Pan Dług Publiczny

Pan Dług Publiczny

Remigiusz Włast-Matuszak

Wiemy już, jakim tropem pójdzie księgowość kreatywna ustalająca wysokość budżetu i deficytu skarbu państwa! Za chwilę zostaną oficjalnie wykreowane „dochody trudno mierzalne” – z czarnej strefy usług (rynek narkotykowy, prostytucja, paserstwo – bo to przecież też może być wartość dodana), dochody spakowane, dochody ekologiczne, w tym wartość energii słonecznej i tym podobne wynalazki.

Świadomość społeczna Polaków jest niepokojąco niska, około 52 proc. rodaków nie czyta książek ani gazet. Spośród pozostałych jedynie około 12 proc. rozumie w pełni czytane teksty prasowe! Pojęcie Długu Publicznego (z wielkiej litery – bo jak ma On wartość około 3 bln zł – to nabiera cech nazwy własnej, staje się wręcz Panem Długiem Publicznym) znane jest zaledwie kilku procentom Polaków, a pełnym jego rozumieniem może się zapewne poszczycić ledwie kilka promili społeczeństwa.

Plejada reformatorów

Sam zainteresowałem się DP dopiero w roku 2000, gdy „dotarło” do mojej „świadomości społecznej”, iż wielkość całego budżetu Rzeczpospolitej wynosi 135 mld zł, a wysokość DP przekracza 280 mld zł! Podzieliłem się tym spostrzeżeniem na jakimś spotkaniu z wysokim urzędnikiem państwowym nadzorującym m.in. giełdę. Stwierdził, że to niemożliwe (!), że jako nie fachowiec źle odczytałem dane. Dzisiaj „widujemy się” tylko w TV – on pokazuje się na ekranie, a ja oglądam go w domu. Mówi dokładnie to samo co przed dekadą, i tym samym tonem.

Jednak nie on jest pierwszą osoba, z którą wiążą się moje wspomnienia o DP. Pochodzą one z dzieciństwa i są związane z moją Ciocią Franią z Bydgoszczy, wodą po bracie Dziadka. Ilekroć odwiedzała nas w Poznaniu, tylekroć słyszeliśmy na powitanie, już na dworcu i w dorożce: „Mam okropne długi i przyznaję się do tego publicznie”. W domu na Łazarzu olśniewała nas wszystkich kreacjami, biżuterią (pewnie czeską), jak i obezwładniała zapachem czegoś nieznanego – perfum. „To koty, został właśnie prezydentem Francji” – mówiła. Po latach dopiero zrozumiałem, że chodziło o tanie perfumy marki Coty, których producent został w 1954 prezydentem IV Republiki. Ciocia Frania była też pierwszą reformatorką, jaką poznałem. W powodzi upominków, prezentów świątecznych, „taniochy” – największe „achy” wzbudzały REFORMY. Były w kolorach cielistych, ciepłe, „gumowane” i „zagraniczne”. Nie koniec na tym, była też bowiem ciocia pierwszą znaną mi osobą, która chciała, by „wszystkim było dobrze”. „Jak ja bym chciała, by wam wszystkim było dobrze” – powtarzała, poczym obdarowywała mnie zakurzonym cukrowym barankiem, albo innym „gwiazdorem”. Dług wyjawiany publicznie i jej reformy pamiętam do dziś.

Drugim reformatorem w moim życiu, który rozpoczął na szeroka skalę „zadłużać nas publicznie”, był Jacek Kuroń. Zapamiętałem go jako niestrudzonego telewizyjnego reformatora i człowieka, który autentycznie „chciał, by nam wszystkim było dobrze”. Do tej pory nie mogę pojąć, dlaczego naród odrzucił jego starania o prezydenturę.

Trzeci wielki reformator objawił mi się nagle w osobie premiera RP Donalda Tuska. „Plan rozwoju i konsolidacji finansów 2010-2011” spadł na mnie niespodziewanie. Pan Premier ogłaszając go, raczył był założyć, że wygra wybory parlamentarne w 2011 roku – no to w ramach oszczędności i reform chyba nie warto wyborów przeprowadzać!

Mistrzowie żonglerki

Z planu REFORM Tusko-Boniowych wybrałem tylko te „cieplejsze”. Są to: reforma emerytur służb mundurowych, która ma przynieść pierwsze owoce... w 2050 roku! Dopiero wówczas przestaniemy płacić sierotkom po Dąbrowszczakach z Komunistycznych Brygad Międzynarodowych wprowadzających bolszewizm w Hiszpanii w latach 1936-1939. Byle tylko PO nie wprowadziła ustawy o dziedziczności rent dla Walterowców – w kontekście odsłaniania pomnika krasnoarmiejców w Osowie w rocznicę Bitwy Warszawskiej, wszystko jest możliwe. Pamiętajmy, że sierotki po Dąbrowszczakach zajmują strategiczne pozycje w „polskiej kulturze”, oświacie i mediach.

Sensacyjnie brzmi zapowiedź na temat reformy KRUS – jak wiadomo, jest ona niemożliwa, dopóty, dopóki koalicjantem PO jest PSL. Objawia nam to nieoczekiwaną polityczną konsekwencję „planu konsolidacji” – będzie nią wyrzucenie z rządu „ludowców” i zastąpienie ich przez SLD; inaczej tego rozumieć nie sposób. Aż dziw bierze, że sprawą nie zainteresowali się jeszcze bohaterscy dziennikarze polityczni „GW” i TVN24, ale widocznie mają jak na razie ważniejsze sprawy na głowie.

Czeka nas jeszcze reforma administracji polegająca na „dyscyplinowaniu działań deregulacyjnych”. Nie do końca wiem, jak to błyskotliwe sformułowanie interpretować, domniemywam, że od teraz administracja samorządowa stanie się już z mocy prawa nieusuwalna, dziedziczna i bezkarna.

Z kolei reforma pomocy społecznej polegać ma na powołaniu do życia 1500 (!) „Węzłów cywilizacyjnych”(?), które mają zdublować gminne i dzielnicowe Ośrodki Pomocy Społecznej. Biorę do ręki kalkulator i mnożę: 1500 x 2 etaty (minimum) x 2,5 tys. zł pensji miesięcznie (minimum) x 12 miesięcy – daje to kwotę co najmniej 180 mln zł na same podstawowe pensje. A działalność? A środki pomocowe do rozdziału? Toć to 2 mld zł jak nic! Miano wprawdzie zlikwidować 100 korupcjogennych agencji rządowych (zżerających 2 – 4 mld zł rocznie), jednak rządowi specjaliści od mnożenia bytów na pewno znajdą rychło sposób, aby przekonać naród, że od teraz będzie dla niego lepiej, gdy stanie się wręcz przeciwnie.

Zarówno wszystkie te „reformy”, jak i inne sukcesy księgowości kreatywnej przedstawiające Polskę jako „zieleniejącą” łączkę na tle czerwonych płomieni kryzysu trawiącego Europę dowodzą, że władza osiągnęła ten poziom zdolności do żonglerki danymi gospodarczymi, który stawia ją w jednym szeregu – ba, może nawet przed nim! – z niezapomnianymi „przodownikami postępu”, głoszącymi onegdaj, żeśmy dziesiątą potegą przemysłową świata.

Pożonglujmy więc i my. Jeżeli przyjmiemy w sprawie kolokwialnie rozumianego rozwoju gospodarczego – poziomu życia – wykres słupkowy o skali od 1 do 100, to Francja, Niemcy, Wielka Brytania z pułapu 100 punktów, spadły podczas kryzysu do powiedzmy 95, a Polska z poziomu 50 punktów wdrapała się heroicznie na poziom jakichś 52 punktów. Łatwo wyobrazić sobie homerycki śmiech telewidzów oglądających Pana Premiera Tuska, który z emfazą przekonuje naród, że udało się nam wdrapać na słupek poziomu 52 punkty, i wyśmiewającego się z Francji i Niemiec, że spadły z 100 do 95 punktów. Ale po to Kancelaria Premiera i sztaby wszystkich ministrów angażują za społeczne pieniądze setki PR-owców, żeby fachowo wmawiali „targetowi”, że pod rządami PO jesteśmy zieloną wyspą Europy, a Premier Tusk to Zbawca Ojczyzny (tytuł „Geniusza Karpat” jest już zajęty). By żyło się lepiej – bez „zbędnych” trosk i związanego z nimi stresu.

Dmuchanie w balon

W całym tym reformatorskim krasomówstwie nie padło ani jedno słowo o DŁUGU PUBLICZNYM. No cóż, w domu skazańca nie mówi się o kacie czekającym za drzwiami.

Istotą wszelkich faktycznych reform gospodarczych i finansowych powinno być zarówno natychmiastowe zahamowanie wzrostu polskiego DŁUGU PUBLICZNEGO (który ponoć powiększa się dziennie o około 200 mln zł), jak i faktyczne, poważne, a nie kosmetyczne reformy, prowadzące do corocznego zmniejszania długu publicznego. Przecież przy tym tempie kredytobrania za miesiąc, dwa, dla utrzymania się przy władzy, kontrolując resorty siłowe, służby specjalne oraz media z TVP włącznie, znajdzie się w obozie rządzącym spec, który wzorem premiera Rakowskiego wpadnie na pomysł dodruku pustego pieniądza. W związku z tym po kilku latach ogołocone społeczeństwo niechybnie po raz drugi zostanie „uratowane” przez ponowne reformy Balcerowicza.

Obecnie finanse Polski, sposób prowadzenia księgowości skarbu państwa, dowolne ustalanie okresów przepływu pieniądza, wycena długów i obligacji podług dogodnego kursu dla wyceniającego, oraz inne stosowane procedury „księgowości kreatywnej” powodują, że choć wartość minimalna (tj. oficjalna) DP za rok 2009 wynosi 670 mld zł, to po podsumowaniu wszystkich zobowiązań skarbu państwa wobec ZUS, odliczeniu długów zrolowanych, odsuniętych płatności, przyjęciu kursów średnich wobec walut wymienialnych i tym podobnych zabiegów „rozjaśniających” i porządkujących finanse Rzeczpospolitej, Dług Publiczny możemy oszacować na około 3000 mld zł. Jest to suma tak astronomiczna i nierealna dla przeciętnego obywatela, że podawanie je w bilionach jako 3 bln zł, czyni ją zupełnie abstrakcyjną i nieodczuwalną psychologicznie.

Nawet kreatywnie liczony polski DP od roku 2000 zwiększa się gwałtownie. W 2002 roku wynosił 352 mld zł, pięć lat później 527 mld, w zeszłym roku było to już 670 mld. W 2010 ma to być ponoć 739 mld zł DP, ale ponieważ będzie działał pretekst nieustających powodzi oraz nadchodzącej suszy, pewnie też wczesnej i ostrej zimy – to możemy się spodziewać spokojnie 800 mld. W 2000 r. – zapłaciliśmy jako społeczeństwo 18 mld zł za obsługę naszego DP, w roku bieżącym ma to być niemal 35 mld – więcej niż koszty trzech tegorocznych powodzi.

Deficyt budżetu państwa wyniósł w 2000 roku 15,4 mld zł, a w 2008 r. – 24,3 mld . Ile wyniesie w roku bieżącym? 52 mld – jak twierdzi rząd? A może 104 mld? Raczej bliżej tego drugiego, biorąc pod uwagę, że pomysłowość jaśnie nam panujących w nadymaniu balonu deficytu jest doprawdy nieograniczona – dowodem czego „idea”, abyśmy partycypowali w pomocy finansowej dla przysłowiowej już Grecji. Hojność ministra Rostowskiego jest zaiste imponująca, zważywszy, że emerytura Greka po ostatniej „drastycznej” obniżce, będzie i tak przeszło cztery razy wyższa niż przeciętna emerytura Polaka...

Patrzeć władzy na liczydła

Głównym celem publicystyki tyczącej DP powinno być szerokie nagłośnienie jego wysokości oraz prezentacja pomysłów na zatrzymanie jego wzrostu i stopniowe obniżanie wysokości naszego DP. Ważnym też jest patrzenie „na liczydła” resortu finansów. Właśnie w tych dniach jednen z dziewięciu (!) wiceministrów resortu zaczął lansować tezę, by do dochodów skarbu państwa zaliczyć niemierzalne dochody z szarej strefy produkcji! Oszacował je nawet na 20 proc. całego budżetu państwa. Wiemy już, jakim tropem pójdzie księgowość kreatywna ustalająca wysokość budżetu i deficytu skarbu państwa! Za chwilę zostaną oficjalnie wykreowane „dochody trudno mierzalne” – z czarnej strefy usług (rynek narkotykowy, prostytucja, paserstwo – bo to przecież też może być wartość dodana), dochody spakowane, dochody ekologiczne w tym wartość energii słonecznej i tym podobne wynalazki. Inny wiceminister finansów zażądał, by UE inaczej liczyła nasz dług publiczny, by odjąć tzw. „koszty reform emerytalnych”, wówczas dług będzie pewnie można pomniejszyć o jakieś 40 proc. (?!). A gdyby tak zażądać od EU zwrotu sum pożyczonych w Bayonne od Polski przez Napoleona (z odsetkami wynosi to jakieś 60 mld USD – suma warta zachodu)? Można też pójść dalej i zacząć się procesować z Włochami o kwoty neapolitańskie zabrane ze skarbu państwa przez królową Bonę, o której mówi się w sejmie, że podobno nie żyje. Pole do popisów jest spore.

Obserwując te wygibasy, Pan Dług Publiczny z pewnością nie posiada się z radości.

Remigiusz Włast-Matuszak (ur. 1948), poeta, publicysta. Liceum T.Czackiego kończył już w Warszawie. Studia na Wydziale Filozofii, zmienionym w 1968 roku na Wydział Nauk Społecznych. Od 1976 roku niezależny publicysta: „Ekran”, „Za i Przeciw”, „Res Publica”, „Fronda” (do rozłamu), „Akant”. Portale: prawica.net, yeppy.pl (upadł). Między 1989-1992 był prywatnym wydawcą: m.in. dwa tomy głośnej antologii „Po Wojaczku”. Poetycko debiutował w „Odrze” w 1982 roku, w 1997 roku opublikował tom wierszy „Dokumenty bez następstw prawnych”, w 2003 – „Przywilej”, w 2009 – „Znaki”. Miłośnik ogrodnictwa i prasoznawstwa.

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close