Na progu republikańskiego odrodzenia

Na progu republikańskiego odrodzenia

Bartłomiej Radziejewski

Smoleńsk przypomniał Polakom, że mają duszę. I to nie byle jaką, bo tradycyjnie polską. Republikańską i romantyczną, szlachetną. Ten fakt ma kapitalne znaczenie historyczne, bo ostatnie siedemdziesiąt lat to dzieje duszy tej okaleczania i zapominania. Przed 10 kwietnia 2010 roku Polak był duchowym kastratem. W tym tragicznym dniu, i podczas całej narodowej żałoby, na chwilę odzyskał pełnię sił. Czy trwale?

________________________________________________________________________________________

Gdy niecały rok temu przewidywałem republikańskie odrodzenie nad Wisłą, zakładałem, że może ono nastąpić najwcześniej za kilkanaście lat ((Tezę taką postawiłem w eseju Sarmacja – niedokończona przygoda. O potrzebie republikańskiej rekonstytucji polskości.)). Bo młyny mielące iluzje nowoczesności mielą powoli. Instytucjonalne zaplecze dla zakrojonej na wielką skalę pracy organicznej nad duszami Polaków musi dopiero powstać, a przywracanie zrozumienia dla potrzeby pracy nad sobą i współobywatelami to w dzisiejszych czasach syzyfowe wyzwanie. W końcu – jak dowodził Ortega y Gassett – współczesny człowiek traktuje zdobycze cywilizacji jak powietrze, nie zdając sobie sprawy, że aby z bankomatu sypały się pieniądze a po ekranach skakały kolorowe obrazki, całe pokolenia ludzi wybitnych musiały dokonywać heroicznych wysiłków zbudowania tego fundamentu każdej wspólnoty, jakim jest ład moralny. Im doskonalszy i trwalszy ów porządek, tym wyżej rozwinięta kultura, a więc także nauka, technika i gospodarka. A bez dbałości o ów fundament, cała efektowna budowla musi zacząć się sypać. Nie ma modernizacji bez moralności ((Na rozkwit i upadek każdego wielkiego narodu można spojrzeć przez pryzmat moralności. I Grecy, i Rzymianie, i Polacy, zanim dochodzili do potęgi gospodarczej i politycznej, osiągali niezrównany poziom moralny. Gdy go tracili – zaczynał się wewnętrzny rozkład, którego odległym skutkiem był upadek gospodarczy i polityczny.)).

Uświadomienie tego współczesnemu człowiekowi nie jest łatwe. Przebudzenie z typowego dla nowoczesności letargu, ze złudnego przeświadczenia, że niczego nie trzeba od siebie wymagać, bo i tak będzie się żyło coraz lepiej, może nastąpić tylko pod wpływem traumy; dopiero gdy nowoczesność, zamiast obiecanego szczęścia, przynosi cierpienie, człowiek masowy skłonny jest wejrzeć w siebie i ewentualnie odkryć na nowo zapomniane wartości. I taką właśnie ozdrowieńczą traumą dla Polaków okazał się Smoleńsk. W samym środku posthistorycznej drzemki, złudzenia o końcu wielkich sporów, wycofania do sfery prywatnej i wiary w zależność szczęścia od dobrobytu, spadło na ich głowy wydarzenie, którego nie da się zrozumieć bez republikańskiej rekonstrukcji myślenia. I którego tragizmu nie da się przezwyciężyć bez republikańskiej przemiany działania. Bo rozbicie się prezydenckiego samolotu z polską elitą na pokładzie w miejscu ludobójstwa katyńskiego i to w jego 70. rocznicę, w pięciolecie śmierci Jana Pawła II i w wigilię święta Miłosierdzia Bożego jest zwyczajnie nie do pogodzenia z przekonaniem o końcu historii, tym świeckim dogmatem polskiej transformacji ((W koniec historii wierzono nad Wisłą dużo bardziej niż na Zachodzie. Za Odrą, od Niemiec po Australię, ta koncepcja była szeroko krytykowana od chwili, gdy powstała, a zwłaszcza od momentu, w którym Francis Fukuyama ogłosił jej wysokonakładową, kawiarnianą wersję. W polskim głównym nurcie intelektualnym taka refleksja była rzadkością, czy ze względu na marną jego jakość, czy też z powodu typowo neofickiej nadgorliwości dla nowej wiary, czy z obu tych przyczyn. Na temat utrzymywania się tego dawno obalonego na Zachodzie mitu w postrzeganiu stosunków międzynarodowych zob. esej Agnieszki Nogal w tym tomie.)). Wobec katastrofy narodowej wiedza o rynkach finansowych i prawie podatkowym jest bezużyteczna, podobnie jak nawyki konsumenta i telewidza.

Smoleńsk w jednej chwili zmienił owych konsumentów i telewidzów w obywateli w republikańskim tego słowa znaczeniu. Wylegając milionami na ulice swoich miast, Polacy zawiązali żałobną konfederację, a pędząc tłumnie do kościołów, stali jeszcze bardziej niż dotychczas narodem przykościelnym, by posłużyć się określeniem Ryszarda Legutki. W sytuacji granicznej, wobec śmierci i tragedii, wspólnota i wiara okazują się być wciąż pierwszymi azylami. Gdy tylko zatrzymała się karuzela konsumpcji i rozrywki, zobaczyliśmy, mówiąc Mickiewiczem, dawnych Polaków. Po kilkudziesięcioletnim śnie przebudziła się polska dusza. Aby zrozumieć znaczenie tego faktu, zastanówmy się nad naturą tej duszy.

Dzieje duszy polskiej

Starożytni Grecy uważali, że człowiek jest „zwierzęciem politycznym”, że w jego naturze leży przynależność do społeczeństwa i uczestnictwo we wspólnocie politycznej. Tych, którzy się z tej zasady wyłamywali, nazywali „idiotami”; według Arystotelesa osobnik taki mógł być tylko zwierzęciem lub bogiem. Ta wczesnorepublikańska koncepcja zakładała także istnienie pewnego określonego porządku ludzkiej duszy, który – uważano – da się obiektywnie określić za pomocą filozofii. Otóż dusza składa się z trzech części: rozumnej, dzielnej i pożądliwej. Wszystkie są ważne i potrzebne, ale tak jak dusza rządzi ciałem, tak wewnątrz duszy rozum ma władać dzielnością (pragnieniem chwały) i żądzami. Inaczej człowiek się upadla i upodabnia do zwierzęcia lub w najlepszym razie – do dzikusa. Pokusa degeneracji zawsze istnieje, należy się zatem przed nią bronić, z jednej strony poprzez trwającą całe życie moralną samodyscyplinę, z drugiej zaś poddając się długotrwałemu procesowi wychowania i rygorom społecznych norm. Tylko wtedy człowiek może być szczęśliwy.

Dawna polskość ukształtowała się w najgłębszym podziwie dla tej tradycji. Wraz z rozkwitem staropolskiego republikanizmu, słowiańska dobroduszność splotła się z grecko-rzymskim umiłowaniem rozumu i cnoty, chrześcijańską moralnością i humanistycznym indywidualizmem, tworząc unikalną i niezwykle mocną tożsamość. Uformowała się dusza polska, o trzech cechach, które na wiele wieków miały odróżniać Polaków od przedstawicieli innych narodów: uwielbieniu dla wolności, nakazowi dzielności i przekonaniu o bliskości Boga. Pierwsze dwie cechy to strony tego samego medalu polskiego wyobrażenia o obywatelskiej doskonałości. Z przekonaniem o najwyższej wartości wolności szło bowiem w parze przeświadczenie, że musi jej towarzyszyć dzielność – połączenie cnoty, honoru i dumy; bez których (a zwłaszcza bez cnoty) wolność staje się – jak mówił Skarga – filiorum Belial, anarchiczną swawolą, dobrze znaną z późnych czasów sarmackich. Tak więc dzielność miała z jednej strony ograniczać wolność, z drugiej zaś – dawać jej możliwość urzeczywistnienia się w działaniu, w pięknych i dobrych czynach ku chwale Rzeczypospolitej. A wszystko w najgłębszym przekonaniu o bliskiej obecności Boga. W dawnej Polsce prawo boskie stało ponad naturalnym, tak jak to drugie górowało nad konstytucjami. Wolność polityczną rozumiano jako pochodną chrześcijańskiej wolności woli, a w elekcjach i sejmach dostrzegano obecność bożą. Sacrum i profanum zlewały się w jedność pod postacią republikańskiej polityki, uważanej – jak w Grecji – za najwyższą formę ludzkiej aktywności. W jej uprawianiu widziano natomiast najlepszy sposób na szczęśliwe życie. Apolityczny mógł być tylko idiota.

Ta duchowa konstrukcja okazała się niezwykle mocna. Powstawszy w „złotym wieku”, przetrwała aż do drugiej wojny światowej ((Jak słusznie zauważył Legutko, po fizycznej likwidacji ogromnej części polskich elit przez nazistów i komunistów, i późniejszego mordowania, wywłaszczania i korumpowania tych, którzy przetrwali przez PRL, powstał nowy naród. Już nie polski w dotychczasowym sensie, lecz „naród peerelowski”.)). Wszystkie metamorfozy, jakie polskość przechodziła w tym trwającym przeszło pięćset lat „międzyczasie”, były w istocie zaledwie jej korektami. Najważniejsza z nich – romantyczna, wyniosła do roli czynnika kierującego polską duszą namiętność i uczucie, spychając rozum na dalszy plan. Ale ów furor miał być wciąż podporządkowany wolności, dzielności i wierze rozumianym politycznie – Mickiewiczowski Konrad po upadku jako człowiek prywatny odradza się przecież jako personifikujący cały naród „Milijon”, heros walki o wolność ojczyzny, a więc – Polak publiczny. Sam autor „Dziadów” głosił ideę „nowego chrześcijaństwa” – wielkiego odrodzenia moralnego ludzi i narodów i wyzwolenia spod utożsamianej ze Złym tyranii. Ta rewolucja miała się dokonać choćby wbrew Kościołowi, a na pewno – pod przewodnictwem Polski.

Romantyzm, mimo kilkupokoleniowych, usilnych prób dekonstrukcji, na trwałe wpisał się w polską duszę. Nawet pragmatyczny Piłsudski zaczytywał się w „Królu-Duchu”, a romantycznego paradygmatu nie uśmierciła ani hekatomba powstania warszawskiego, ani wytępienie ukrywających się w lasach resztek Armii Krajowej przez komunistów. W latach 80. nawet postmarksistowscy przywódcy „Solidarności”, Michnik i Kuroń, przedstawiali się jako romantyczni moraliści i mesjaniści ((Pisał Michnik: „Zrozumiałem, co znaczy tak często powtarzana fraza z Dziejów Apostolskich, że Boga trzeba bardziej słuchać niż ludzi […] Odkryłem religię jako niesamowite źródło siły duchowej w spotkaniu z totalitarną agresją”. Podobnie Kuroń: „uważam, że obowiązkiem wyznawcy (a ja powiem uczciwie: jestem wyznawcą Ewangelii), jest naśladować. Podejmować stale wysiłek, żeby naśladować, aż po śmierć męczeńską”.  Cytuję za esejem Michała Łuczewskiego Do diabła z mesjaszem. Teologia polityczna polskiej transformacji.)).

Zerwana ciągłość?

Niezwykłe szyderstwo historii tkwi w fakcie, że najbliżej zerwania owej ciągłości znalazła się III RP. Solidarnościowa lewica laicka, gdy tylko objęła „rząd dusz”, wypowiedziała symboliczną wojnę polskiej tradycji republikańsko-romantycznej. Oto po likwidacji polskich patriotów najpierw przez nazistów, a później przez sowietów, po odcięciu od Polski Wilna i Lwowa, po zburzeniu Warszawy, i półwiecznym wynaradawianiu przez komunistów nowa elita ogłosiła, że dawnej tożsamości narodowej nie tylko nie należy odbudowywać, ale trzeba jej „demona” za wszelką cenę powstrzymać, gdyby sam zechciał podnieść swój łeb. Cnoty, dzięki którym liderzy „Solidarności” sięgnęli po najwyższe zaszczyty, ogłoszono zagrożeniami dla demokracji. Narodowe mity, jako anachroniczne, obskuranckie, jako bezpodstawnie megalomańskie i niesprawiedliwie martyrologiczne, miały zostać raz na zawsze obalone. Tak było ze wszystkimi powstaniami, a zwłaszcza z warszawskim, z bohaterami sprzed sowietyzacji, nawet z „Solidarnością” – główny wysiłek miażdżącej większości ośrodków opiniotwórczych zmierzał do ich dekonstrukcji. Jednak żadne społeczeństwo – podkreślał to nawet bliski luminarzom III RP Leszek Kołakowski – nie może na dłuższą metę funkcjonować bez mitów. Co było więc celem owej demitologizacji? Skoro nie nowy naród – nawet to słowo wymawiano przecież z nieukrywanym obrzydzeniem – ani nie społeczeństwo obywatelskie (o którym mówiono tyleż często, co czysto rytualnie), to najwidoczniej coś w rodzaju „szczęśliwego mrowiska”, mówiąc Witkacym, tyle że w wersji kapitalistyczno-demokratycznej. Czyli społeczności apolitycznych ludzi prywatnych od czasu do czasu chodzących na wybory, amorficznej zbiorowości konsumentów i telewidzów.

Nagle już nie republikańska wolność polityczna, nie zakładanie partii i stowarzyszeń, lecz dobrobyt ogłoszono celem głównym. Polacy mieli się przede wszystkim bogacić, aby doścignąć „cywilizacyjnie” ludzi Zachodu. Polska dusza nie miała być już dzielna, miała być przede wszystkim pożądliwa. Ta rzekomo liberalna perspektywa pomijała jednak jeden istotny fakt, mianowicie, że zanim kraje zachodnie skupiły się na żądzy bogactwa, bardzo długo koncentrowały się na wartościach klasycznego liberalizmu politycznego, który – w przeciwieństwie do liberalizmu gospodarczego – nie był bardzo odległy od republikanizmu. Styrana półwieczną niewolą Polska miała jakimś cudem przeskoczyć ten etap, lądując od razu na końcu drogi rozwoju, mimo iż nowe elity po staremu twierdziły, że droga jest tylko jedna, choć tym razem wieść miała przez wierne naśladownictwo mitycznego Zachodu. Oczywiście, nie mogło się to udać.

Prawie udało się natomiast zerwanie ciągłości. Jeszcze dwa lata temu z dużym przekonaniem pisał o tym Ryszard Legutko. Historycznym domknięciem procesu grzebania republikańskiego dziedzictwa miały się okazać – wiele na to wskazywało – wieloletnie rządy Donalda Tuska. Człowieka, który zaproponował Polakom przejście od polityki do postpolityki. A więc „koniec ideologii, żegnajcie wzniosłe sprawy, skończyły się raz na zawsze konflikty o wielkiej amplitudzie”, jak mówi André Glucksmann. Po dwudziestu latach udało się wreszcie wypracować narrację już nie tyle ogniskującą politykę na gospodarce, co kończącą z tradycyjnie rozumianą polityką. Ta miała być przecież do cna zepsuta, daleka od zasadniczego celu, jakim jest „wzrost i rozwój”, a przez to – po prostu niepotrzebna. Wystarczy dać Polakom spokój od tych republikańskich (ochoczo posługiwano się pojęciem „sarmackich”) anachronizmów, a niechybnie będziemy wreszcie mieć ciepłą wodę w kranie oraz wspaniałe autostrady – by żyło się lepiej, wszystkim. I Polacy ten „produkt” kupili, obdarzając Tuska niemal bezgranicznym zaufaniem, którego nie podważyły ani kompromitujące porażki we wszystkich prawie dziedzinach, ani afery, ani bezczynność wobec ogromu wyzwań. Posthistoryczny sen wszedł w fazę głęboką.

Przebudzenie

I nagle, jak grom z jasnego nieba, spadła tragedia smoleńska, wywracając wszystko do góry nogami. Polacy oderwali się od zakupów i grillowania, oddając wielki, zbiorowy hołd niepopularnemu i nielubianemu prezydentowi, którego działalność uważali za zbędną czy wręcz szkodliwą – miał być przecież hamulcowym wspaniałej lokomotywy modernizacji – i którego pozwalali upokarzać i znieważać, ba, kibicowali temu. Lech Kaczyński musiał najwyraźniej zginąć w tak niesamowitych okolicznościach, aby tłum dostrzegł to, co powinien był widzieć od dawna: że był to polityk w klasycznym tego słowa znaczeniu, służący swojej wspólnocie, a więc także owemu tłumowi. W dodatku głowa państwa, a więc współczesny arystokrata – najlepszy z nas, obdarzony przywilejami nie po to, aby się nimi cieszyć, ale po to, by móc lepiej służyć. I mogący na tej służbie zginąć.

Kaczyński umarł pięknie. Był politykiem poprzedniej epoki, z dziecięcym entuzjazmem kochającym Polskę, gardzącym postpolityką i nowoczesnym piarem. Podziwiał zaś wielkich patriotów z dawnych lat, dla których śmierć na służbie byłq zaszczytem. Jest nim i dla niego. Jej piękno wzmocniły jeszcze piękna żałoba i piękny pogrzeb. A wszystko to wyzwoliło we wczorajszych biernych konsumentach zapomniane, klasyczne dobro zwierzęcia Arystotelesa – poczucie obowiązku. Wobec głowy państwa, a więc i wobec państwa. Tłumy ciągnące pod Pałac Prezydencki i pod Wawel nie szły tam zawiązywać wspólnotę – to stało się niejako przy okazji. Każdy udał się tam osobno wiedziony wewnętrznym imperatywem, poczuciem, że „tak trzeba”. To klasycznie obywatelskie, republikańskie poczucie obowiązku wobec ojczyzny okazało się żywe i silne, choć jeszcze dzień wcześniej wszystko wskazywało na to, że jest martwe lub umierające. Składając hołd Kaczyńskiemu, Polacy uczcili zarazem politykę w jej najszlachetniejszym znaczeniu – jako rozumną służbę dobru wspólnemu, tak jak rozumiał ją, wbrew swojej epoce, ich Prezydent. Podczas tych dziewięciu dni żałoby stali się po raz pierwszy od niepamiętnych czasów aktywnymi obywatelami – stali się prawdziwie wolni. Ale nie wolnością liberalną, tą, którą filozof Hobbes określił jako brak przeszkód dla ruchu (a co największy autorytet współczesnej polskiej młodzieży Owsiak przekształcił w nakaz: „róbta co chceta”) lecz wolnością republikańską, realizującą się w dobrych i pięknych czynach ku chwale Rzeczypospolitej.

Tak oto Smoleńsk przypomniał Polakom, że mają duszę. I to nie byle jaką, bo tradycyjnie polską. Republikańską i romantyczną – szlachetną. Ten fakt ma kapitalne znaczenie historyczne, bo ostatnie siedemdziesiąt lat to dzieje duszy tej okaleczania i zapominania. Przed 10 kwietnia 2010 roku Polak był duchowym kastratem. W tym tragicznym dniu, i podczas całej narodowej żałoby, na chwilę odzyskał pełnię sił.

Sama katastrofa smoleńska nie ma historycznego precedensu, ale to, co nastąpiło po niej nie tylko ma niezliczone analogie, ale wpisuje się w długą tradycję republikańską, która była rdzeniem polskości od unii w Krewie do II wojny światowej. Polacy żegnali Lecha Kaczyńskiego tak jak ich przodkowie żegnali Zygmunta Augusta, Mickiewicza czy Piłsudskiego. Jak bohatera i – jak króla ((Ciekawy przykład cudzoziemskiego zdumienia obyczajami polskiej szlachty przytacza Jacek Kowalski. Poseł francuski tak wspominał śniadanie wyprawione na jego cześć przez Stanisława Lubomirskiego: „Wargi tego potwora [łosia] należą do najwyszukańszych przysmaków, a podczas ich spożywania wysypali syci potomkowie Romulusa nieskończoną moc wcale grzecznych dykteryjek o zwisających wargach członków domu austriackiego. Nie do wiary jest swoboda szlachty polskiej, z jaką mówią najswobodniej o cesarzach i królach, a nawet o swoim własnym królu”.)). Jeśli uświadomimy sobie, że król był w dawnej Rzeczpospolitej ­de facto dożywotnim prezydentem, łatwiej dostrzeżemy zdumiewającą ciągłość zachowań Polaków opłakujących monarchów i żałobników Lecha Kaczyńskiego. Trzeba pamiętać, że monarcha w polskiej tradycji był kimś zupełnie innym niż w reszcie Europy – z jednej strony „zaledwie” pierwszym obywatelem, rządzącym za zgodą i w imieniu pozostałych, z drugiej jednak – uosobieniem jedności i siły republiki, która była olbrzymią federacją narodów i krajów. Króla można było krytykować, a nawet z niego drwić – szlachta szydziła z monarchów w sposób budzący przerażenie wyćwiczonych w ślepym posłuszeństwie władzy absolutnej cudzoziemców – ale tylko, jeśli za drwiną stała miłość, nie będąca pustą deklaracją, ale realną i weryfikowalną gotowością do służby „jego miłości” aż po grób.

Z kolei kult bohatera narodowego zrodził romantyzm, a utwierdził modernizm. Miał on nad Wisłą szczególne znaczenie, ponieważ kompensował brak figury nie tylko króla, ale w ogóle obywatela (a więc także światłego magnata, zdolnego hetmana czy sprawnego podskarbiego) w pozbawionej własnej polityki Polsce. Bohater był zarazem uosobieniem walki o wolność oraz życiowej mocy, tradycji i geniuszu. Był więc dla zdezorganizowanych Polaków oczywistym moralno-politycznym wzorem osobowym i historyczną ikoną, godną pochówku obok monarchów. Personifikował polską duszę walczącą o odzyskanie państwowego ciała.

Król-bohater

Lech Kaczyński z chwilą śmierci połączył w sobie obie te figury, choć żadną z nich nie był w pełnym tego słowa znaczeniu. Króla, bo choć miał nieporównywalnie mniejszą władzę, był głową wolnego polskiego państwa, aspirującego do podjęcia dziedzictwa dwóch poprzednich rzeczypospolitych. Umierając na służbie, podczas misji walki o polską pamięć i tożsamość, unieśmiertelnił nie politykę w rozumieniu Weberowskim – jako walkę o władzę, ani tym bardziej ten przykry wykwit naszych czasów, jakim jest postpoliyka, lecz politykę republikańską, jaką próbował wbrew wszystkiemu uprawiać za życia. Jednak Kaczyński był także wielkim krytykiem państwa, którym rządził: widział w nim ogrom niesprawiedliwości i bezprawia oraz porażającą słabość. Chciał to państwo radykalnie zmienić, a nawet utworzyć nowe; dla niego, „żeby Polska była Polską”, musiała się gruntownie zreformować, wymyślić na nowo, odzyskać podmiotowość. Skoro zaś Trzecia Rzeczpospolita była w dużej mierze PRL-em bis, krajem półwolnym, semi-republiką, to i on sam był w sposób nieuchronny tylko po części prezydentem. Dlatego jego śmierć, prócz wymiaru królewskiego, ma w sobie także rys bohaterski w najściślej romantycznym znaczeniu – była to bowiem śmierć bojownika o wolność – o zmartwychwstanie Polski, jak powiedziałby Mickiewicz.

Jeśli głównym problemem tych środowisk, które chciały przekształcić III RP w państwo sprawiedliwe i silne była w ostatnich dwudziestu latach zniewalająca niejednoznaczność polskiej sytuacji i obezwładniająca mętność naszej mowy sprawiające, że każda odważna myśl brzmiała szaleńczo, a każdy jednoznaczny wybór raził radykalizmem, to ukonstytuowanie się nowego rodzaju mitu, legendy króla-bohatera Lecha Kaczyńskiego, daje szansę na przezwyciężenie tej niemocy. Jest to bowiem legenda na tyle romantyczna, by porwać tłumy, a zarazem kryjąca się za nią treść jest na tyle realistyczna, aby mogła zostać przekuta w trwałe działanie instytucji. Dobro wspólne, sprawiedliwość, wolność, przywództwo, konfederacja, podmiotowość – wszystkie te republikańskie kategorie stały się za sprawą smoleńskiej tragedii ponownie zrozumiałe w swoich pierwotnych sensach, a przez to – możliwe do urzeczywistnienia. Jesteśmy na progu republikańskiego odrodzenia.

W stronę odnowy

Należy jednak sobie z całą siłą uświadomić, że to, czy ów próg przekroczymy, nie jest wcale oczywiste. Bo historia jest areną nieustannej walki między wolnością i tyranią – dobrem i złem. W związku z tym, zwycięstwo zła jest zawsze możliwe, tym bardziej że – jak wiemy od Edmunda Burke’a – do jego triumfu wystarczy, aby dobrzy ludzie nic nie robili. A bierność w sprawach publicznych jest przecież znakiem naszych czasów.

Po Smoleńsku dusza polska odżyła, bez wątpienia. Ale czy to przebudzenie będzie trwałe? Spoglądając na fenomen obywatelskiej aktywności podczas żałoby chłodnym okiem, można mieć co do tego pewne wątpliwości. W pierwszej kolejności dlatego, że była to wspólnota z natury swojej krótkotrwała. Zgromadziła ona ogromną moc, nie wiadomo jednak, co się z nią stanie po nieuchronnym „powrocie do żniw”. Gdy zmarł Zygmunt August, podobnie jak po śmierci Kaczyńskiego niepokój i żal znalazły ujście się w samorzutnej organizacji. Po województwach zawiązywano kaptury – regionalne konfederacje, mające pilnować prawa i porządku. „Zwarta ich sieć – pisał Paweł Jasienica – pokryła wkrótce całe państwo. Kto by naruszył ład, rozbijał, zabijał lub grabił, tego «mieć będziemy za bezecnego, gardła go zbawim, dobra jego spustoszym» – perorował w Bełzie starosta tamtejszy, Jan Zamoyski”. Bezkrólewie niosło ze sobą zagrożenie bezradności wobec ewentualnej obcej agresji – Rzeczpospolita miała przecież groźnego wroga w postaci Moskwy. Odejście symbolu jedności państwa groziło ponadto wzrostem przestępczości i aktywności wrogich person wewnątrz kraju. Pozbawieni króla, Polacy potrafili wówczas wziąć ciężar zapewnienia państwu bezpieczeństwa na własne barki. Było to możliwe dzięki wysoko rozwiniętej republikańskiej kulturze politycznej – istniał ład symboliczny mówiący co należy robić i sprawdzone instytucje (kaptury) zdolne do właściwego skanalizowania obywatelskich wysiłków. Dziś sytuacja jest inna. W zasadzie nie ma problemu interregnum, jest natomiast potworna zapaść państwa pozbawionego w jednej chwili kilkudziesięciu wysokich urzędników. Ponieważ nasza obecna kultura polityczna nie może się równać z tą sprzed czterech stuleci, zagrożenie dla stabilności państwa jest poważne. I w zasadzie jedynym sposobem na rekompensatę tej straty może być wielkie republikańskie odrodzenie. Po śmierci ostatniego Jagiellona podjęto ogromny wysiłek przebudowy państwa – ustanowiono wtedy m.in. powszechne wybory królów w elekcji ­viritim. Dziś nie ma jasnych dróg wyjścia z kryzysu, co wynika w pierwszej kolejności z braku dobrych przywódców. Zaklęcia premiera i p.o. prezydenta Bronisława Komorowskiego o tym, że „państwo zdało egzamin” brzmią jak ponury żart, zwłaszcza wobec skandalicznych zaniedbań w śledztwie dotyczącym przyczyn katastrofy. Co gorsza, nikt jak na razie nie przedstawił zdezorientowanym obywatelom żadnej sensownej oferty takiego przekształcenia ładu symbolicznego, aby wróciwszy „do żniw” wiedzieli, co nowego mają robić w nowej sytuacji. Bezsensowne owszem, były – wzywano nas przecież do enigmatycznej jedności, a także do... pojednania z Rosją. Słowem, był romantyzm tłumów, zabrakło jednak wieszczów.

Jest więc istotne zagrożenie ponownego rozproszenia zgromadzonej narodowej mocy, jak to już wielokrotnie w naszej historii bywało. Fakt, że podczas żałoby Polacy pokazali coś przerastającego nowoczesność, że odkryli w sobie na nowo republikańską duszę, może się okazać mało znaczącym epizodem, jeśli nie powstanie nowa narodowa narracja, która mogłaby owe uczucia przekuć w trwałą zmianę postaw. Jak na razie nikt jej jednak nie przedstawił. I politycy, i duchowni, i intelektualiści ograniczyli się do rytualnego żałobnego pustosłowia. Tymczasem tragedia smoleńska wymaga opowieści prostej, lecz w istocie rewolucyjnej, bo odwracającej utrwalone fatalną wieloletnią praktyką znaczenie zasadniczych pojęć ((To, że koncentruję się tu na potrzebie zagospodarowania tej mocy w krótkiej perspektywie nie znaczy, że nie dostrzegam skutków długofalowych. Takie też z pewnością będą, nawet jeśli na wieszczów będzie trzeba jeszcze trochę poczekać.)).

Katastrofa narodowa z 10 kwietnia powinna uświadomić Polakom, jak złudne było ich poczucie bezpieczeństwa i dobrostanu, i jak szkodliwe było ich pragnienie świętego spokoju przed Smoleńskiem. Wspólne dobro – Rzeczpospolita wymaga znacznie więcej niż rytualnego uczestnictwa w wyborach, ponieważ jest bytem kruchym i w każdej chwili może ulec destrukcji. To „więcej” powinno być skierowane przez każdego, kto chce zasługiwać na miano obywatela i do wewnątrz, i na zewnątrz. Konieczna jest bowiem z jednej strony wytrwała praca nad sobą, owo moralne i intelektualne doskonalenie duszy, z drugiej zaś – podwyższenie wymagań wobec współobywateli, a zwłaszcza wobec przywódców. Miernota i podłość udające szlachetność muszą być eliminowane, a prawdziwa szlachetność – nagradzana. Każde społeczeństwo ma swoich aristoi, górujących rozumem i cnotą nad pozostałymi, nie każde jednak potrafi ich rozpoznać i powierzyć im władzę. Jeśli Polska ma być państwem sprawiedliwym, musi się tego ponownie nauczyć. I oduczyć nazywania demagogów i cwaniaków autorytetami. A także skończyć z tą nieustanną, idiotyczną paplaniną o apolityczności, która odbiera sferze publicznej należny jej szacunek. Wobec ostateczności, której przebłysk dane nam było zobaczyć 10 kwietnia jest bowiem oczywiste, że wbrew współczesnej nowomowie działalność publiczna pozostaje tym, czym była od początku naszej cywilizacji (w rozumieniu ludzi szlachetnych) – najwyższą formą realizacji człowieczeństwa.

Nie jestem entuzjastą polityki, której reguły wyznaczają rozemocjonowane tłumy. Przeciwnie, od dawna szukam sposobów na takie jej ograniczenie i skanalizowanie, aby stała się bardziej republikańska, a mniej hiperdemokratyczna (określenie Ortegi). Aby nie prowadziła jedynie do wykładniczego wzrostu roszczeń, ale choć trochę, oby jak najbardziej, służyła dobru wspólnemu. Warunkiem powodzenia jest tu przekierowanie skupionych dziś na własnych sprawach emocji na wartości publiczne. A więc wychowywanie obywateli do tego, aby przeżywali emocje prawne i moralne (mówił o nich Leon Petrażycki), przede wszystkim kształtowanie poczucia sprawiedliwości, miłości do ojczyzny i obowiązku wobec wspólnoty. Dla wszystkich myślących podobnie republikańska aktywizacja Polaków po Smoleńsku jest wielkim darem.

Jeśli bowiem mamy do czynienia, jak twierdzi Jan Rokita, ze zwycięstwem noworomantycznego modelu polskiego patriotyzmu, to właśnie ten model może być formułą umożliwiającą przekształcenie masowej demokracji w republikę ((Teza Rokity robi tym większe wrażenie, że autor łączy ją z otwartym hołdem wobec zwyciężającej właśnie jego zdaniem tradycji romantycznej, mimo, że zastrzega, iż jest zwolennikiem innej, „patriotyzmu państwowego”. To mocne świadectwo w ustach czołowego konserwatywnego liberała o silnych fascynacjach stańczykowskich.)). Jeśli od tej pory lud będzie się kierował więcej patriotycznymi niż prywatnymi emocjami, jeśli będzie bardziej szanował przywódców i bohaterów, to jest szansa, aby istotna część obywateli dotychczas biernych stała się aktywnymi, i że wybory przez nich dokonywane będą o wiele bardziej racjonalne. Bo dobre emocje prawne, moralne i polityczne to w gruncie rzeczy nic innego, jak rekompensata tego, że z natury nie wszyscy są zdolni do rozumienia spraw publicznych. Jeśli istnieje sposób na takie uczestnictwo mas w polityce, aby służyło ono dobru wspólnemu i sprawiedliwości, mimo że te masy nie są zdolne do ogarnięcia owych wartości rozumem (a spontaniczne zawiązanie przez Polaków żałobnej konfederacji sugeruje, że istnieje), to jestem za.

Nie należy oczywiście liczyć na to, że ta formuła wykształci się sama. Trzeba pisać teksty, organizować seminaria, budować instytucje, aby przebijającą plugawą skorupę magmę skierować we właściwym kierunku. I – nade wszystko – zmienić politykę edukacyjną, kulturalną i historyczną. Bo tak jak dawna polska dusza ukształtowała się w rezultacie wieloletniego treningu moralnego i intelektualnego, tak i dziś setki czy tysiące wolnych ludzi muszą podjąć wysiłek formacji siebie i innych, jeśli ta dusza ma się odrodzić.

Bój o duszę polską

Na drodze do odnowy leży jednak jeszcze jedna przeszkoda. Okazało się bowiem, że nie wszystkim spodobał się republikański zryw milionów Polaków. Już w dniu uroczystości wawelskich czołowy dziennikarz największego imperium medialnego ogłosił problem „powrotu demona patriotyzmu” i publicznie na antenie największej prywatnej telewizji zastanawiał się, jak owego „diabła” pokonać. Jego śladem poszły szybko liczne inne autorytety z najbardziej opiniotwórczych mediów, zastanawiając się, jak „rozbroić bombę polskiego patriotyzmu”. W dawnych republikach nie było obowiązku kochania ojczyzny. Każdy mógł się w dowolnej chwili „wypisać” ze wspólnoty politycznej, rezygnując zarazem ze wszystkich związanych z uczestnictwem w niej przywilejów. Dziś mamy do czynienia ze szczególną sytuacją, w której ogromna część polskiej elity otwarcie kwestionuje sam sens polskości, nie tylko nie rezygnując z profesorskich i redaktorskich tytułów oraz z opiniotwórczych funkcji, ale jeszcze prezentując agresywną postawę polityczną. „Precz z patriotami, precz z ciemnym ludem, to nam należy się „rząd dusz!” – zdają się wołać. Swój brak zdolności do kierowania krajem pokazali w istocie już w pierwszych dniach po katastrofie, ogłaszając, że główną konsekwencją tragedii ma być pojednanie z Rosją – jednym z głównych naturalnych podejrzanych o jej spowodowanie. Nie minęło kilka dni, a czołowe media zalały debatę publiczną niesłychaną falą kłamstw i insynuacji, głównie pod adresem zmarłego prezydenta i jego środowiska politycznego. To pokazuje, że ta współczesna polska pseudoarystokracja jest pozbawiona jakichkolwiek zahamowań moralnych, elementarnego poczucia odpowiedzialności za państwo i podstawowych predyspozycji przywódczych. Jest więc oczywistością, że jeśli mamy przekroczyć próg republikańskiego odrodzenia, najpierw ta łże-elita musi zostać pozbawiona wpływu na sferę publiczną.

Dlatego czeka nas bój o duszę polską. Będzie to prawdopodobnie najbrutalniejszy konflikt wewnętrzny od czasu stanu wojennego, ponieważ jego stawka to tożsamość, a zarazem prawo do publicznego istnienia. Zwycięzca określi charakter naszego narodu na wiele lat. Pozostaje więc powtórzyć za Wegecjuszem: Si vis pacem, para bellum. Chcesz pokoju, szykuj się do wojny.

Bartłomiej Radziejewski (ur. 1984) – redaktor naczelny „Rzeczy Wspólnych”. Politolog, badacz republikanizmu, publicysta i eseista. Publikował m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Gościu Niedzielnym”, „Frondzie”, „Arcanach”, „Gazecie Polskiej”. Republikanin. Osiadły na warszawskim przedmieściu lublinianin.

Artykuł z „Rzeczy Wspólnych” nr 1/2010

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close