Siedem rezerw prostych

Siedem rezerw prostych

Nie wiadomo, kto i jak będzie rządzić Polską po jesiennych wyborach parlamentarnych. Wiadomo jednak, że istnieje kilka sposobów, dzięki którym każda nowa ekipa może łatwo i szybko uczynić państwo lżejszym, skuteczniejszym, uczciwszym, tańszym i bardziej sterownym

Polska stoi w obliczu wielkiej i prawie pewnej zmiany. Jej charakter pozostaje jednak niewiadomą, również dla przyszłych kreatorów. Kierunków rozwoju jest wiele, ale którykolwiek byśmy wybrali, można i trzeba wykonać kilka podstawowych ruchów, ułatwiających wszystkie strategie, o ile tylko będą one miały na celu wsparcie dobra wspólnego, a nie grup interesów. Mamy rezerwy proste, których uruchomienie znacznie poprawi sytuację państwa i obywateli.

Jest rzeczą oczywistą, że jesienne wybory przebudują naszą scenę polityczną, choć dzisiaj (tekst złożony do druku 8 czerwca) trudno jeszcze przewidzieć jej kształt. Nie sposób ustalić, jaki będzie skład przyszłego parlamentu, co więcej – nie są znane programy wielu ugrupowań. Mimo że trudno nakreślić politykę nowego rządu, można jednak już teraz założyć nawet rekonstrukcję ustroju państwa.

Pół biedy, gdyby tylko opinia publiczna stała w obliczu tej niepewności. W końcu to nic nowego. Gorzej, że przyszła koalicja, o ile to będzie koalicja, zostanie zbudowana z podmiotów, które jeszcze nie mają założeń swojej polityki, bo dopiero je montują.

Jedno jest pewne lub przynajmniej bardzo prawdopodobne: nowa ekipa zechce dokonać wielu zmian i zabierze się do nich z wielką energią (czy ze strategią dającą widoki na skuteczność, to już inna sprawa). Chyba że koalicję będzie tworzyć Platforma Obywatelska z ugrupowaniem Ryszarda Petru i PSL – ale to dziś nader mało prawdopodobne. Czeka nas więc remont, na razie jednak jego plany nie są sprecyzowane. Ani my, ani oni nie wiedzą do końca, jak to się wszystko potoczy.

Historyczna zasługa PO

Wygrana Andrzeja Dudy w majowych wyborach prezydenckich spowodowała niezwykłe zamieszanie we wszystkich ugrupowaniach. Nawet tych, które dopiero powstają.

Rzecz podstawowa: ekipa Platformy nie tyle odkryła, ile została zmuszona do przyznania, przed sobą również, że można dokonywać głębokich i szybkich zmian. Mniejsza o ich jakość i sens, chodzi o samo odkrycie. Nagle okazało się, że wielomiesięczne wałkowanie projektu w ministerstwach, firmach doradczych i komisjach sejmowych, opinia Unii, media czy uzgodnienia międzyresortowe – to sprawy pomijalne. W ciągu ośmiu lat klasa rządząca tak bardzo wbiła sobie do głów przekonanie, że zmiany systemowe są niewykonalne, a rządzący „nic nie mogą”, że ponowne odkrycie możliwości, jakie daje władza, stało się szokiem dla samej władzy.

Platforma niespodziewanie uświadomiła sobie i społeczeństwu, że władza… daje władzę. Oczywiście, PO najprawdopodobniej nic to już nie przyniesie, bo jest partią wypalona, sfrustrowaną i pozbawioną jakichkolwiek horyzontów intelektualnych. Stać ją najwyżej na kilka skoków. Na Trybunał Konstytucyjny i BBN. Pospieszne wydawanie miliardów na wcześniej obiecane kontrakty zbrojeniowe. W ramach nowej taktyki politycznej - na wynajęcie 50 czy 100 internetowych hejterów. To wszystko, do czego zdolna jest obecnie PO.

Ale to odkrycie ma bardzo wielkie znaczenie. Utorowało bowiem drogę następnym. Przygotowało, i to błyskawicznie, rzesze dotychczasowych wyborców PO oraz mainstreamowe media do myślenia o zmianie. Jeszcze kilka miesięcy temu mówienie o tym było uważane przez nich za niezgodne z historycznymi trendami, a dotychczasowy model państwa – za bezalternatywny. Ba, nawet grupy opozycyjne, w tym wyborcy PiS, ośmieliły się w swoich wyobrażeniach o przebudowie Polski.

To prawdziwy chichot historii – może się okazać, że największe zasługi Platforma Obywatelska oddała Rzeczypospolitej, stojąc nad własnym grobem. A właściwie - wijąc się w niekontrolowanych konwulsjach.

I co teraz?

Taka sytuacja umożliwia starym partiom m.in. nowe otwarcie programowe i kadrowe. Przede wszystkim PiS, bo to ona szykuje się do władzy i ma ku temu realne podstawy. PO, PSL, Twój Ruch czy SLD mają teraz inne problemy, więc do gry włączają się dwa nowe ugrupowania: Pawła Kukiza i Ryszarda Petru. W zasadzie we wszystkich sprawach mają wolną rękę.

PiS ma dziś szansę stworzyć program, bazujący na znanych i niezmiennych od lat zasadniczych założeniach i celach. To niezwykła i dość niespodziewana sytuacja, będąca prezentem od Bronisława Komorowskiego i Ewy Kopacz: PiS może zbudować IV RP jeszcze raz, tym razem w znacznie korzystniejszych okolicznościach wewnętrznych i zewnętrznych. Partia Jarosława Kaczyńskiego nie jest przy tym związana swoją dotychczasową polityką: może zrewidować taktykę i poszczególne rozwiązania. Czy skorzysta z tej szansy? To się okaże. Pewne jest, że stawia na wewnętrzną odnowę (choćby w sensie kadrowym i PR-owskim); inwestuje także w prace programowe.

Ugrupowanie Kukiza w połowie czerwca 2015 r. nie ma prawie nic – poza 21-procentową zaliczką z wyborów prezydenckich, sztabem i rzeszą wiążących z nim nadzieje wyborców i działaczy, zresztą często dość egzotycznych. Jest jeszcze postulat JOW, ale przede wszystkim jest mocne i szczere postanowienie dokonania wielkiej zmiany w Polsce. Jakie będą założenia polityki gospodarczej, społecznej czy zagranicznej tego ruchu? Tego nikt nie wie. A potencjał współrządzenia z PiS? To dopiero tajemnica.

Nowoczesna Polska, ugrupowanie Ryszarda Petru, choć prezentuje dość wyraźny profil liberalno-modernizacyjny, również ma szerokie pole manewru. Pod osłoną mediów, sondażowni oraz majętnych i wpływowych sponsorów może prezentować najróżniejsze punkty programowe. Oczywiście, jest mało prawdopodobne, by miała szansę realizować je po październiku, ale jeśli wejdzie do Sejmu, zyska wpływ na dyskurs publiczny.

Zmiana, ale jaka?

Nowy parlament i rząd mogą dokonać w Polsce przewrotu, nawet jeśli nie będą dysponować większością konstytucyjną. Niestety, najprawdopodobniej obydwa te ciała nie będą mieć komfortu Viktora Orbana sprzed kilku lat, który dysponował spójnym programem i zdyscyplinowanym klubem parlamentarnym. Jednak samo dążenie do zmiany powinno dać… duże zmiany. Czego można się spodziewać? Jaki będzie kierunek przemian? Przed jakimi wyborami i decyzjami staną nowe elity?

Zmieni się z pewnością polityka wobec inwestorów zagranicznych. Dzisiejszy model, polegający na wielkich przywilejach, ulgach podatkowych i tworzeniu miejsc pracy za wszelką cenę, jest nie do utrzymania. Jak konkretnie będzie wyglądała reforma? Pójdzie w stronę blokady transferów finansowych czy opodatkowania korporacji? A może priorytetem będą preferencje dla transferu wysokich technologii do Polski? Nie ma dokładnych odpowiedzi.

Polityka zagraniczna. Możemy budować silną pozycję w Unii i negocjować lepsze warunki lawirując między mocarstwami, ale możemy także skupić się na Europie środkowej i wschodniej lub regionie bałtyckim i południowym. Wzmocnienia partnerstwa z USA (czy też raczej jego budowę), szczególnie po jesiennych wyborach prezydenckich, także możemy sobie wyobrazić.

Energetyka. Czy nowy rząd będzie budował bezpieczeństwo energetyczne oparte na węglu i gazoporcie, silnie trzymając w ręku kluczowe spółki i odrzucając (tak, to możliwe) lub sabotując II Pakiet Klimatyczny, czy może spróbuje jeszcze raz szczęścia z łupkami i będzie stawiał na energię tanią, ale niekoniecznie stabilną? Co z energią jądrową i odnawialną?

Kolejny obszar to obronność. Nie wiemy, jaką armię będzie chciała budować nowa władza i jaka będzie w tym rola polskiego sektora zbrojeniowego. Tu również pojawia się kilka dylematów. Na przykład - czy zbrojenia mają służyć wyłącznie wzmacnianiu potencjału wojskowego, czy też mają również napędzać gospodarkę, innowacyjność i tworzyć miejsca pracy? Inne pytanie – bardziej fundamentalne – brzmi: do czego ma służyć Wojsko Polskie? Czy tylko do obrony kraju? A może do działań ekspedycyjnych (dobrze byłoby wreszcie zacząć odnosić z tego korzyści) lub realizacji zupełnie innych celów? Nie ma oczywistych rozstrzygnięć w tych kwestiach, a na coś trzeba będzie się zdecydować.

Ważnym i ogromnym zagadnieniem jest demografia. W tej skomplikowanej układance jest ZUS, rynek pracy, wspieranie dzietności i sprawy migracji, obejmujące kwestie asymilacji przybyszów oraz powrotu Polaków z zagranicy. Ten obszar dotyczy też polityki mieszkaniowej i nowej definicji zachęt do przedsiębiorczości młodych.

To tylko kilka dziedzin, w których nowa ekipa będzie musiała podejmować fundamentalne decyzje, wpływające na kształt państwa. Poza nimi jest mnóstwo innych, choćby służba zdrowia, system podatkowy, samorząd, bankowość, opieka społeczna. Są to właściwie ugory, bowiem rząd PO-PSL nie prowadził na nich praktycznie żadnej polityki poza podporządkowaniem się Brukseli, to jest Berlinowi, udzielaniem preferencji zagranicznym korporacjom oraz obojętnością i odwracaniem się od Wojska Polskiego.

Państwo jest zaniedbane. Trudno wskazać obszary, gdzie jest dobrze. Prawdopodobnie ich w ogóle nie ma. Nowa ekipa nie pokazuje jeszcze swoich kart, bo nie ma jeszcze nowej ekipy. Ale z dużym prawdopodobieństwem można przewidzieć jak będzie zachowywać się w zakresie polityki historycznej i kulturalnej. Można też przypuszczać, że podejmie działania dla poprawy pozycji krajowych firm i równoważenia ich względem zagranicznych koncernów. Rozpocznie aktywną walkę z bezrobociem i wzmocni przywileje dla rodzin wielodzietnych. Będzie chciała odbudować polski przemysł. Nie ulegnie unijnym naciskom w sprawach światopoglądowych.

To niewielki teren przewidywalności przyszłych rządów. Poza nim rozprzestrzenia się ocean szans i niepewności. I właśnie tam trzeba będzie licznych rozstrzygnięć.

Kilka prostych metod

Są rzeczy, które można i trzeba przeprowadzić bez względu na wszystko. Bez względu na obraz następnego rządu, parlamentu, koalicji. Nie wymagają one wielkich nakładów, badań czy gwałtownego szarpania cuglami. To rezerwy proste.

Pierwsza rezerwa - przywrócenie kontrolnej roli mediów. Gdyby istniała w III RP, połowa afer i zwykłych błędów byłaby niemożliwa. Prawdziwe media mają nie tylko moc obnażania nadużyć i pomyłek, ale wręcz zapobiegania im. Jak rząd może budować prawdziwe media? Na początek wystarczą „tylko” dwie rzeczy: zaprzestanie finansowania wydawnictw z puli państwowej, samorządowej i unijnej oraz poddanie się funkcjonariuszy publicznych sprawiedliwym wyrokom medialnym. Cała reszta zrobi się sama, zwłaszcza że obywatelski internet ma dziś właściwości kontrolne. Nowa ekipa powinna podejść do swojej roli i pozycji z pokorą, a jeśli coś należy wspierać, to edukację obywatelską w zakresie rozumienia świata mediów. Jeszcze 10 czy 20 lat temu należałoby postulować również lustrację dziennikarzy, ale dziś jest na to za późno – zostało wychowane nowe pokolenie mediaworkerów.

Drugą rezerwą prostą jest etos biurokracji. Nie chodzi o jej rozmiar czy skomplikowanie procedur (to osobne rezerwy), lecz zrozumienie, po co biurokracja została powołana. Została powołana do służenia obywatelom, a nie do władania nimi. Niestety, w Polsce mamy do czynienia z głęboko zakorzenioną spuścizną turańską i to bardzo starej, carskiej daty. To dlatego trwa dyskusja, czy w sprawach fiskalnych wątpliwości interpretować na korzyść podatnika – zupełnie, jakby odpowiedź na to pytanie nie była oczywista. Powszechny argument, że budżet straci na czymś tyle a tyle, jest tej samej proweniencji. Na szczęście da się już zauważyć wyspy służebności, na przykład w samorządach. Rząd, a zwłaszcza sejm mają potężne narzędzia, by te zmiany katalizować.

Można też zmniejszyć rozmiar biurokracji i złożoność procedur. To kolejna rezerwa. W III RP liczba urzędników cały czas rośnie, a sumaryczny zakres ich odpowiedzialności – w żadnym stopniu. Rozbudowy aparatu nie da się uzasadnić przyrostem ludności. Postęp technologiczny wręcz powinien przyczynić się do jego redukcji oraz przyspieszania i upraszczania spraw, a tak nie jest. Powód? System pracuje w dużej mierze na własne potrzeby, co jest po prostu czystym i nieuzasadnionym marnotrawstwem.

Z powyższym wiąże się rezerwa czwarta –etos elit, w tym klasy politycznej i samorządowców. Gdyby istniała silniejsza kontrola społeczna (w tym medialna) nad poczynaniami polityków, zaś biurokraci podjęli misję służebną, elity stałyby się mniej egoistyczne i bardziej niezależne od opinii zagranicy czy „rynków finansowych”. Jest tu także rola dla przywódców partyjnych. Mówiąc krótko, system powinien promować polityków o wysokim poziomie moralnym, a kwalifikacje brać pod uwagę w drugim rzędzie (inna rzecz, że dziś nie promuje żadnej z tych cech). Politycy, którzy sprzeniewierzyli się dobru wspólnemu, powinni być bezwzględnie eliminowani z życia publicznego. Trudno się powstrzymać od uwagi, że zniknęłyby wtedy całe partie.

Kolejna sprawa to usprawnienie organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Dziś w Polsce nie są to instytucje, które cieszą się zaufaniem. I słusznie. Odpowiedzialność za różne delikty zależy od pozycji społecznej, zamożności czy innego umocowania, sprawy rozstrzyga się opieszale, a co do sprawiedliwego orzeczenia nie można mieć najmniejszej pewności. W takich warunkach wszystko jest trudne i kosztowne – czy chodzi o działalność gospodarczą i społeczną, czy polityczną.

Szósta, potężna rezerwa to ograniczenie korupcji, która jest nie tylko gigantycznym ukrytym podatkiem pożerającym co najmniej kilka procent PKB rocznie, ale także czynnikiem nierównoprawności podmiotów gospodarczych, demolującym wolny rynek. Korupcja nie pozwala na optymalizację decyzji inwestycyjnych i sprawia, że dostajemy mniej niż moglibyśmy dostać. Pendolino, przerażająco drogie rakiety dla wojska, setki – jeśli nie tysiące - kilometrów zbędnych chodników z kostki Bauma - to przykłady aż nadto oczywiste. Zjawisko to działa demoralizująco na wszystkich jej uczestników, co między innymi skutkuje wyobcowaniem elit i niskim poziomem kapitału społecznego – o czym socjologowie tak lubią rozprawiać w telewizji, nie ocierając się nawet o prawdziwe przyczyny.

Skuteczna walka z korupcją musi odbywać się na kilka sposobów jednocześnie. Jednym z nich jest ściganie, a przez to odstraszanie. Ta funkcja była akurat dość dobrze realizowana za rządów PiS. Ale to za mało. Zmniejszeniu zepsucia będzie sprzyjać przebudowa etosu biurokracji i polityków, ale także ograniczanie obszaru decyzyjności w sferach potencjalnie korupcjogennych. Krótko mówiąc: tam, gdzie łapówki nie będzie za co dać, łapówka nie zostanie wręczona. Potrzebna jest przy tym maksymalna transparentność procesów decyzyjnych, na przykład w wyjątkowo dziś niejasnej kwestii przyznawania środków unijnych.

Ze wszystkimi powyższymi postulatami wiąże się siódmy –przegląd i kontrola wydatków i struktur publicznych, w tym spółek skarbu państwa. Tworzą one dziś wzajemnie zazębiający i napędzający się system, który wspiera wszystkie wyżej wymienione zjawiska i w coraz większym stopniu służy samemu sobie. Gdziekolwiek spojrzeć, mamy do czynienia z nowotworami – od systemu rozdzielania środków unijnych przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości, przez idiotyczne kampanie społeczne kupowane i wymyślane w ministerstwach, układ wzajemnych powiązań w finansowanych z pieniędzy podatników związkach sportowych czy Polskiej Organizacji Turystycznej, zakupy karabinów maszynowych w cenie dobrego samochodu, po przejęcia przez spółki skarbu państwa prywatnych podmiotów, o jakich żaden rozsądny właściciel nigdy by nie zdecydował. Jeśli spojrzeć na jakość zarządzania państwowym majątkiem, widać, że nie stoi za tym ani żadna przemyślana polityka, ani nawet elementarne zasady zarządzania.

W tej dziedzinie, gdzie marnowane są miliardy, doprawdy nietrudno poprawić sytuację – wystarczy kilka wytycznych premiera, w tym nakaz upraszczania i racjonalizacji, oraz ludzie innego pokroju. Może nie odwróci to kierunku całej machiny, ale zmniejszy niegospodarność.

Polska po jesiennych wyborach niewątpliwie się zmieni – i będzie to zapewne zmiana najbardziej radykalna w ostatnim ćwierćwieczu. Jej charakter pozostaje w głównej mierze nieznany, ale można wyglądać jej z optymizmem, nawet jeśli te nadzieje opierają się na bardzo niskiej ocenie dotychczasowej polityki.

Nowa ekipa może dokonać kilku ulepszeń, które uczynią państwo lżejszym, skuteczniejszym, sterowniejszym. I przede wszystkim - tańszym i bardziej uczciwym.

Tekst ukazał się w najnowszym numerze Rzeczy Wspólnych

Marek Wróbel wiceprezes Fundacji Republikańskiej. Prowadzi warszawską agencję public relations Neuron. W latach 2006-2007 był szefem gabinetu politycznego ministra gospodarki.

Komentarze

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Close