Państwo po katastrofie

Państwo po katastrofie

Tomasz P. Terlikowski

To była ostatnia taka szansa – po pontyfikacie Jana Pawła II, zabójstwie ks. Popiełuszki, doświadczeniu wolności i 2 kwietnia 2005 roku. Jeśli teraz nie podejmiemy wyzwania, jeśli nie zaangażujemy się całkowicie, to kolejnej szansy już nie będzie. I Polska opadnie powoli na dno.

________________________________________________________________________________________

To banał, ale trzeba powiedzieć jasno, że po katastrofie w Smoleńsku nic już w Polsce nie będzie takie samo. A refleksji tej w niczym nie zmienia fakt, że nikt nie jest w stanie przewiedzieć, w jakim kierunku pójdą zmiany zapoczątkowane przez dramat z 10 kwietnia 2010 roku. Mogą być one początkiem budowania nowej Polski, którą określić można by – gdyby nie medialne wyświechtanie tego terminu – IV Rzeczpospolitą, ale równie dobrze może się okazać, że był to koniec Polski prawej i początek błyskawicznego i ostatecznego (na kilka pokoleń) spadku znaczenia Rzeczpospolitej Polskiej na arenie międzynarodowej i jej ostatecznego uzależnienia od sąsiadów.

Jedno jest jednak pewne, niezależnie od tego, co się zdarzy później, Smoleńsk wywrócił polską politykę do góry nogami. I to na każdym możliwym poziomie. Władza przeszła (i to niezależnie od tego, jakie decyzje będą podejmowali Donald Tusk i Bronisław Komorowski) w ręce jednego środowiska politycznego. Wszystkie niezależne od Platformy Obywatelskiej instytucje dostały się w jej ręce. Rzecznika Praw Obywatelskich, szefa Instytutu Pamięci Narodowej, szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego mianować będzie koalicja rządząca, z PO w roli głównej. I choć Tusk niewątpliwie ma świadomość (której w pierwszych dniach po katastrofie nie było widać u Komorowskiego), że przesadna łapczywość może tylko zaszkodzić długofalowym interesom jego partii, to – posługując się PR i roztropnie dobierając współpracowników – szef najsilniejszej dziś partii może wziąć wszystko.

A raczej prawie wszystko. Prezydentura może bowiem przejść Platformie Obywatelskiej koło nosa. Pewna niemal wygrana kandydata tej partii w wyborach (dziennikarze wprost mówili już o prawyborach w PO jako o realnym wyborze nowego prezydenta), stoi pod sporym znakiem zapytania. Zbiorowe emocje, przeliczenie się i zobaczenie zwolenników silnej Rzeczpospolitej na Krakowskim Przedmieściu (a nie tylko w Internecie, jak to miało miejsce w przypadku przeciwników pochówku prezydenta na Wawelu), ale także uświadomienie sobie, jak pełne kłamstwa i hipokryzji były (i w znacznej mierze są) media – może pozbawić Bronisława Komorowskiego pewnego – do niedawna – zwycięstwa. A jeśli do tego dodać jego własne błędy, przesadną, aż miejscami niesmaczną pazerność na władzę – to proces spadku poparcia dla kandydata PO może nabrać tempa. Niektórzy politycy (szczególnie ci inteligentniejsi) Platformy mają tego świadomość, czego najlepszym dowodem jest propozycja Jarosława Gowina, by wystawić ponadpolityczną kandydaturę „pojednania narodowego”.

Czy tak się stanie, w dużej mierze zależy od Jarosława Kaczyńskiego, od tego, czy uda mu się podnieść po straszliwych ciosach, które na niego spadły. Nie mniejsze znaczenie będzie miała także postawa Prawa i Sprawiedliwości oraz drobnych partii prawicowych (Polski Plus i Prawicy Rzeczpospolitej). Teraz nadszedł dla nich czas, by powrócić do jedności, by przemyśleć na nowo program i budować razem stronnictwo Rzeczpospolitej, które będzie w stanie udźwignąć ogrom odpowiedzialności, jaki spada obecnie na polityków i zwyczajnych Polaków. Wygrana w wyborach prezydenckich to pierwszy krok, ale później są kolejne wybory: samorządowe i parlamentarne. One mogą zmienić całkowicie obraz polskiej sceny politycznej i medialnej.

Aby stało się to możliwe, nie można dać się uwieść pozorom „narodowego pojednania”. Polityka musi być nadal prowadzona. Trzeba stawiać poważne pytania (także te dotyczące przyczyn katastrofy, ewentualnie uczestnictwa w niej osób czy państw trzecich): o skutki międzynarodowe, o to, czy pojednanie z Rosją (nie z Rosjanami, bo oni akurat zdali egzamin na 5) jest rzeczywiście możliwe, bez zmiany całej strategii i modelu funkcjonowania tego państwa, bo łzy Putina i modlitwa Miedwiediewa w niczym nie zmieniają faktu, że obaj panowie stoją na czele globalnego imperium, którego interesy są sprzeczne z interesami Polski, z dążeniem do pełnej suwerenności Gruzji czy Ukrainy, a także z najgłębszymi interesami Rosjan. Nie sposób będzie też nie podejmować walki o silne miejsce Polski w strukturach unijnych, które było tak bliskie prezydentowi. Trzeba będzie pytać o Polskę solidarną, ale również o politykę historyczną. A to wszystko będzie tym trudniejsze, że już teraz rozpoczął się proces okrajania wizerunku Lecha Kaczyńskiego ze wszystkiego, co niewygodne dla salonu i przygotowywania jego obrazu dla „michnikowszczyzny”. Stopniowo na przykład wyrzuca się z medialnych narracji o prezydencie wszystkie bieżące odniesienia polityczne (pozostawiając je bratu), a zastępuje się je laurkami o tym, że Lech Kaczyński lubił zwierzęta.

Nie sposób nie postawić też pytania o media. Czy rzeczywiście odrobią one lekcje katastrofy w Smoleńsku, czy porzucą rolę partyjnych bojówek, których celem jest niszczenie (także osobiste) jednych, a wynoszenie do władzy innych (okładka „Tusku musisz” z „Polityki” jest najlepszym dowodem takiego zaangażowania)? Nie jestem na tyle naiwny, by w to uwierzyć. I dlatego mam świadomość, że konieczne jest nie tylko odwojowanie części mediów (elektronicznych), ale również utworzenie własnych. Bez tego politycy stronnictwa Rzeczpospolitej zawsze będą skazani na wrogość większości mediów, które od czasu do czasu rzucą im ochłap zainteresowania. Teraz, gdy kłamstwa i manipulacje mediów widać jak na dłoni, jest czas, by podjąć to wyzwanie.

Działalność ta nie ma jednak nic wspólnego z bieżącą partyjną polityką. O wiele istotniejsze będzie odbudowywanie wspólnoty, docieranie do potencjału, który tkwi w ludziach, którzy stali wiele godzin na Krakowskim Przedmieściu, czy zapełnili krakowski Rynek. Oni są siłą, pozostałe rzeczy to tylko narzędzia, by ową siłę, której obawia się salon, wykorzystać, zmobilizować, nie zmarnować.

Bieżące rozważania nie powinny jednak przesłaniać faktu, że wydarzenia w Smoleńsku miały przede wszystkim ogromny potencjał symboliczny. Miejsce (Katyń), czas świecki (70. rocznica mordu), czas liturgiczny (wigilia Niedzieli Bożego Miłosierdzia), skład delegacji (była to w istocie Polska w miniaturze) – to wszystko wymusza stawianie pytań religijnych: o co w tym wszystkim chodzi? Jaki jest sens tego cierpienia? Czy Bóg chciał nam, dopuszczając takie wydarzenie, coś powiedzieć? Jak powinniśmy na nie odpowiedzieć? Odpowiedzi powinny skłaniać do zaangażowania na rzecz Rzeczpospolitej Polskiej, ale i Europy. Zaangażowania, które jak wierzę, będzie miało „umocowanie” nie tylko doczesne, ale i religijne. Taka perspektywa sprawia jednak, że uświadamiamy sobie ogrom odpowiedzialności, jaka spoczywa na tych, którzy zostali. To była ostatnia taka szansa – po pontyfikacie Jana Pawła II, zabójstwie ks. Popiełuszki, doświadczeniu wolności i 2 kwietnia 2005 roku. Jeśli teraz nie podejmiemy wyzwania, jeśli nie zaangażujemy się całkowicie, to kolejnej szansy już nie będzie. I Polska opadnie powoli na dno, stając się miejscem zamieszkanym przez tubylców, a nie świadomych swojej wartości i godności, dumnych ze swojej tożsamości Polaków. Wierzę, że jesteśmy w stanie sprostać temu zadaniu. Dla nas, dla naszych dzieci, ale też dla tych, którzy odeszli, niosąc taką nadzieję.

Tomasz P. Terlikowski (ur. 1974), doktor filozofii, publicysta, tłumacz. Autor wielu książek, wykładowca w Wyższej Szkole Informatyki, Zarządzania i Administracji w Warszawie. Dyrektor programowy wydawnictwa Fronda.

Artykuł z „Rzeczy Wspólnych” nr 1/2010

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close