Nadlogika i nowe szlachectwo

Nadlogika i nowe szlachectwo

Marek Wróbel

Zgodnie z nad-logiką, jeśli Marek Jurek kiedyś mówił publicznie, że potrafi przylać swemu dziecku, a taki pogląd jest niedopuszczalny, to podążając dalej, dojdziemy rychło do wniosku, że nie tylko sam Marek Jurek jest równie niedopuszczalny, ale nawet nazwy „Marek” i „Jurek”. A skoro „Jurek”, to i „Jerzy”, w tym Hausner.

________________________________________________________________________________________

Logika, elastyczność i jasność umysłu to podstawa, jeśli chcemy poważnie mówić o społeczeństwie prawdziwie obywatelskim, to jest rozumnym. Jednakże zwykła, prostacka logika w dzisiejszym skomplikowanym świecie nie zawsze wystarcza – potrzeba tedy nad-logiki, by go wyjaśnić i opisać. A także wywieść argumenty na poparcie najrozmaitszych, aktualnie słusznych tez.

Kto popiera Hitlera

Na przykład, że krytyka Adolfa Hitlera jest jego popieraniem. Oto pan Tomasz Frydryk – programista, i to jeszcze z Wielkopolski, a więc człowiek dubeltowo rozumny i logiczny – powiadomił prokuraturę o możliwym popełnieniu przestępstwa przez Fundację Pro, polegającym na propagowaniu ustroju nazistowskiego. Fundacja wywiesiła bowiem przy poznańskim rondzie Śródka ogromny billboard pokazujący pioniera legalnej aborcji na ziemiach polskich, to jest właśnie Hitlera, w zestawieniu z obrazem owocu przerwania ciąży, czyli zakrwawionym ciałkami nienarodzonych dzieci.

Konstrukcja zarzutu jest następująca: skoro na billboardzie umieszczono ogromny portret Führera, to jest to propagowanie jego osoby i poglądów. Kontekst, tu akurat krytyczny wobec idola nazistów, jest w opinii skarżącego nieistotny.

Przedni to koncept – gdyby sąd stworzył precedens, dałoby się za jego pomocą pognębić wszystkich antyfaszystów (wszakże w samej nazwie noszą faszyzm, zakazany przecież), na przykład z ulubionego przez Oświeconych stowarzyszenia Nigdy Więcej. Kibole, w tym poznańscy, odetchnęliby, ponieważ dałoby się zakazać kampanii społecznej „Wykopmy rasizm ze stadionów”, współorganizowanej nota bene przez wyżej wspomniane stowarzyszenie. Rasizm jest przecież także zły i zakazany. Co więcej, kibole mogliby wreszcie umieszczać na transparentach meta-faszystowskie symbole, zakazywane wskutek wykopywania rasizmu ze stadionów, w tym tak obrzydliwe („budzące w nas strach”), jak rodło, łudząco podobne do swastyki czy kotwicę Polski Walczącej.

Jak wiemy, Polska Walcząca bynajmniej nie walczyła o takie wartości, jak tolerancja dla kochających inaczej (NA RAZIE jeszcze wiadomo, o kogo chodzi – ciekawe, jak długo?), a o matce Gai chyba nie myślała w trakcie swej kilkunastoletniej epopei ani przez chwilkę. Na dodatek prezentowała postawę antagonistyczną wobec antyfaszystowskiej. Z kolei rodło, tak podobne do złamanego krzyża, w latach 30. i 40. zostało przez zwolenników tego ostatniego usunięte z, jak to mawiają antyfaszyści, „dyskursów publicznych”.

Dyskurs właściwy

Hm… Czy nie brniemy tutaj w ślepą uliczkę? Skoro użycie antyfaszystowskiego precedensu pana Frydryka skutkowałoby dopuszczeniem anty-antyfaszystowskiej kotwicy czy antyfaszystowskiego, a zarazem prawie-faszystowksiego rodła, to gdzie tu sens, gdzie logika?

Otóż jest! Może nie tyle logika w trywialnym, przestarzałym znaczeniu, ile raczej niezwykły potencjał drzemiący w rozwiązaniu proponowanym przez wielkopolskiego programistę, we wprawnych (i właściwych) rękach potrafiący zdziałać cuda. Oczywiście dla budowania społeczeństwa obywatelskiego i ratowania matki Ziemi. No i przeciwstawienia się nienawiści.

Jeśli trzecia i czwarta władza pozostaną w tych rękach, co potrzeba (to jest właściwych i oświeconych), a co do tego nie ma przecież wątpliwości, będzie można za pomocą omawianego narzędzia eliminować niewłaściwie „dyskursy” na skalę i ze skutecznością dotąd nieznaną. Na przykład będzie się dało zarazem zakazać i afirmować znak Polski Walczącej (PZPN ma już pierwsze doświadczenia). Będzie się dało także nie tylko zakazać propagowania narodowego socjalizmu, ale również zakazać używania jego symboliki, a także symboliki pokrewnej, w dowolnym kontekście. Nasze sądy udowodniły wszak, że elastyczność intelektualna jest im nieobca (vide wyrok w sprawie mowy nienawiści użytej rzekomo przez „Gościa Niedzielnego” wobec bezkompromisowej obrończyni praw człowieka, zwanej w Internecie A1000).

Zabójcy, pedały i Szwedzi

Da się więc orzec, że wolno nazwać coś zabójstwem, ale dokonującego tego czynu nie wolno nazwać zabójcą. Da się i orzec, że nie wolno kogoś nazwać pedałem, choć ten pedałem bezsprzecznie jest. Na marginesie: „pedał” to potoczne określenie homoseksualisty, używane zresztą przez samych przedstawicieli tzw. branży. Jeśli użycie wobec kogoś potocznego określenia jest niedopuszczalne, warto się zastanowić nad karaniem za nazwanie alternatora prądnicą, śruby – wichajstrem, a restauracji McDonald’s – maczkiem. Hm, warte rozważenia.

Wróćmy jednak do wątku. Uznanie w powszechnym dyskursie (i najlepiej orzecznictwie), że pokazanie czy użycie nazwy czegoś jest tego propagowaniem, ma przed sobą świetlaną przyszłość. Dajmy na to, jeśli Marek Jurek kiedyś mówił publicznie, że potrafi przylać swemu dziecku, a taki pogląd – nie mówiąc o praktycznym jego zastosowaniu – jest niedopuszczalny, to podążając dalej, dojdziemy rychło do wniosku, że nie tylko sam Marek Jurek jest równie niedopuszczalny, ale nawet nazwy „Marek” i „Jurek”. A skoro „Jurek”, to i „Jerzy”, w tym Hausner.

Inny przykład: skoro Hitler był niedobry, to wszystko, co robił było niedobre. A więc kampania antynikotynowa także. I polityka rolna, łudząco podobna do dzisiejszej, unijnej. Natomiast narody w zdroworozsądkowym myśleniu uprzedziły zarówno dyskursy, jak i orzecznictwo, i na ogół nie nadają chłopcom urodzonym po 1939 roku imienia Adolf. Może z wyjątkiem rodziców znanego aktora Dolpha Lundgrena. Ale przecież wszyscy wiemy, w jak brutalne postaci zwykł się on wcielać, więc jakieś uzasadnienie da się tutaj znaleźć. Poza tym pan Lundgren jest Szwedem, co z definicji czyni go słusznym, otwartym i obywatelskim, więc wolno mu więcej.

Co wolno wojewodzie…

Nad-logika jest znakomitym wynalazkiem o wielu zastosowaniach. Nie tylko pozwala zakazywać krytykowania zakazanego, albo jednocześnie afirmować i postponować. Potrafi znacznie więcej. Na przykład uzasadnić, czemu czyn czy opinia niedopuszczalna jest dopuszczalna czy wręcz chwalebna, jeśli pochodzi od osoby Wybitnej. Taki na przykład Roman Polański nakręcił wiele dobrych filmów, więc – rozumując nadlogicznie – analny seks z 13-latką może być. Wprawdzie nie jest to wzór do naśladowania, ale przecież nie dlatego, że nie należy seksu z 13-latkami uprawiać, ale dlatego, że potencjalny naśladowca nie jest Romanem Polańskim! W końcu, jak powiedział znakomity muzyk Maciej Maleńczuk, „artyście wolno więcej”. Miał wprawdzie na myśli osobliwe gusta senatora Piesiewicza (jak już wiemy, nie dotyczy go zakaz posiadania narkotyków, natomiast przebieranie się w damskie ciuszki nie jest zakazane, a można dodać, że w niektórych elitarnych kręgach Warszawy, nie mówiąc już o bardziej oświeconych metropoliach, wręcz bliskie nakazu), ale sądzimy, że wzmiankowana zasada rozciąga się i na inne wyróżniające się jednostki.

Sukienka senatora była zabawna, ale czasem Wybitni korzystają z immunitetu w poważniejszych kwestiach, na przykład zabicia trzech dresiarzy w małym fiacie, by przywołać znaną sprawę sprzed lat kilku. Wymusili pierwszeństwo, to niech mają. Wprawdzie ponoć kierowca jechał z prędkością 180 km/h i był po drinku, ale każdą sprawę trzeba przemyśleć i kłaść na dwie szale. A na drugiej szali leży ciężar Wybitności, jaka niewątpliwie charakteryzuje prezesa wielkiej instytucji finansowej. Oczywiście, może to być Wybitność, ale – na przykład – przeżycie holokaustu też doskonale się nadaje.

W zabawnym filmie „Rocky i Łoś Superktoś” omawiana zasada została lapidarnie sformułowana i umieszczona w kodeksie karnym. W jednej ze scen sędzia odczytuje artykuł kodeksu: „Celebrities stand above the law” („Celebryci stoją ponad prawem”). Pozostaje mieć nadzieję, że marzenia twórców spełnią się, a norma, która na razie ma charakter prawa zwyczajowego i znajduje zastosowanie w orzecznictwie tylko niekiedy, zostanie nareszcie ulokowana w księgach.

Czasami zasługa jednostki wybitnej jest tak wielka, że po jej skompromitowaniu nad-logika pozwala zmienić kryteria kompromitacji. Tak dzieje się w przypadku „dziennikarza stulecia”, „papieża reportażu” Ryszarda Kapuścińskiego. Jeden z jego uczniów i wielbicieli napisał w swojej książce, że ten wybitny reportażysta kapował bezpiece, czynnie pomagał „radzieckim doradcom”, a poza tym zmyślał w korespondencjach i książkach.

Należy podkreślić, że książki Kapuścińskiego to reportaże, a nie beletrystyka, więc zmyślać nie wolno. Przynajmniej było tak do niedawna. Dopiero ostatnio się zmieniło. Otóż, jeśli reportaż jest naprawdę, naprawdę, ale to naprawdę wybitny, zmyślać wolno. Zmianę dotychczasowych zasad potwierdzają ikony polskiego dziennikarstwa. Co zresztą stawia w głupiej sytuacji Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, którego ostatnia Hiena (czyli antynagroda branżowa) została przyznana właśnie za skonfabulowany wywiad. No, ale ten wywiad nie był tak naprawdę, naprawdę wybitny, tylko całkiem zwykły.

Rehabilitacja idealistów

Zmiana zasad odbyła się na zasadzie nad-logicznej. Oczywiście, dla pół- i ćwierćinteligentów są zwykłe argumenty i obelgi (w rodzaju „nie wiecie smarkacze, jak było w PRL”, „jeśli się chciało coś zrobić, trzeba było współpracować” albo „donosiłem nie szkodziłem”), ale Wybitni między sobą muszą rozmawiać inaczej. Akurat dzieje się to na naszych oczach. Czytamy więc i słyszymy: „Kapuściński mógł mieć ładniejszy życiorys, ale wtedy nie mielibyśmy jego książek, a jest to najbardziej znany, po Lemie, polski autor” (podobnie zresztą reklamował się filmowy gejowski reporter Bruno – jako najbardziej znany Austriak od czasów Adolfa Hitlera) albo „teraz musimy czytać dzieła pana Ryszarda inaczej”. Uproszczoną wersją tego ostatniego, zdatną zarówno dla ćwierć-, pół-, jak i całych inteligentów jest spiżowe zawołanie „to przecież nie dziennikarstwo, to wielka literatura!”. No i załatwione – przecież pisarz ma prawo interpretować świat.

Nie od rzeczy jest też pokazać, że wybitna jednostka robiła coś zgodnie ze swoimi przekonaniami. Na przykład taki „pan Ryszard” wydatnie wsparł lewicowego polityka Mengistu Hajle Mariama i legitymizował na Zachodzie jego odważne kampanie społeczne, a uczynił to za pomocą reportażu „Cesarz”. Pardon, powieści „Cesarz”. Niestety, wyszło na jaw, że projekty ambitnego przywódcy kosztowały przynajmniej półtora miliona istnień i straszliwą nędzę starożytnego narodu. Wobec tego należało użyć nad-logicznego argumentu, że Kapuściński działał zgodnie ze swoimi przekonaniami (bo przeżył co najmniej wojnę, a może i holokaust) – ergo jest w porządku. Pytanie, czy taką sama miarę możemy przyłożyć do Ilii Erenburga (bo do naszej Noblistki na pewno) czy zgoła doktora Goebbelsa, filozofa i prekursora nowoczesnego PR politycznego albo Reinharda Heydricha, zdolnego organizatora? Nie ma żadnej wątpliwości, że wszyscy oni wierzyli w swe ideały. Dwaj ostatni oddali nawet za nie swe życie, a Goebbels dodatkowo życie żony i dzieci. Czy możliwe jest większe poświęcenie dla sprawy budowy nowego społeczeństwa? Czas na rehabilitację…

Republikanie powinni być z takiego obrotu spraw zadowoleni. W końcu, czyż nie widzimy tu kontynuacji austriackiego ustroju kurialnego (tu słychać westchnienia: „czy menel spod budki z piwem ma mieć takie same prawa jak profesor uniwersytetu?” – chciałoby się skomentować: „zależy, profesor od czego”) albo średniowiecznej instytucji współprzysiężników, gdzie przed sądem głos jednego szlachcica był równoważny trzem mieszczańskim czy sześciu chłopskim? Różnica jest jedna: o ile drzewiej noblesse nie tylko uprawniała, ale też zobowiązywała, teraz już tylko uprawnia. A że czasy się zmieniają, nie warto się kłopotać takimi drobiazgami. Dawne rycerskie zasługi zastąpmy innymi, bardziej odpowiednimi. A Michael Jackson rychło uzyska miano obrońcy wiary.

Marek Wróbel (ur. 1969), zajmuje się komunikowaniem społecznym. Pracował w kilku redakcjach, a od 15 lat para się public relations. Prowadzi jedną z warszawskich agencji PR, branżową fundację internetPR.pl, wykłada na uczelniach, a także trochę politykuje. Był nawet szefem gabinetu politycznego ministra gospodarki. Wiceprezes Fundacji Republikańskiej. Ma wiele zmiennych hobbies oraz niezmienną żonę i synów.

Artykuł z „Rzeczy Wspólnych” nr 1/2010

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close