Dobre przygotowanie to podstawa

Dobre przygotowanie to podstawa

Rozmowa z Rafałem Trzaskowskim

Minister Sikorski zaproponował władzom Mołdawii umowę wizową i współpracę przy ochronie granic. Mołdawia została też zaproszona jako obserwator do uczestnictwa w niektórych programach unijnych czy agendach. To jest mnóstwo konkretów w sprawie Partnerstwa Wschodniego.

Węgierski premier Victor Orbán postawił tezę, że rok 2011 ma być rokiem Europy Środkowo-Wschodniej. Prezydencję pełnić będą Węgry i Polska. Orbán poświęcił wiele miejsca przyjaźni polsko-węgierskiej. Jak jednak rzeczywiście jest z tą przyjaźnią? Czy nie jest to przyjaźń jednostronna – ze strony Budapesztu?

Powiązania historyczne zawsze były mocne i oddziaływują zarówno na wyobraźnię Węgrów, jak i Polaków. Mamy sporo wspólnego z nowym rządem węgierskim, mamy podobne priorytety, są wspólne interesy. Ponieważ Partnerstwo Wschodnie jest priorytetem UE, będziemy chcieli ten temat uszczegółowić jak się da. Współpracujemy też w ramach Grupy Wyszehradzkiej. Nie jest jednak tak, że zawsze będziemy się opierać o jedną oś współpracy i będziemy współpracować jedynie z nowymi państwami członkowskimi. Zdarza się przecież, że mamy odmienne interesy, albo inaczej rozkładamy akcenty w unijnej polityce. Trzeba grać na różnych fortepianach. Trzeba rozmawiać ze wszystkimi. To dotyczy również relacji w ramach trójkąta weimarskiego – gdzieniegdzie mamy wspólne interesy z Niemcami i Francuzami – wtedy trzeba z nimi rozmawiać. Czasem trzeba jednak rozmawiać także z Hiszpanami, czasem z Brytyjczykami. Dwie prezydencje – polska i węgierska – następują jedna po drugiej, ale w osobnych triach. Węgrzy przygotowywali się do prezydencji z Belgami i Hiszpanami. My – z Duńczykami i Cypryjczykami. Kontynuacja jest jednak szalenie istotna, bo razem będziemy wypracowywać rozwiązania dotyczące np. Partnerstwa Wschodniego. Dodatkowo Węgrzy rozpoczynają już pierwsze konsultacje na temat budżetu na rok 2011 oraz nowej wieloletniej perspektywy budżetowej, a do tego będą starali się obronić trochę więcej prerogatyw prezydencji narodowej, które po wejściu w życie traktatu z Lizbony oddała prezydencja belgijska. Na tym wszystkim nam też zależy i temu powinniśmy sekundować.

Ale czy nie jest tak, że formuła Grupy Wyszehradzkiej się wyczerpała? Co możemy razem zrobić poza Partnerstwem Wschodnim?

– Każda zinstytucjonalizowana forma współpracy jest potrzebna, ale nie należy jej ani dezawuować, ani mitologizować. Polacy w ramach Grupy Wyszehradzkiej rozmawiają np. o emisji CO2, o polityce energetycznej, czyli o zagadnieniach, w ramach których mamy jako państwa jednego regionu wspólne interesy. Dlatego powinniśmy podtrzymywać tego typu alianse, które już istnieją, i korzystać z nich jak najwięcej. Natomiast nie należy zbyt wiele oczekiwać od współpracy w ramach Grupy Wyszehradzkiej. Zwłaszcza że ona funkcjonuje znacznie lepiej dopiero teraz, kiedy jesteśmy w UE, kiedy interesy są często podobne, a nie wtedy, kiedy została powołana i kiedy każde państwo dążąc do integracji z Europą, w ramach swoich interesów ciągnęło w swoją stronę.

Tyle że jeśli chodzi o rozmowy dotyczące emisji CO2 prasa donosi właśnie, że Komisja Europejska ma przyjąć bardzo niekorzystne dla nas regulacje w tej dziedzinie. Istnieje zagrożenie, że kilka branż polskiego przemysłu – w tym cementownie i elektrownie – straci opłacalność produkcji. Komisja Europejska w ogóle nie bierze pod uwagę specyfiki naszego przemysłu opartego na węglu, a wielki biznes unijny, dla którego polskie firmy są konkurencją, ma niewątpliwie powody do zadowolenia. Czy mamy szanse te niekorzystne regulacje zablokować, albo przynajmniej zneutralizować?

– W czasie zeszłorocznego szczytu, na którym podejmowane były kluczowe decyzje dotyczące emisji CO2, zbudowaliśmy efektywną koalicję, która pozwoliła budować politykę walki z klimatem również pod kątem polskiej specyfiki – choćby z gwarancją środków na rozwój czystych technologii węglowych. Wtedy zbudowaliśmy tę koalicję, mam nadzieję, że uda się i tym razem. Zwłaszcza że to jest jakby kontynuacja tej samej rozmowy, a ponieważ w momencie kryzysu finansowego nie tylko nas nie stać na tak drogie rozwiązania, to sojuszników powinno być więcej a nie mniej.

A co z Partnerstwem Wschodnim? Po wygranych przez Platformę Obywatelską wyborach miał się dokonać zwrot w polityce wschodniej. Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski chciał wcielać w życie ideę „Polski piastowskiej”. Tymczasem Partnerstwo Wschodnie zostało doprowadzone przez polski rząd – działający wspólnie ze Szwecją – do pewnej formuły istniejącej jedynie na poziomie UE beż żadnych konkretnych inicjatyw. Jednocześnie Polska stara się grać w lidze z dużymi państwami – Niemcami, Rosją. Czy projekt Partnerstwa Wschodniego ma szanse na jakiekolwiek realne powodzenie poza deklaracjami wygłaszanymi w czasie unijnych szczytów?

– Różnica między Partnerstwem Wschodnim a tym, co proponował poprzedni rząd, nie jest różnicą co do celu, bo pod Partnerstwem Wschodnim jako ideą podpisują się dziś wszyscy posłowie Prawa i Sprawiedliwości. Chodzi jedynie o sposób przygotowania „politycznego gruntu”. Rząd Platformy Obywatelskiej współpracował przy projekcie Partnerstwa Wschodniego ze Szwecją. Co więcej, o idei projektu wiedziały i Niemcy, i Francja. Bez rozmowy z Niemcami czy Francją idea Partnerstwa Wschodniego skazana byłaby na niepowodzenie, pamiętajmy bowiem, że Francuzów szczególnie interesuje inny, południowy kierunek działania Unii. Dzięki skutecznemu działaniu tak się nie stało. Co więcej, ponieważ mamy coraz lepsze stosunki z Niemcami i Rosją, inicjatywa ta ma szanse na powodzenie. Zwłaszcza że rezygnujemy przy tym z huraoptymistycznych i nierealnych założeń – w tym natychmiastowego przyjęcia Gruzji do NATO czy Ukrainy do UE, a skupiamy się na codziennej współpracy i tzw. deliverables, czyli wskazywaniu na konkrety i współpracy przynoszącej owoce zamiast na mówieniu o wielkich ideach.

No tak, tyle że jak wynika z informacji ujawnionych przez Wikileaks Amerykanie bardzo pozytywnie oceniali politykę Lecha Kaczyńskiego dotyczącą Gruzji...

– Wikileaks podaje, że Amerykanie chwalili w ogóle politykę polską – w tym współpracę prezydenta z ministrem spraw zagranicznych. Tylko, że to, co robił prezydent Lech Kaczyński, było czasem i romantyczne, i dobrze oceniane, natomiast nie do końca efektywne, bo przeprowadzane bez żadnej podbudowy dyplomatycznej. Rząd Platformy Obywatelskiej zdał sobie natomiast sprawę, że jeżeli mamy osiągnąć pewne cele na arenie międzynarodowej, to musimy je najpierw dobrze przygotować. I temu służą rozmowy z naszymi partnerami – można mieć bowiem najlepszy nawet pomysł, ale jeśli nie jest on wcześniej omówiony z naszymi partnerami i odpowiednio przygotowany, to nie ma szans na powodzenie w UE.

Dobrze brzmi, ale jakie są konkrety?

– Wystarczy zerknąć na pomysły Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Mamy kilka tzw. flagship initiatives, czyli projektów flagowych, w tym dotyczących współpracy małych i średnich przedsiębiorstw z Polski i krajów objętych Partnerstwem Wschodnim. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zaproponował władzom Mołdawii umowę wizową i współpracę przy ochronie granic. Mołdawia została też zaproszona jako obserwator do uczestnictwa w niektórych programach unijnych czy agendach, oznacza to, że już na tym etapie uczy się, jak z nich skutecznie korzystać. To jest mnóstwo konkretów. Tyle że – co warto podkreślić – bardzo wiele będzie zależało od naszych partnerów po drugiej stronie. W tej chwili po wyborach w Azerbejdżanie czy na Ukrainie kraje te nie są już na przykład aż tak zdeterminowane jak kiedyś w przybliżaniu się do UE.

A czy umowa stowarzyszeniowa z Ukrainą jest celem realnym do osiągnięcia w najbliższym czasie?

– Myślę, że tak, tyle że celem nie powinny być hasła tak obszerne jak „umowa stowarzyszeniowa”, czy „perspektywa członkowska”, a konkretne rzeczy, jak np. ułatwienie dostępu pewnej kategorii produktów do rynku wewnętrznego, stworzenie strefy wolnego handlu, określenie warunków, według których strefa ta miałaby obowiązywać, rozwiązania wizowe na kształt amerykańskich, gdzie po dwukrotnym otrzymaniu wizy krótkookresowej otrzymuje się wizę długoterminową.

To są miarodajne konkrety, do których powinniśmy dążyć, zamiast skupiać się na wielkich hasłach organizowania platform, spotkań, rad i stowarzyszeń. Co nie znaczy oczywiście, że nie potrzebna jest nam długoterminowa wizja. Jednak problemy z jej zdeterminowaniem nie mogą stać na przeszkodzie podejmowaniu zadań już „tu i teraz”.

Porozmawiajmy o kwestiach energetycznych. Co z tą solidarnością energetyczną? Polska rozpoczęła debatę o wspólnej polityce energetycznej, a z drugiej strony Komisja Europejska gani nas za kontrakt z Rosją, który jest podejrzany o to, że narusza prawo unijne. Co się dzieje z innymi projektami dotyczącymi przesyłu energii północ – południe, a nie wschód –zachód? Czy w tej materii coś konkretnego chcemy i możemy osiągnąć podczas naszej prezydencji?

– Na pewno. Zapisaliśmy solidarność energetyczną w Traktacie Lizbońskim i to było szalenie istotne. Co więcej, pracujemy w Parlamencie Europejskim nad rozporządzeniem, które ma przekuć te zapisy w konkret i zapewnić bezpieczeństwo dostaw. Te prace są na ukończeniu i są dla nas bardzo korzystne. Dużo się dzieje, jeśli chodzi o liberalizację unijnego rynku przesyłu energii. Z drugiej strony negocjowaliśmy kontrakt, którego pierwsza wersja nie była korzystna. Na szczęście wynegocjowaliśmy drugą. To jest trochę tak, że negocjujemy z dużo silniejszym partnerem i nie wszystkie zapisy tego kontraktu nam się podobają. Myślę natomiast, że nowa wersja kontraktu już nie stoi w sprzeczności z unijnym prawem, co pewnie potwierdzi sama Komisja Europejska. Zależy nam na tym, żeby Unia miała wspólną politykę energetyczną, żebyśmy myśleli o bezpieczeństwie energetycznym w kategoriach unijnych. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że droga jest do tego daleka. Po pierwsze muszą być pieniądze, musi być wola polityczna i wreszcie muszą zostać wprowadzone bardzo konkretne rozwiązania, jak choćby interkonektory pozwalające na przepływ gazu w obu kierunkach. Przynajmniej już mamy pierwsze prawne instrumenty, które pozwolą na zapoczątkowanie tych zmian. Myślę, że zarówno polski rząd, jak i eurodeputowani są absolutnie zdeterminowani do tego, aby budować wspólną politykę zagraniczną w aspekcie energetycznym. Trzeba dbać o to, żeby zdywersyfikować źródła i przesył. Czyli nie tylko wschód – zachód, ale również północ – południe. Żebyśmy sprowadzali nie tylko gaz z Rosji, ale też z Morza Kaspijskiego, i tu wspieramy bardzo mocno budowę Nabucco, walcząc o zapewnienie choćby częściowego finansowania tego projektu z pieniędzy wspólnotowych.

Unia ma specjalnego pełnomocnika do spraw Nabucco. I jest konsorcjum, które ma budować, ale często słyszymy, że to martwy projekt. Ponadto, że ryzykowne jest przesyłanie gazu przez niestabilne regiony, Gruzję i Azerbejdżan, gdzie Rosja ma duże wpływy. Często można usłyszeć taką opinię, że wszyscy mówimy o tym Nabucco, bo wiadomo, że trzeba o tym mówić, ale wszyscy wiemy, że nic z tego nie będzie.

– Wszyscy wiemy, że to grubo przesadzone. Oczywiście są sceptycy, są ludzie, którzy mówią, że po pierwsze tego gazu będzie za mało, że trzeba by było gaz transportować z Iranu, że terytorium jest niestabilne. Niemniej jednak konkretne decyzje zostały podjęte, pieniądze na ten cel są, prace się rozpoczynają. Natomiast na pewno będzie wielu sceptyków, będzie wielu chcących podminować ten projekt, nie powinny oni jednak powstrzymać nas od działania. Myślę, że jest już ogólnie przyjęte, że projekt ten jest celem UE. Współpracujemy też z Amerykanami. Ambasador amerykański pozytywnie wypowiada się na temat Nabucco. W związku z tym myślę, że ten projekt będzie realizowany, aczkolwiek jest to trudne i na pewno jest wiele sił, które będą próbowały ten projekt torpedować.

A co z legendarnym projektem Odessa – Brody? Nadal nie powstał rurociąg od granicy do Płocka. Czy nasz rząd będzie kontynuował ten projekt mimo niekorzystnej zmiany politycznej na Ukrainie?

– Tu wszystko praktycznie zależy od Ukraińców. My możemy się wykazywać wolą polityczną, jednak czy będą na to pieniądze, czy będzie wola polityczna po stronie ukraińskiej, żeby ten projekt realizować? Trudno jest przy dzisiejszej sytuacji finansowej i gospodarczej myśleć o budowie czegoś po naszej stronie, gdy nie ma pewności, jak się zachowają nasi partnerzy z Ukrainy. Ja entuzjazmu ze strony obecnej administracji ukraińskiej dla tego projektu nie widzę. Jak będzie w przyszłości? Na pewno powinniśmy być na to gotowi, bo takie rozwiązanie generalnie sprzyjałoby naszym interesom.

A jakie znaczenie ma w kontekście prezydencji strategia dla Morza Bałtyckiego? Była to pewna nowa jakość w myśleniu o tym regionie. Dlaczego wśród naszych sześciu priorytetów nie ma tej strategii?

– Dalej wspieramy strategię Morza Bałtyckiego Jeden z polskich posłów, Wojciech Olejniczak, był sprawozdawcą na ten temat w Parlamencie Europejskim. Musimy mieć jednak ograniczoną liczbę priorytetów, tylko tak bowiem mamy szansę na skuteczność. Pamiętajmy, że takich projektów regionalnych jest wiele. Mamy strategię Morza Bałtyckiego, Śródziemnomorską, Dunajską, Czarnomorską i Partnerstwo Wschodnie. To jest parę sektorów tych samych polityk sąsiedztwa i regionalnej, za którymi stoją różne państwa członkowskie I nic dziwnego, że Węgrzy podczas swojego przewodnictwa będą raczej stawiali nacisk na strategię Dunajską, a my raczej na Partnerstwo Wschodnie. Trzeba zawsze wybrać sobie ten jeden główny priorytet, ale to nie znaczy, że tracimy z oczu strategię Morza Bałtyckiego, która raczej jest skierowana na współpracę w basenie Morza Bałtyckiego z Rosją. Nie musi to być nasz flagowy projekt, bo po pierwsze pałeczkę skutecznie przejęła tu już Komisja Europejska, a po drugie zabezpieczają ten projekt również Szwedzi i Finowie, dla których jest on częścią ich dziecka – Wymiaru Północnego – jeszcze z roku 1999.

Czy priorytetów nie jest za dużo? Czy nie są zbyt ogólne?

– Nie. To jest dobry mix, który wynika z kontynuacji tego, co jest wpisane w długoterminowe funkcjonowanie UE. Jest w nim to, na czym nam specjalnie zależy, i to, na czym zależy nam mniej z punktu widzenia naszego położenia geopolitycznego, ale chcemy pokazać naszym partnerom, że my też jesteśmy w stanie myśleć o Unii kategoriami wspólnymi, a nie tylko patrzeć na swoje własne podwórko. Uważam więc, że to jest dobry mix. Z reguły poszczególne prezydencje mają miedzy trzy a pięć-sześć priorytetów i nie ma w tym nic szczególnego i z reguły te priorytety są dosyć ogólne. Szwedzi mieli z tego, co pamiętam 3xE – economy, employment, energy. To było jeszcze bardziej ogólne, prawda? Wiadomo, że można tak to potraktować – dziesięć bardziej konkretnych priorytetów albo sześć ogólnych. Natomiast pytanie brzmi, czy za tym się kryje jakaś myśl polityczna, czy za tym kryje się jakiś pomysł, i czy kryją się jakieś konkrety? A wydaje mi się, że w tym konkretnym przypadku jak najbardziej tak jest.

Co do priorytetu, jakim są wieloletnie ramy finansowe, to wielu ekspertów, zresztą Pan również, zwraca uwagę, że jesteśmy w trudnej sytuacji, bo mamy sporo spraw, o które walczymy. Ale mamy też silnych zwolenników innej koncepcji – cięcia wydatków lub przesunięcia środków na innowacje czy kwestie walki z globalnym ociepleniem. A jednocześnie jesteśmy państwem, które będzie przewodniczyć UE, czyli nie powinno brutalnie zabiegać o swoje interesy, ale raczej szukać porozumienia, bo taka jest rola prezydencji. Jak to pogodzić?

– Naszą rolą jest generalnie przygotowanie priorytetów dla tej rozgrywki budżetowej, która nastąpi tak naprawdę już po naszym przewodnictwie. Skupiamy się więc raczej na ogólnych zasadach niż na konkretnych kwotach. Tak, żeby te negocjacje były później prowadzone w sposób bardziej efektywny. Natomiast, oczywiście, sytuacja jest trudna. Pytanie, czy uda nam się doprowadzić do tego, by najpierw omówione zostały priorytety i zasady, a dopiero potem finanse. Na pewno dyskusja jest trudna. Nie jest łatwo prowadzić prezydencję, kiedy zaczyna się dyskusja nad tak ważnym tematem, który dotyka wszystkich, a przede wszystkim największych biorców z unijnego budżetu. Pytanie, jak będzie wyglądała Unia za pół roku? Czy kryzys gospodarczy się pogłębi? Czy postulaty ograniczania budżetu Unii będą nadal tak silnie stawiane? Sytuacja jest trudna, ale jesteśmy na to przygotowani.

A czy na naszą prezydencję może przypaść kwestia tej tzw. małej reformy Traktatu Lizbońskiego?

– Pewnie tak. To jest kwestia powiązana ze sprawami finansów. Po drugie, trzeba tę zmianę przeprowadzić szybko. Po trzecie, niektóre założenia tej reformy można wprowadzić za pomocą traktatu akcesyjnego z Chorwacją. Prawdopodobnie Chorwacja wejdzie do Unii za naszego przewodnictwa, więc całkiem możliwe, że będziemy to mieli na głowie.

Ale czy ta reforma jest dla nas w stu procentach korzystna? Nasz rząd właściwie już poparł to rozwiązanie. Czy jednak nie kryją się w nim zagrożenia dla takiego kraju jak Polska?

– Gramy w pewną grę. Zgadzamy się na pewne rozwiązania w jednej kwestii po to, by zdobyć poparcie państw członkowskich w innej kwestii. Ja nie uważam, by te rozwiązania, które dotyczą nadzoru nad rynkami finansowymi, były niekorzystne dla Polski. Uważam, że spokojnie mogliśmy te rozwiązania poprzeć. Również pokazując, że jesteśmy gotowi wesprzeć Niemcy w tym, na czym im bardzo zależy. Liczymy na to, że Niemcy będą łatwiejszym partnerem, kiedy będziemy negocjować nowa perspektywę finansową.

Na koniec chciałbym odejść od problemu prezydencji i spytać o prawa podstawowe. Od lat mówi się, że kwestie tzw. praw mniejszości seksualnych, związków partnerskich są generalnie poza sferą kompetencji UE. Ale ostatnio unijna Agencja Praw Podstawowych wytyka palcem Polskę, jako to państwo, które ma największe problemy z realizowaniem postulatów mniejszości seksualnych. Jest też presja na Polskę, by uznawać związki partnerskie zawarte w innych państwach UE. Czy myśli Pan, że ten trend będzie się nasilał?

– Mówimy o dwóch różnych rzeczach. O tym, że Parlament Europejski podejmie sobie jakąś rezolucję większością socjalistów i liberałów, i o tym, że Agencja Praw Podstawowych w swoim raporcie zwróci uwagę, że niektóre państwa są bardziej postępowe w tej dziedzinie, a inne mniej postępowe. To wszystko nie niesie ze sobą żadnych skutków prawnych, tylko artykuły w gazetach. Polska jest na tyle silnym państwem, że nie będzie podlegać presji takich niewiążących instrumentów. Jest pytanie o kwestię uznawania związków osób tej samej płci zawartych w innych państwach. Bo jeżeli produkt wyprodukowany legalnie we Francji musi być dopuszczony do obrotu w Polsce, bo mamy jednolity rynek, to pytanie, czy Unia będzie szła w kierunku ujednolicania także całego prawa cywilnego. Ale to nie jest pytanie o to, czy u nas będzie dopuszczalna aborcja czy eutanazja, bo nie będzie. Natomiast rzeczywiście, jest pytanie o ewentualność np. uznawania związków partnerskich, które są zawarte gdzie indziej. I teraz, jeżeli Unia będzie szła w takim kierunku, by państwa uznawały nawzajem swoje wyroki cywilne i na przykład w jakiś sposób ujednolicały swoje prawo rodzinne, na przykłąad dotyczące opieki nad dziećmi, to wtedy rzeczywiście bylibyśmy zobowiązani tego przestrzegać. Taki trend dotyczyłoby tylko par, które przyjeżdżają do nas, a zawarły związek partnerski w Belgii czy w Holandii. Ja szczerze powiedziawszy nie miałbym kompletnie nic przeciwko temu. Pamiętajmy jednak, że w podejmowaniu wszystkich tego typu decyzji Polska uczestniczy, jak każde inne państwo członkowskie, może więc na ten proces wpływać. W dodatku realia są takie, że wiele państw członkowskich nie chce się na coś takiego zgodzić. Także to nie jest tak, że prawo rodzinne zaraz będzie ujednolicone. Na przykład, jeżeli chodzi o rozwody, to tylko niektóre państwa zgodziły się pracować nad wspólnymi rozwiązaniami w ramach tzw. wzmocnionej współpracy. Reasumując: eutanazji, aborcji nikt nam nie będzie narzucał. A do tego, że będą jakieś rezolucje i komentarze, powinniśmy się przyzwyczaić. Natomiast ja jestem za związkami partnerskimi i nie ma to nic wspólnego z tym, co się dzieje w Europie. Mógłby dominować w niej totalny liberalizm albo totalny konserwatyzm, a ja miałbym inne na ten temat poglądy. Jednak będąc zwolennikiem związków partnerskich, uważam, że jest to kwestia na tyle delikatna, że musi ona być rozwiązywana w Polsce i nigdy nie poparłbym żadnego rozszerzenia prawa europejskiego w tej dziedzinie. Uważam, że jeżeli u nas nie będzie poparcia dla tego typu daleko idących rozwiązań, bo po prostu nasze społeczeństwo i jego reprezentanci nie będą chcieli się na to zgodzić, to powinno to być uszanowane i nikt nie powinien się tu odnosić do Europy ani podpierać Europą. Na przykład, jeżeli w Parlamencie Europejskim są podejmowane rezolucje na ten temat, to ja się zawsze wstrzymuję od głosu, żeby pokazać, że mimo iż jestem za sformułowaniami, które mówią o związkach partnerskich, to uważam, że Unia nie powinna się tym zajmować. Powinno to być zostawione absolutnie w gestii państw członkowskich.

Rozmawiał Szymon Ruman

Rafał Trzaskowski (ur. 1972), ekspert ds. europejskich i wykładowca akademicki. Doradca Przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego Jacka Saryusz-Wolskiego oraz Delegacji Platformy Obywatelskiej w Parlamencie Europejskim (2004-2009). Wykładowca Collegium Civitas w Warszawie oraz w Krajowej Szkole Administracji Publicznej. Analityk w Centrum Europejskim – Natolin, specjalizuje się w problematyce funkcjonowania i reformy instytucji Unii Europejskiej oraz wspólnej polityce zagranicznej i bezpieczeństwa UE. Zna języki: angielski, francuski, hiszpański, rosyjski.

Szymon Ruman (ur. 1983), ekspert ds. legislacji w Biurze Analiz Sejmowych, członek Zespołu Europejskiego Fundacji Republikańskiej. Był rzecznikiem prasowym marszałka Sejmu Marka Jurka oraz sekretarzem redakcji „Międzynarodowego Przeglądu Politycznego”.

Artykuł z Rzeczy Wspólnych 3 (1/2011)

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close