Pięciogłos: obywatele czy konsumenci?

Pięciogłos: obywatele czy konsumenci?

Krzysztof Wołodźko, „Magazyn OBYWATEL”

Najbardziej trapi mnie zagadnienie, jak wiele czasu zajmie nam budowa kultury wspólnoty, wspólnoty przeżywanej jako coś praktycznego, doświadczanego codziennie, nie zaś hipostazy, czy projektu ideologicznego na użytek tez publicystycznych lub interesów politycznych.

1. Czy współczesny młody Polak bliższy jest ideałowi obywatela czy konsumenta?

O byciu obywatelem decyduje twórcza, aktywna zdolność do współuczestnictwa w życiu wspólnoty w imię większego niż własne dobra i niezależnie od sposobu jej dookreślenia. O byciu konsumentem: uczestnictwo w rytuałach, wyobrażeniach „kultury nabywania”, w najbardziej bezpośredni sposób udział w niej gwarantuje pośrednictwo pieniądza. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że to drugie jest łatwiejsze, choć pewnie dla wielu – obiektywnie i subiektywnie – nie tak satysfakcjonujące i pełne, jakby sobie tego życzyli. Współczesny młody Polak – zaryzykuję stwierdzenie – nie jest zatem ani w pełni obywatelem, ani „idealnym konsumentem”, skoro już o ideałach mowa.

2. Jakie: oświata, polityka i kultura są potrzebne, aby wychowywać dobrych obywateli, i czy obecnie warunki te są w Polsce spełnione (jeśli nie – co należy zrobić, aby je spełnić)?

Nawiążę do pierwszego pytania, by wyprowadzić odpowiedź na drugie. Uważam, że na dłuższą metę dychotomia obywatel-konsument jest szkodliwa i we współczesnym świecie (jeśli jego kształt ma pozostawać w naszym rejonie niezmieniony przynajmniej przez kilkadziesiąt lat) kulturotwórczo/cywilizacyjnie jałowa.

Żyjemy w kulturze konsumpcji, ale przyjmijmy (jako Autorzy i Czytelnicy „Rzeczy Wspólnych”, „OBYWATELA” czy innych Szacownych Tytułów), że nie jest ona celem samym w sobie dla człowieka jako bytu społecznego. Załóżmy także, że konsumpcja sama w sobie nie jest czymś moralnie nagannym, a raczej pewną koniecznością i – praktykowana z umiarem, wspaniałomyślnością i szlachetnie – dobrem, które można spożytkować dla dobra jeszcze większego. Nie ma nic złego w posiadaniu tego, co określamy mianem „dóbr doczesnych”. Dobrobyt może być rzeczą godną podziwu, a dążenie do niego – przymiotem etycznym.

I tu moja hipoteza, myślę, że nie nazbyt kontrowersyjna. Pożądanym stanem społeczeństwa jest stan dobrobytu i życia w pokoju. Jak najpowszechniejsza partycypacja w tym dobrobycie, pewnego rodzaju egalitarne założenie, że godziwe dążenie do niego i uczestnictwo w nim jest prawem każdego, potraktuję tu – dobrze, samozwańczo – jako jeszcze jedno „prawo człowieka i obywatela”. Właśnie, obywatela.

Obywatel nie rodzi się ani w społecznej, ani aksjologicznej próżni. Nie można także na dłuższą metę być obywatelem w społeczeństwie biedy i niepokoju, samemu będąc niepokojonym przez niesprzyjające, z reguły noszące charakter strukturalnych, okoliczności życia. Bunt i niezadowolenie, frustracja i niepokój mogą dawać asumpt do zmiany, ale żadnej pozytywnej zmiany na dłuższą metę nie ugruntują. A podstarzali rewolucjoniści, którzy albo sami są nieukontentowani światem, albo z cudzego nieukontentowania żyją, stają się cyniczni i niebezpieczni. Z drugiej strony niemniej cyniczni i niebezpieczni mogą być tacy, co sądzą, że „Polska może być biedna, byle była katolicka”. Jak mniemam, nie o własnej biedzie wtedy myślą. Nie, Polska nie może być biedna, ani byle jaka, ani słaba w imię żadnej ideologii i niczyich interesów.

Gdy zatem pytacie, jaka oświata, polityka i kultura są potrzebne, odpowiadam: kultura wspólnoty, oświata gwarantująca jak najpowszechniejszy i jak najbardziej równy dostęp do edukacji na wysokim poziomie, polityka efektywnie rozwijająca dobrobyt społeczny (a przynajmniej nie przeszkadzająca w jego powstawaniu). Są to oczywiście hasła, ich pojmowanie, treść, nawet niuanse mogą i będą przedstawić się każdemu z czytających te słowa inaczej. Ale powtórzę raz jeszcze: społeczeństwo obywateli, jeśli ma tworzyć faktyczną, znaczącą jakość w polskim życiu publicznym, musi być oparte na trwałych materialnych i etycznych fundamentach i żadnego z tych elementów nie można bagatelizować. Społeczeństwo biedy i wykluczenia, rosnących rozpiętości majątkowych, skorumpowanych elit przywłaszczających sobie jako rzekomo należną niewspółmierną większość profitów, korzystające z często niepisanych, ale o wiele realniejszych, niż gwarantowane przez konstytucję przywilejów nigdy nie będzie społeczeństwem we właściwym tego słowa znaczenia. Właśnie w społeczeństwie biedy o wiele łatwiej poprzestać na byciu konsumentem, czy ćwierć-konsumentem, na zadawalaniu się namiastkami dobrobytu, na stanie życia społecznego bliższego hobbesowskiej wizji „stanu naturalnego”: gdy wojna wszystkich przeciw wszystkim toczy się bezwzględnie, tyle że w dekoracjach Złotych Tarasów, Galerii Krakowskiej czy poznańskiego Starego Browaru. Choć dla większości i tak będą to dekoracje osiedlowego supermarketu, gdzie jednych codziennie kuszą „niskie ceny”, a innych trzymają niewysokie przecież zarobki.

Taka odpowiedź może nasuwać wniosek, że jej autor uważa, że przeciętnego Polaka „nie stać” dziś, by pozwolić sobie na luksus bycia obywatelem. Nie, nie jestem (skrajnym) deterministą. Najbardziej trapi mnie zagadnienie, jak wiele czasu zajmie nam budowa kultury wspólnoty, wspólnoty przeżywanej jako coś praktycznego, doświadczanego codziennie, nie zaś hipostazy, czy projektu ideologicznego na użytek tez publicystycznych lub interesów politycznych. Jeśli złe nawyki czasów obecnych będą się zakorzeniać w następnym pokoleniu, jeśli polityka będzie antypolitką, w której interes „polis” nie będzie traktowany z całą zasługującą na to powagą, jeśli wreszcie kaganek oświaty nie będzie już oświetlał najszerszych mas, a zostanie potraktowany jedynie jako źródło niezłych pieniędzy i wyższego statusu dla nielicznych, uprzywilejowanych oraz sprzedawców usług edukacyjnych – nie mam powodu, by żywić jakąkolwiek nadzieję na zmianę na lepsze. Ale ponoć warto mieć nadzieję przeciw nadziei. Być może to także jest cnota obywatelska.

Pytanie o społeczeństwo obywateli jest zatem pytaniem co do zasady ustrojowym, zaś pytanie o etos obywatela, niewykluczone, że pytaniem pierwotnym.

Krzysztof Wołodźko (ur. 1977), stały współpracownik „Magazynu OBYWATEL”, redaktor portalu salon24.pl; dotąd publikował m.in. w „Życiu Duchowym”, nieboszczce „Trybunie”, polonijnym „Kurierze Galicyjskim”, witrynie internetowej Polskiego Radia, „Teologii Politycznej”; uczestnik cyklu dokumentalnego „System 09”; przetłumaczył z angielskiego kilka książek dotyczących myśli i duchowości katolickiej, największą radość przyniósł mu przekład biografii i wyboru pism kard. Newmana „O krok bliżej”. Mieszka z żoną w Krakowie, lubi Nową Hutę, dobrze myśli o rodzinnej, wielkopolskiej wiosce, Szołdrach, dużo czyta. Blog: http://consolamentum.salon24.pl/

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close