Centrum Opatrzności Bożej im. Adama Michnika

Centrum Opatrzności Bożej im. Adama Michnika

Remigiusz Włast-Matuszak

Skoro Order Orła Białego został przyznany lewicowemu, laickiemu publicyście, „osobistemu nieprzyjacielowi Pana Boga”, sztandarowemu przedstawicielowi „konstruktywnej opozycji”, który w Magdalence żłopał wódę z wszechwładnym komunistycznym satrapą, i który prawem kaduka bebeszył archiwa MSW, to czy jest to jeszcze ORZEŁ BIAŁY, czy już tylko drób łowny w kolorze bieli izabelińskiej?

Widząc we wszystkich kioskach „DZIEŁA WYBRANE” Adama Michnika (w siedmiu tomach) i w nakładzie zbliżonym zapewne do nakładu „GW”, w którą to były zawijane przy sprzedaży wiązanej, poczułem się jak nędzny robaczek, niemal prusak albo francuz czający się w polskiej mierzwie – tym nawozie historii, jakim jesteśmy w „światłych dłoniach” „red. nacz.” i Jego Wyznawców.

Wyczułem też od razu, że coś się święci. Coś wielkiego, doniosłego, coś, co rzuci nas na kolana przed Seneką naszych dni. Sądziłem nawet, że to mój Kościół rzymskokatolicki pokaja się hurtowo za Jana Husa, Giordana Bruna, Galileusza oraz pochopne odrzucenie nauk Marksa i Trockiego, i w ramach ekspiacji nada imię Adama Michnika wilanowskiemu Centrum Opatrzności Bożej, jakie cichaczem powstało przy okazji budowy Świątyni Opatrzności Bożej. Ale nie – to Pan Prezydent Najjaśniejszej III RP ubiegł Episkopat i nadał jednoosobowo i bez ceregieli najznamienitsze odznaczenie Order Orła Białego „red. nacz.” „Gazety Wyborczej”, nobilitując go przed narodem.

Blask bieli izabelińskiej

Szafarz Łask, by lekko stonować szok tej kanonizacji „red. nacza.”, dodał Mu do anturage zapomnianego już pluralistę Aleksandra Halla, który chciał, by wszystkim było dobrze, a wyszło mu jak zwykle, byłego premiera J.K. Bieleckiego (pewnie za współudział w „międzynarodowej” prywatyzacji 80 proc. polskich banków), oraz biskupa żyjącego od wieków na wygnaniu w Łowiczu, o którym to kapłanie mówiono dość nieciekawie (ale zapewne niesłusznie). Skoro Order Orła Białego, który to orzeł biały jest narodowym symbolem majestatu RP, został przyznany lewicowemu, laickiemu publicyście, „osobistemu nieprzyjacielowi Pana Boga”, jak ponoć o sobie dawniej mawiał, sztandarowemu przedstawicielowi „konstruktywnej opozycji”, który przed „Magdalenką” jeździł do Moskwy, by sondować przez miejscowych „krewnych i znajomych Królika”, jak daleko będzie przez Gorbaczowa i KGB tolerowany. A w Magdalence żłopał wódę z wszechwładnym komunistycznym satrapą gen. Czesławem Kiszczakiem (vide liczne fotki w książce Kiszczaka pt. „Generał Kiszczak mówi prawie wszystko”, BGW, Warszawa 1991), ustalając skład Okrągłego Stołu, i który to „red. nacz.” prawem kaduka bebeszył archiwa MSW w 1989 roku oraz publicznie uznający gen. Jaruzelskiego i gen. Kiszczaka za „ludzi honoru” itd., itp., to czy jest to jeszcze ORZEŁ BIAŁY, czy już tylko drób łowny w kolorze bieli izabelińskiej?

Onegdaj „młoda, wykształcona” mieszkanka stolicy, a więc „wielkiego miasta”, z okazji Święta Niepodległości na antenie PR palnęła bez skrępowanie coś o „marszałku fochu” – takim zwykłym pospolitym „fochu”, tak więc według niej II RP nadała tytuł Marszałka Polski nie Ferdynandowi Fochowi (na Boga! fonetycznie wymawia się: fosz!, foszowi, fosza), a zwykłemu fochowi. Wspominam o tym w ramach moich fochów, bo zaraz potem inny „młody wykształcony” mówił o „Linii Gotyckiej”, jaką Polacy sforsowali pod Monte Cassino – a była to Linia Gotów. Dlatego też mam podstawy do podejrzeń, że pewna lepiej wykształcona na „GW” część wykształceńców nic nie wie na temat „bieli izabelińskiej”. Otóż w ramach „okrucieństwa nie do przyjęcia”, przypomnę, iż pojęcie „bieli izabelińskiej” wywodzi się z mroków niepoprawności politycznej, kiedy to Królowa Hiszpanii (po zjednoczeniu Kastylii i Aragonii) przysięgła nie zmienić koszuli aż do chwili wypędzenia z jej ziem ostatniego Araba (Maura). Ślubowania dotrzymała, chodząc rok 1491/92, aż do zdobycia Grenady, w tej samej koszulce (pod królewskimi szatami). A ponieważ damy dworu i podręczne nie mogły powiedzieć, że koszula najjaśniejszej pani jest brudna, dlatego określały ją jako koszulę w kolorze „bieli izabelińskiej”.

Uczynek Izabeli Katolickiej nabiera szczególnej wymowy dziś, w dobie szalejącego „zapateryzmu”, gdy małpom przyznaje się częściowe prawa obywatelskie (a co będzie, jak jakaś Hiszpanka lub Hiszpan zechce adoptować ulubionego szympansa z prawem dziedziczenia? A co będzie jak Polka przysposobi taką małpę – czy nabędzie obywatelstwo hiszpańskie i prawo do socjalu?), gdy zakazuje się ponad tysiącletniej tradycji – walk byków (czy spodziewać się w Polsce zakazu chodzenia po kolędzie, tańczenia krakowiaka – bo to taniec nacjonalistyczny i ksenofobiczny?), a za pieniądze podatnika Katalonia drukuje i rozpowszechnia w szkołach podręcznik masturbacji. Jestem pewien, że Izabela Katolicka ponowiłaby swoje śluby, by wygnać z Hiszpanii ostatniego „zapaterystę”. I tak oto dochodzimy do Orderu Orła Białego w kolorze bieli izabelińskiej.

A Stalin?

Polityka gestów zjednywania sobie elektoratu lewicy laickiej, a nawet kryptotrockistów fetujących na Uniwersytecie Warszawskim osławionego lewaka Daniela Cohn-Bendita (skądinąd przyjaciela Michnika), nie pozostaje bez reakcji społecznych i politycznych. W Kapitule Orderu Orła Białego pozostał już tylko Pan Prezydent Komorowski i Premier Jan Olszewski (który będąc ciężko chorym, nie może brać udziału w życiu publicznym). Prezydent i jego doradcy, „idąc za ciosem”, za chwilę nadadzą Order Orła Białego gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu (biorącemu już udział w posiedzeniach Rady Bezpieczeństwa Narodowego [!!!]), gen. Kiszczakowi jako człowiekowi honoru, a pośmiertnie inż. Edwardowi Gierkowi – bo za jego czasów Polska rosła w siłę, a dwóm milionom nomenklatury PZPR żyło się dostatnio. No i „nie zapominajmy” też o jego najbliższych współpracownikach: Bolesławie Jaszczuku, Pietce Jaroszewiczu i Janie Szydlaku. Odnowiciel polskiej gospodarki, wicepremier Hilary Minc, też powinien dostać pośmiertnie orzełka. Można też dekretem prezydenckim Order Orła Białego przyznać zamiennie i „obligatoryjnie” wszystkim odznaczonym „chlebowym orderem” Budowniczego Polski Ludowej. SLD-owski elektorat byłby obłaskawiony na długie lata.

W dniach historycznej wizytacji Prezydenta Dmitrija Miedwiediewa nad Wisłą, przekażmy na jego ręce Order Orła Izabelińskiego dla generalissimusa Józefa Stalina. Bynajmniej nie przesadzam. Polska i my wszyscy zawdzięczamy Słoneczku Narodów w praktyce więcej niż komukolwiek, a na pewno więcej niż aliantom.

Bo to Józef Stalin obśmiał i odrzucił projekt polskich granic autorstwa Wiaczysława Mołotowa (szefa MSZ CCCP), który Białystok i województwo białostockie zostawiał w granicach Białoruskiej S.S.R, zgodnie z linią demarkacyjną swego paktu z min. III Rzeszy Joachimem Ribbentropem. To samo dotyczyło Przemyśla. Prusy Wschodnie mieliśmy dostać bez Olsztyna i Elbląga, a granica zachodnia byłaby bez Szczecina i części Dolnego Śląska. Tylko Stalinowi możemy podziękować, że mamy takie granice, jakie mamy, bo co byśmy mogli zrobić w 1945, czy 1989, mając granice wyrysowane przez Mołotowa? Nic – absolutnie nic. Zasługą Stalina jest też, iż gdy w 1949 roku „internacjonały” (w tym tatuś naszej znanej reżyserki filmowej i tatuś znanego publicysty z „Polityki”), pod przewodem Bolesława Bieruta (też prezydenta) polecieli na Kreml z propozycją zatwierdzenia zmiany hymnu państwowego – Mazurka Dąbrowskiego – na pieśń „Ukochany kraj, umiłowany kraj”, oraz zmiany godła państwowego z Orła Białego na młot i koło zębate, Józef Stalin wytłumaczył lizusom, że Polacy są przyzwyczajani do swoich symboli narodowych i lepiej im je zostawić! (Na Węgrzech kreatura Mátyás Rákosi zmienił godło i hymn państwowy, to samo działo się w innych krajach „pojałtańskich”). Tylko dzięki Stalinowi mamy dzisiaj takie granice, jakie mamy (i mieć je będziemy przez następne wieki) oraz zachowaliśmy hymn i Orła Białego jako godło państwowe – więc pośmiertne przyznanie generalissimusowi Orderu Orła Białego (nawet wątpliwej bieli) jest jak najbardziej słuszne.

Nie zdziwię się, gdy za rok, dwa, ktoś w ramach podlizywania się brukselskiej poprawności politycznej faktycznie nada imię Adama Michnika jakiejś ulicy (np. Czerskiej, Aleje Adama Michnika – jak to pięknie brzmi), albo ekumenicznej świątyni – będziemy wówczas mieli w Warszawie Centrum Opatrzności Bożej im. Adama Michnika. Kilka lat intensywnego „pijaru” i wszystko staje się do przyjęcia. Skoro PZPR potrafiło ulice w dużych miast przemianować na: Nowotki, Buczka, Kniewskiego czy Marchlewskiego, i nikt się temu nie dziwił, to dlaczego po nadaniu Orderu Orła Izabelińskiego, nie nazywać ulic i placów imieniem Adama Michnika?

Tylko śmiech nas wyzwoli

W jakim celu odstraszam tu moim pisaniem Ducha Świąt Bożego Narodzenia, dlaczego zamiast pielgrzymować na Czerską, by przełamać się opłatkiem z ludźmi Agory, serwuję Bogu ducha winnym Czytelnikom stroniczki ociekające jadem sarkazmu i gryzącej (się) ironii. Otóż sądzę, że w chwili gdy 90 proc. mediów reprezentuje jedynie słuszną linię jedynie słusznej partii, jako antidotum został mi już tylko śmiech, pusty śmiech i szyderstwo.

Od czasów czerwonych salonów w „Czytelniku”, po dzisiejsze spędy w Teatrze Wielkim, zawsze obśmiewałem się z tej „samoelity”. Ile razy jakiś „nadęciak” zaczynał popisy erudycyjne na temat etosu kultury, pytałem niewinnie o Bacha. Tu zawsze Autorytet zaczynał polewać o „ponadczasowości kompozytora”, o „europejskiej skarbnicy kultury” i tym podobne komunały. Wówczas z poważną miną pytałem: ale o którym Bachu pan mówi, o Janie Sebastianie czy o Offenie?” Z „nadęciaka” uchodziło powietrze i zmieniało się w tzw. obrazę śmiertelną. Ale „świadkowie” powtarzali to dalej i „autorytet” był odarty z „wielkości”. Polecam ten sposób przy świątecznym i noworocznym składaniu życzeń. Proszę zapytać min. Klicha o najciekawszy przypadek psychiatryczny w jego karierze lekarskiej, min. Zdrojewskiego o bloki, które pozwolił budować na polderkach zlewowych we Wrocławiu zaraz po powodzi tysiąclecia, min. Kopacz – czy faktycznie ziemię na lotnisku pod Smoleńskiem przesiała do 1,5 metra w głąb, czy wzwyż. A jeśli nie możemy zrobić tego osobiście, to pytajmy przez Internet i „ocalałe” media. Tylko śmiech nas wyzwoli.

Remigiusz Włast-Matuszak (ur. 1948), poeta, publicysta. Liceum T. Czackiego kończył już w Warszawie. Studia na Wydziale Filozofii, zmienionym w 1968 roku na Wydział Nauk Społecznych. Od 1976 roku niezależny publicysta: „Ekran”, „Za i Przeciw”, „Res Publica”, „Fronda” (do rozłamu), „Akant”. Portale: prawica.net, yeppy.pl (upadł). Między 1989-1992 był prywatnym wydawcą, m.in. dwa tomy głośnej antologii „Po Wojaczku”. Poetycko debiutował w „Odrze” w 1982 roku, w 1997 roku opublikował tom wierszy „Dokumenty bez następstw prawnych”, w 2003 – „Przywilej”, w 2009 – „Znaki”. Miłośnik ogrodnictwa i prasoznawstwa.

Artykuł z Rzeczy Wspólnych 3 (1/2011)

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close