego nikt bynajmniej – choćby o jego sprawę się rozchodziło – łatwo nie pojmie (...) po prawdzie przyczyn upadku królestwa czy cesarstwa upatrywać należy nie w skłonnościach epoki, nie w ruchu ciał niebieskich, lecz w niewiedzy władców czy w buncie ludzi przeciw nim”.

Nie sposób streścić szerokiej panoramy poglądów, jaka przewija się w uczonej rozprawie trzech XVI-wiecznych statystów. Można próbować znajdować w niej co ciekawsze fragmenty, jakby wydłubywać rodzynki. Przykładowo, zaskakująca wydaje się dyskusja nad kwestią żydowskich mordów rytualnych. Temat ten był podnoszony już w statucie kaliskim Bolesława Pobożnego z 1264 roku, cytowanym przez Warszewickiego w wersji Łaskiego z 1506 roku: „jeśli Żyd zostałby przez chrześcijanina oskarżony o zabicie dziecka chrześcijańskiego, dowieść jego winy powinni trzej chrześcijanie i tyluż Żydów, a po tym, gdy zostanie dowiedziona, winien być skazany na karę (...) za popełniony czyn; jeśli natomiast rzeczeni świadkowie dowiodą jego niewinności, wówczas zasłużoną karę za oszczerstwo ponieść powinien chrześcijanin raczej niż Żyd”.

Przypomnieć o wolności

Pomimo dialektycznego napięcia, wszyscy dyskutanci u Warszewickiego zgadzają się, że wolność zachować należy – spierając się raczej o jej formę. Tyrania budzi u każdego równą niechęć. Właśnie Ocieski, stronnik króla, mówi: „Roztropnie wykrzyknął ów biskup poznański, Lubrański: «Przestań, królu Zygmuncie [Stary], nastawać na nas i naszą wolność. Jeśli bowiem o krok choćby dalej posuniesz się w swych zamiarach, otworzywszy okno, zawezwę przeciw tobie braci mniejszych rodów». Na te słowa zamilkł król i zdawało się, że już słowa więcej z siebie nie wyda. Nigdzie bowiem, zwłaszcza u Polaków, tyrania długo się nie ostanie”.

Wielką zasługę mają dla Polski wydawcy książki, a więc jezuickie Wydawnictwo WAM i Wyższa Szkoła Filozoficzno-Pedagogiczna „Ignatianum”. Z verso dowiadujemy się, że książka wydana została „dzięki finansowemu wsparciu Państwa Ewy i Jamesa R. Thompsonów za pośrednictwem Fundacji Kościuszkowskiej”. Jak widać, prof. Ewa Thompson nie tylko własną publicystyką stara się przekonać Polaków do powrotu do sarmackich tradycji i zrzucenia z siebie postkolonialnego sposobu myślenia i działania – angażuje w tę sprawę także swoje pieniądze. Oby jej przykład zachęcił więcej prywatnych mecenasów do wsparcia takich i podobnych inicjatyw, bo zapomnienie własnej – i to najlepszej tradycji – jest jedną z większych hańb współczesnej Polski. A że droga do jej przypomnienia jest jeszcze długa, tym bardziej należy docenić krok, jakim jest wydanie „Krzysztofa Warszewickiego i Anonima uwag o wolności szlacheckiej”.

„Krzysztofa Warszewickiego i Anonima uwagi o wolności szlacheckiej”, red. nauk. Krzysztof Koehler, WAM, Kraków 2010, ss. 448.

Bartłomiej Kachniarz (ur. 1975), radca prawny w Warszawie, redaktor naczelny polskiej edycji „First Things” i członek redakcji „Rzeczy Wspólnych”. Publikował m.in. we „Frondzie”, „W drodze”, „Najwyższym Czasie!”, „Gazecie Polskiej”.

Artykuł z Rzeczy Wspólnych 3 (1/2011)

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close