Gałkologia Rzeczypospolitej

Gałkologia Rzeczypospolitej

Bartłomiej Kachniarz

„IV Rzeczpospolita. Pierwsza odsłona”, mimo swoich licznych wad, w pewien sposób ustawia debatę publiczną. Poruszanie zagadnień w niej omówionych bez odwołania się do niej po prostu nie ma sensu.

________________________________________________________________________________________

Paweł Szałamacha napisał książkę, i to ważną. Napisał ją jako były, z lat 2005-2007, sekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa w rządzie Prawa i Sprawiedliwości. „IV Rzeczpospolita. Pierwsza odsłona” to książka bardzo potrzebna, bo stanowi prawie udane podejście do przedstawienia całościowego pomysłu na państwo. Bez dużej przesady można napisać, że każdy, kto poważnie interesuje się polityką polską i polskim państwem, powinien tę książkę przeczytać.

„Pierwsza odsłona” to przede wszystkim opis perypetii rządów Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, widzianych od środka oczami wysokiego urzędnika. W tych momentach książka jest najmocniejsza, daje wgląd w szczegóły i najlepiej trzyma się rzeczywistości. Tu także wywód jest bardzo przejrzysty.

Skąd taki tytuł? Autor nawiązuje do znanego programu sanacji państwa, „szarpnięcia cuglami”, „ugryzienia żubra w dupę” określonego w roku 2005 zbiorczą nazwą IV Rzeczpospolita, sugerującą odejście od istniejącej, III RP, jako nieodwołalnie przeżartej rakiem nieprawości. I zbudowanie państwa nowego, czwartego w historii Polaków. Jednocześnie samo zaproponowanie takiego hasła pokazuje dość poważne oderwanie od polskiej tradycji państwowej, wiążącej powstawanie kolejnych rzeczpospolitych z wybijaniem się na niepodległość. Względnie poświęcanie tej tradycji dla doraźnej korzyści w postaci chwytliwego hasła wyborczego.

Pociesza optymizm drugiej części tytułu. Bo skoro „Pierwsza odsłona”, to domyślamy się, że autor liczy na kolejne. Że jego partia jest obecnie w głębokiej defensywie? Zdarza się; może przejdzie z niej do kolejnych wygranych wyborów? W każdym razie Szałamacha uważa, że projekt IV Rzeczpospolitej wymaga dokończenia. Opisując pierwszą, przegraną bitwę, chce się przygotować do wygrania wojny.

Słuszne poglądy na wszystko

Na publikację składa się dwadzieścia rozdziałów, w których prezes Instytutu Sobieskiego odnosi się do wszystkich ważnych sfer działalności państwa. To wielkie i niełatwe zadanie. W czasie lektury wyraźnie widać, że w jednych kwestiach autor ma duże osobiste doświadczenie – wie o czym pisze. Inne sprawy są opisane na większym poziomie ogólności i sprawiają wrażenie kondensatu myśli ogólnie słusznych, okraszonego popisami erudycji, która nie bardzo wiadomo czemu w danym miejscu służy. Przykre wrażenie robi także pewna chaotyczność myśli autora – poszczególne zdania sprawiają wrażenie wsypywanych bez ładu i składu. Czuje się brak twardej ręki redaktora albo przynajmniej krytycznego czytelnika, który potrafiłby wybić Szałamachę z samozadowolenia, dodać mu nieco dystansu i – skierować jego wywody na właściwe tory.

Książka jest zbudowana na zasadzie „moje słuszne poglądy na wszystkie sprawy państwowe”. Dzięki temu mamy do czynienia z projektem państwa w miarę spójnym, w niektórych miejscach solidnie przemyślanym. W niektórych, cierpiącym niestety na nadmiar ogólności. Generalnie jest to manifest troski o państwo polskie, przekraczającej podziały partyjne czy interesy osobiste.

Autor regularnie eksponuje swoje piętno „byłego UPR-owca”. Rozstanie Szałamachy z partią Janusza Korwin-Mikkego musiało być traumatyczne, bo w przeciwnym razie czemu w całej książce tak systematycznie wbijałby jej szpile? Wydaje się, że z pożytkiem dla książki mógłby zrezygnować z wentylowania osobistych frustracji, podobnie jak z popisywania się fajerwerkami erudycji w najmniej spodziewanych momentach. Przykład? Rozważanie przewag PiS w zwalczaniu korupcji staje się przyczynkiem do rozważań nad losem XVI-wiecznego papieża Sykstusa V...

Szacunek dla autora budzi fakt, że porwał się na zebranie i usystematyzowanie poglądów (a czasem i recept na poprawę sytuacji) w dziedzinach tak ważnych i tak różnorodnych jak infrastruktura, prawo, wojskowość, bezpieczeństwo energetyczne, demografia, gospodarka czy polityka wobec zabytków.

Diagnoza bez terapii

I tak, w najbliższej mi osobiście kwestii wymiaru sprawiedliwości, Szałamacha przytacza twarde dane, z których wynika, że w liczbie sędziów na 100 000 mieszkańców, w wysokości ich wynagrodzeń, w wysokości wydatków na sądownictwo w odniesieniu do PKB – Polska nie odbiega szczególnie od innych krajów Europy (zarówno Zachodniej, jak i Wschodniej). Jednak rażąco źle wypadamy w kategorii „Czas trwania procesu o zapłatę” – bez mała trzy lata, podczas gdy w innych krajach nie przekracza on dziewieciu miesięcy: Czechy 270 dni, Francja 181 dni, Niemcy 154 dni, Wielka Brytania 101 dni, Szwecja 190 dni. Wniosek? Według Szałamachy „jest jeden: sądownictwo jest źle zorganizowane, zbyt wielu sędziów sprawuje funkcje administracyjne, część nie wypełnia swojego zawodu z pełnym zaangażowaniem. Wynik netto: wydajemy przyzwoite pieniądze, zatrudniamy porównywalną z innymi państwami liczbę sędziów i otrzymujemy niesprawną trzecią władzę. (...) 50-60% obywateli nie ufa sądom”. Niestety, w tym zakresie Szałamacha nie wykracza daleko poza samą diagnozę. W ramach terapii proponuje tylko wydzielenie ksiąg wieczystych i rejestrów z zakresu sądownictwa do instytucji administracyjnych. Propozycja ta brzmi jak próba posłodzenia herbaty przez jej mieszanie, bez dosypywania cukru. Doprawdy, trudno uwierzyć, aby zmiana tabliczki na gmachu Hipoteki z „Sąd Rejonowy” na „Urząd m.st. Warszawy” miała zwiększyć wydajność procedury.

Rozdział o tajnych służbach cierpi z powodu ogólności – to właściwie zbiór pobożnych banałów. Dziwnie robi się też w rozdziale o polityce zagranicznej. Autor wskazuje, jak nie należy traktować Unii Europejskiej (to oczywiste – nie na kolanach, ale i bez odrzucania a limine). Zaleca zaś „krytyczne, niełatwe uczestnictwo”, czyli twarde szarpanie się o swoje, w oparciu o argumenty merytoryczne i – w sprawach krytycznie ważnych – o argument siły, czyli veto, stosowane gdy pozostałe państwa członkowskie ignorują polskie interesy. W rozdziale tym Szałamacha daje się jednak ponieść swojej pasji historyka amatora. I wypisuje całe akapity o przyczynach wybuchu I wojny światowej (jakby streszczone z „Historii dyplomacji” Henry’ego Kissingera), aż do takich detali, że „ambasador niemiecki przy rządzie carskim, Pourtalès, składa na ręce Sazonowa notę zawierającą wypowiedzenie wojny, po czym wybucha płaczem”. Po omówieniu Wielkiej Wojny, autor przechodzi płynnie do traktatów rzymskich z 1957 roku, ustanawiających Wspólnotę Europejską – tak jakby po drodze nie odbyła się ani II wojna światowa, ani nawet traktat paryski, ten od Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Brak aktywności redaktora ponownie bije w oczy.

W rozdziale o wojskowości autor znów daje się ponieść zamiłowaniu do historii: wyśmiewa rozbudowę floty niemieckiej, która miała miejsce na przełomie XIX i XX wieku oraz rozbudowę floty polskiej w okresie międzywojennym. („Karygodny błąd ze względu na zamknięty charakter Bałtyku i krótkie polskie wybrzeże. Wkład floty, która bardzo ładnie prezentowała się na widokówkach, w obronę terytorium kraju, był żaden”.) W części dotyczącej współczesności jest jednak nieco wskazówek praktycznych, chyba trafnych, odnoszących się do konkretnych rodzajów uzbrojenia.

Po drugie, gospodarka

Interesujący jest rozdział o gospodarce, rozpoczynający się już od samego tytułu – „Po drugie... gospodarka”. Autor daje więc pierwszeństwo budowie zdrowych struktur państwowych, bez których istnienie sprawnej gospodarki jest niemożliwe. Szałamacha omawia tu niewątpliwe osiągnięcia rządu PiS – odmrożenie progów podatku PIT, zniesienie podatku od spadków i darowizn w obrębie najbliższej rodziny, obniżenie składki rentowej, wprowadzenie ulgi w podatku PIT na dzieci, zmniejszenie liczby progów w PIT do dwóch, a najwyższej stopy do 32%, do tego wzmocnienie instytucji strzegących zasad uczciwej konkurencji – czyli Urzędu Komunikacji Elektronicznej i Komisji Nadzoru Finansowego. Nie wiem, czy rząd PO może po dwóch latach działalności pochwalić się podobnym dorobkiem.

W rozdziale tym dotyka Szałamacha ciekawego aspektu polskiej prywatyzacji – „W 2000 r. sprzedano Telekomunikację Polską SA (...) nabywcą była firma France Telecom, de facto kontrolowana przez rząd francuski. Do dziś nie rozumiem, dlaczego prywatyzacją nazywa się sprzedaż na rzecz podmiotu państwowego. Tym samym RP przeniosła część swojej suwerenności na rzecz V Republiki”. Ten sam problem podnosi autor w rozdziale o energetyce: „Za prywatyzację w Polsce bowiem wciąż uchodzą transakcje, w których np. nabywcą Elektrociepłowni Łęg pod Krakowem został francuski koncern państwowy EDF, a elektrociepłowni warszawskich szwedzki Vattenfall, w 100% własność rządu”.

Odnosząc się do gospodarki, autor porusza rzecz niezwykle ważną, zwłaszcza dla osób, które w tym czy innym momencie rozważały osobiste zaangażowanie się w prace rządu i doszły do wniosku, że to zbyt drogie hobby, by dało się jednocześnie zajmować rządzeniem państwem i utrzymywaniem rodziny: „Trudno oczekiwać, że uda się w Polsce przeprowadzić ambitne zamierzenia modernizacyjne, np. informatyzację, reformę podatków lub wybudowanie autostrad, w sytuacji, gdy człowiek mający zorganizować cały taki proces będzie wynagradzany na poziomie kilka razy niższym, niż wynosi wynagrodzenie w sektorze prywatnym. Ponad rok temu wynagrodzenie wykwalifikowanego robotnika układającego warstwy bitumiczne osiągnęło 7 tys. zł brutto, tyle samo podsekretarza stanu”.

Dużo? Z perspektywy Warszawy nie tak bardzo. 7 000 zł brutto przekłada się na kwotę niecałych 5 000 zł netto. Załóżmy, że trzeba za to zapłacić ratę kredytu na mieszkanie, powiedzmy 2 500 zł, czynsz 500 zł, koszt utrzymania samochodu 1000 zł i przedszkole dla dziecka – kolejne 1000 zł. W sumie 5 000 zł: robi się niewesoło. Dobrze, że Szałamacha problem dostrzega, szkoda, że jest tak sceptyczny co do możliwości wdrożenia swoich pomysłów na jego rozwiązanie. Pisze bowiem: „Postulat [zwiększenia płac w rządzie] niesłychanie trudny do wprowadzenia, nie można oczekiwać od postaci grających obecnie główne role na scenie politycznej zmierzenia się z tą kwestią. Donald Tusk został więźniem własnej antypolitycznej propagandy (...). A dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego zarobki są ostatnią motywacją, którą by zaakceptował u osób zajmujących się polityką. Tymczasem zasadniczy ciężar rządzenia opiera się na trzydziestu-czterdziestu kluczowych wiceministrach. Aby mogli otrzymywać wynagrodzenie sięgające 18 tys. zł, czyli mniej niż w sektorze prywatnym, ale znacznie więcej niż obecnie, premier powinien zarabiać 25 tys. zł, a minister 20 tys. zł”.

Myśli jasne

Wiele konkretnych informacji można znaleźć w rozdziale o energetyce. Szczegółowo opisana jest zależność Polski od rosyjskich złóż ropy i gazu – i od własnych, polskich lobbies węglowych. Rzadko też można przeczytać tak jasno wyrażoną myśl: „Jedną z najgorszych decyzji podjętych w wolnej Polsce była decyzja ministra Tadeusza Syryjczyka w 1990 r. o zamknięciu niemal gotowej elektrowni atomowej w Żarnowcu. Jeden z reaktorów, który był już zainstalowany w elektrowni, do dziś pracuje w Finlandii. Decyzja ta wpisuje się w krajowy zwyczaj wyrzucania pieniędzy w kosztowne i niedokończone koncepcje. Inne przykłady to program samolotu Iryda, rafineria w Gorlicach, Walcownia Rur «Jedność». Jesteśmy bardzo bogatym krajem” – gorzko konkluduje Szałamacha.

Do „zielonej energii”, tej „ekologicznej”, zmniejszającej „efekt cieplarniany” autor ma stosunek mocno sceptyczny: „Energia odnawialna jest przedmiotem obrotu głównie ze względu na przymus prawny, a nie zapotrzebowanie nabywców”. Przy okazji dowiadujemy się o kolejnym osiągnięciu rządu PiS, które przez prasę zostało przeoczone lub nie dość nagłośnione: „Jeszcze na finiszu rządu Kaczyńskiego, w październiku 2007 r., ministrowi Woźniakowi udało się [w ramach UE] obniżyć kwantum energii odnawialnej z 20 do 15% tylko dla Polski (...) Pozostałe państwa członkowskie przystały na poziom 20%”.

W podsumowaniu arcyciekawego rozdziału o energetyce czytamy: „bezpieczeństwo energetyczne uzyskamy, gdy Orlen pozyska dostęp do złóż ropy, otworzy się alternatywny wobec wschodniego kierunek dostaw gazu (najlepiej przez wybudowanie terminalu LNG), zostanie wybudowana elektrownia nuklearna, a energetyka odnawialna będzie oparta na małej hydroenergetyce”. Wszystko pięknie, na wszystko zgoda, choć wyczuwa się wpływ publicystyki Stefana Bratkowskiego, i razi brak zainteresowania faktem, że Europa Zachodnia odchodzi już od hydroenergetyki, jako... nieekologicznej, zamieniającej rzeki w „przepływowe stawy”.

Najwięcej konkretów i faktów, poznanych przez bezpośrednie doświadczenie, można znaleźć w rozdziałach o działalności Szałamachy w Ministerstwie Skarbu Państwa, a w szczególności we fragmentach dotyczących dwóch wielkich sporów toczonych przez Skarb Państwa z holenderskim ubezpieczycielem Eureko (prywatyzacja PZU) i włoskim bankiem UniCredit (fuzja Pekao i BPH). Szczegóły tych konfliktów, jak się zdaje, nie zawsze były w pełni prezentowane przez prasę. Na przykład: „Skarga [Ministerstwa Skarbu Państwa do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości] wskazywała też na sprzeczność stanowiska Komisji Europejskiej wobec polskiego rynku usług bankowych – w raporcie przedakcesyjnym w 2002 r. KE stwierdziła, że rynek bankowy w Polsce charakteryzuje wysoki stopień koncentracji. Tymczasem po trzech latach od zgłoszenia tej opinii KE wyraziła zgodę na dalszą koncentrację rynku w postaci połączenia Pekao i BPH”.

Co najmniej równie ciekawe – i trudne do racjonalnego wytłumaczenia – są kulisy sprawy Eureko/PZU. W prasie rozczytywaliśmy się o detalach wyroków sądów arbitrażowych przeciwko Polsce, a tymczasem: „Umowa [prywatyzacyjna PZU] stwierdza też, że spory będą rozpatrywane przez sądy polskie. To postanowienie zostało naruszone przez Eureko, które (...) zainicjowało proces poza granicami RP, przenosząc spór na forum nieznające prawa polskiego, czyli arbitraż międzynarodowy. (...) Arbitrzy z reguły orzekają przeciwko rządom. Wykształciła się swoista kultura domniemania, że skoro korporacja narzeka na polityków, to zapewne została pokrzywdzona. (...) Gdyby zmienili linię orzecznictwa, firmy przestałyby korzystać z arbitrażu”.

Wizja Polski pięknej

Wielkiego wyzwania podjął się Szałamacha w rozdziale „Potrzeba piękna”, poprzedzonym cytatem z prezydenta Stefana Starzyńskiego: „Chciałem, by Warszawa była wielka”. Od początku pisze z grubej rury: „Najważniejszą ze sztuk nie jest kino, lecz architektura. (...) Współczesna architektura jest oskarżeniem naszych czasów. Z reguły jest brzydka”.

Na kolejnych stronach kreśli szkic programu ochrony zabytków i rozwoju turystyki w regionach. Każdemu województwu przyporządkowuje jeden strategiczny zabytek. Dla Lubelszczyzny jest to śródmieście Zamościa – „Jedyna w Europie tak doskonale zrealizowana wizja renesansowego miasta”. Dla województwa świętokrzyskiego – to zamek Krzyżtopór, zniszczony w potopie szwedzkim. Dla Mazowsza – Pałac Saski, od II wojny 1)wiatowej jeszcze nieodbudowany. Szałamacha chce „odbudować przeszłość” i powrócić do godnej dumy narodowej. Oprócz tego odnosi się do nabrzmiałej kwestii Pałacu Kultury i Nauki (im. Stalina) – wprost nawołuje do wyburzenia go jako symbolu sowieckiej dominacji. Szef Instytutu Sobieskiego chce zabudowy praskiego brzegu Wisły, by Warszawa stała się miastem nadrzecznym. Naprzeciw (wyburzonego) Pałacu Kultury mógłby stanąć Pałac Rzeczypospolitej. Czy to realna wizja? Nie wiem. Na pewno piękna – i na pewno oddzielająca nas symbolicznie i mentalnie od sowieckiej okupacji.

Nie sposób omówić wszystkich istotnych kwestii poruszonych w „IV Rzeczypospolitej” Szałamachy. Ta książka jest zbyt wielowątkowa i zbyt rozbudowana. Trzeba ją po prostu przeczytać i odnieść się do niej. „Pierwsza odsłona”, mimo swoich licznych wad, w pewien sposób ustawia debatę publiczną. Poruszanie zagadnień w niej omówionych bez odwołania się do niej po prostu nie ma sensu.

Bartłomiej Kachniarz (ur. 1975), radca prawny w Warszawie, redaktor naczelny polskiej edycji „First Things” i członek redakcji „Rzeczy Wspólnych”. Publikował m.in. we „Frondzie”, „W drodze”, „Najwyższym Czasie!”, „Gazecie Polskiej”.

Artykuł z „Rzeczy Wspólnych” nr 1/2010

Komentarze

Avatar

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Related Articles

Close