Pięciogłos: obywatele czy konsumenci?

Pięciogłos: obywatele czy konsumenci?

Tomasz Pichór, „Sprawy Polityczne”

Żyjemy w świecie, w którym powstały zupełnie nowe, niegdyś nieznane klasy społeczne: matoły, yuppie i gwiazdy. „Ci pierwsi oglądają telewizję, ci drudzy robią programy, ci trzeci w nich występują”. W takim świecie nie ma miejsca na obywatelskość; pozostaje tylko konsumpcja.

Temat ankiety „Rzeczy Wspólnych” nie pozwala, by zachować się inaczej, niż – jak przystało na obiegowy wizerunek konserwatysty – ponarzekać. Na młodzież, na system edukacji w Polsce, media, współczesną kulturę. Ale zastanawiając się nad pytaniem zadanym przez redakcję, czy młody człowiek dzisiejszej Polsce jest bardziej obywatelem czy konsumentem, nie można uciec od tych, znacznie szerszych przecież problemów.

Przeciętny młody Polak w otaczającej go sferze publicznej nie ma zbyt wielu wzorców zachęcających go do stania się świadomym obywatelem Rzeczpospolitej (ba, samo pojęcie „obywatelskości” najwyraźniej zatraciło swoje miejsce w debacie publicznej). Nie jest takim wzorcem Kościół, skutecznie ośmieszany przez liberalne media. Te z kolei, chociaż, dzięki technologicznym nowinkom stają się wszechobecne, nie spełniają takiej, wzorotwórczej roli. Wprost przeciwnie: kreują coraz bardziej niepoważne treści. Podsycają tylko wszechobecny kult młodości – a więc kult niechęci wobec obowiązków i, tak naprawdę, rzeczywistego świata. Autorytetu nie mają już politycy, dziennikarze, artyści. Nie ma go szkoła, która, jak pisze Theodore Dalrymple (chyba najbardziej wnikliwy krytyk współczesnego społeczeństwa), „stała się czymś nieco większym, niż skomplikowane usługi baby-sitters, mające na celu trzymanie młodzieży z dala od ulicy, gdzie może się ona zachowywać jak piranie w południowoamerykańskiej rzece”. Pozbawiony jest go także uniwersytet, który stał się rodzajem fabryki, bez opamiętania produkującej ludzi obdarzonych dyplomami, oraz wielkim o sobie mniemaniem. Skala inwazji młodzieży na uniwersytety jest tak wielka, że można odnieść wrażenie, że celem każdego młodego człowieka powinno być zdobycie wykształcenia akademickiego. Co gorsza, zdegradowany przez swoją masowość uniwersytet staje się w Polsce – podobnie jak na Zachodzie – wylęgarnią lewicowego ekstremizmu. Tworzone są coraz to nowe, swoiste „pseudo-studia” w rodzaju modnych gender studies. Trudno od takich kierunków oczekiwać, że wykształcą one obywateli; raczej można sądzić, że ich absolwenci zasilą szeregi politycznie radykalnych intelektualnych snobów.

W skrócie, ale zupełnie usprawiedliwionym, można powiedzieć, że przestrzeń publiczna – w której nie ma miejsca na dyskusję wolnych obywateli o pomyślności republiki – sprowadziła się w Polsce do coraz bardziej przygnębiającego medialnego wyścigu celebrytów, wszystko jedno czy pochodzących ze świata polityki, czy jarmarcznej rozrywki. Znamienna jest tutaj kariera Janusza Palikowa, który swoją sławę i popularność zawdzięcza nie aktywności biznesowej, mecenasostwu kultury (ile osób wie, że jedno z najwartościowszych polskich wydawnictw słowo/obraz/terytoria jest właśnie przez niego stworzone?), ile zwykłemu, wulgarnemu szokowaniu publiczności. Kiedyś Roger Scruton trzeźwo zauważył, że żyjemy w świecie, w którym powstały zupełnie nowe, niegdyś nieznane klasy społeczne: matoły, yuppie i gwiazdy. „Ci pierwsi oglądają telewizję, ci drudzy robią programy, ci trzeci w nich występują”. W takim świecie, nie ma miejsca na obywatelskość; pozostaje tylko konsumpcja. Zresztą, co może zapewne jest niezamierzonym symbolem, Mekka młodych lewaków w Warszawie nosi dumną nazwę „Nowy Wspaniały Świat”. Identycznie brzmi tytuł słynnej powieści Aldousa Huxleya. Może ta zbieżność nazw wynika z niedouczenia aktywistów „Krytyki Politycznej” (co jest bardzo prawdopodobne), ale efekt jest jednoznaczny: świat opisany przez angielskiego pisarza to właśnie świat niczym nieograniczonej konsumpcji, negacji tradycji, wolności i indywidualności. To świat konsumentów doskonałych.

Czy jest wyjście z takiej sytuacji? Myślę, że jest, ale bardzo trudne. Najważniejsza wydaje się być tutaj edukacja; ale nie w dzisiejszym, mocno ułomnym (jak starałem się to pokazać) znaczeniu tego pojęcia. Paul Johnson napisał kiedyś, że brytyjski rząd, miast finansować ekspansję szkół wyższych, winien więcej środków przeznaczać na utrzymanie sławnych, historycznych regimentów armii brytyjskiej. Johnson bynajmniej nie jest tępym militarystą. Trafnie zauważył, że armia, pochodząca z ochotniczego zaciągu, z jej przywiązaniem do tradycji, poczuciem odpowiedzialności, patriotyzmem, zapewniałaby lepszą formę kształcenia dla młodych ludzi niż uniwersytety. Armia jest jedną z tych instytucji, które uczą i wymagają cnót, niezbędnych dla bycia obywatelem. Obywatelskość jest pojęciem staroświeckim, mogącym dobrze funkcjonować wyłącznie w otoczeniu innych pojęć, takich jak autorytet, wolność, tradycja. Wszystkiego tego powinien uczyć rodzinny dom, w szerszej skali szkoła. Oraz wszystkie te instytucje, które istnieją nie po to, by kreować konsumpcję, ale by chronić ludzką wolność.

Bo trzeba o tym zawsze pamiętać, nie może być mowy o obywatelskości tam, gdzie nie ma wolności.

Tomasz Pichór (ur. 1973), studiował na Wydziale Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Twórca i przez wiele lat redaktor naczelny Wydawnictwa Sprawy Polityczne. Publikował m.in. na łamach „Kultury”, „Gazety Wyborczej”, „Spraw Politycznych”. Mieszka w Warszawie.

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close