Mariusz Staniszewski: Polska rewolucja godności

Mariusz Staniszewski: Polska rewolucja godności

Dobrze wyedukowane społeczeństwo stawia politykom wyższe wymagania. W Polsce dzieje się to na naszych oczach. Proces ten będzie tym bardziej gwałtowny, że lepiej wykształceni są młodsi Polacy. Połączenie młodości i odrzucenia obecnego porządku może przynieść przewartościowanie polskiej polityki. 

Diagnozując przyczyny porażki w wyborach prezydenckich politycy Platformy i sprzyjający jej dziennikarze oraz pracownicy naukowi najczęściej wskazują fatalną kampanię Bronisława Komorowskiego. Oczywiście, przejdzie ona do historii jako przejaw nieporadności, braku profesjonalizmu i arogancji, ale w rzeczywistości przyczyny upadku są inne. Obóz władzy ciągle zdaje się ich nie rozumieć i wykonuje serię nieskoordynowanych działań, które tylko pogłębiają kryzys.

Bezcenne wykształcenie

Klęska Bronisława Komorowskiego oznacza nie tylko odejście na emeryturę najgorszego prezydenta III RP, na którym ciążyły niejasne powiązania ze służbami specjalnymi oraz kilka niewyjaśnionych afer – zainwestowanie 250 tys. marek niemieckich w tzw. bank Palucha na początku lat 90., udział w prześladowaniu Romualda Szeremietiewa, sprawa aneksu do raportu z likwidacji WSI.

Przegrana 24 maja ma także, znacznie ważniejszy, wydźwięk społeczny. Okazało się oto, że społeczeństwo obywatelskie jest w stanie pokonać konglomerat złożony z sił politycznych, biznesowych, medialnych i związanych ze służbami specjalnymi. Wbrew pozorom nie był to bój łatwy, bo wymagał wielkiej mobilizacji zarówno członków partii politycznych, jak i organizacji obywatelskich, które pilnowały wyborów. To właśnie ich zaangażowanie w przestrzeganie zasad demokracji jest ogromnym kapitałem, jaki udało się zgromadzić w czasie kilku miesięcy kampanii wyborczej. Choć właściwie lepiej wskazać okres od wyborów samorządowych w 2014 r., których wynik w oczywisty sposób został wypaczony przez wyjątkowo wysoką liczbę głosów nieważnych.

Na ostatnie wybory prezydenckie musimy więc spojrzeć właśnie z perspektywy odzyskania godności obywateli w starciu z władzą. W tym kontekście najczęściej wskazuje się wyborców Pawła Kukiza, którzy zgłosili wotum nieufności wobec obecnej władzy, domagając się zmian tu i teraz. Według tej diagnozy, władzę w Polsce zmienili ludzie sfrustrowani obecnym poziomem rządzenia oraz znudzeni tymi samymi twarzami oglądanymi w telewizji.

Spróbujmy jednak nałożyć na te wybory inną siatkę pojęciową. Jeśli o wyniku głosowania zdecydowali ludzie w wieku 18-29 lat, to znaczy, że wyboru dokonało pokolenie Polaków najlepiej wykształcone od kilkudziesięciu lat. Często tego nie zauważamy, ale w naszym kraju w ciągu ostatnich kilkunastu lat dokonała się rewolucja edukacyjna. Polska zajmuje drugie miejsce na świecie pod względem liczby studentów, a wysoki odsetek maturzystów idących na studia (obecnie jest to 50 proc.) utrzymuje się, mimo że przestały one już chronić przed bezrobociem. Nawet jeśli dziś możemy mieć poważne zastrzeżenia wobec poziomu i systemu kształcenia na uczelniach wyższych, to jednak nie da się zaprzeczyć, że średni poziom wykształcenia młodego pokolenia jest coraz wyższy. Za tym idzie także zdecydowanie wyższy poziom oczekiwań wobec państwa i polityków, ale również znacznie większa odporność na socjotechniczne chwyty stosowane w kampaniach wyborczych przez speców od propagandy. Pokolenie wychowane na reklamie i zaawansowanym marketingu jest więc trudniej sterowalne za pomocą metod znanych do tej pory. Widać to było choćby w znikomym wpływie, jaki na wynik wyborów miało zaangażowanie gwiazd świata kultury i sportu. Mimo że w większości stanęli oni po stronie urzędującego prezydenta, nie pomogli mu w żaden sposób. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że ich zaangażowanie i często – jak w przypadku Mariana Opani czy Krystyny Jandy – prymitywne ataki na Andrzeja Dudę odniosły skutek odwrotny. Osobistości świata kultury po stronie Bronisława Komorowskiego stały się tylko dowodem, że przegniły system władzy wykracza poza politykę i tym bardziej należy go zmienić.

Gdy dostrzeże się ten zachodzący w Polsce proces, to zrozumie się, że w lepiej wykształconym społeczeństwie kampania wyborcza ma mniejsze znaczenie poznawcze (trudniej przekonać obywatela do swoich racji) – zwłaszcza, gdy kandydat nie ma żadnego realnego programu, a osiągnięcia ostatnich pięciu lat rządzenia przeczą głoszonym hasłom. W takiej sytuacji kampania ma większe znaczenie mobilizacyjne (jej celem jest zachęcenie ludzi do udziału w głosowaniu). Jeśli więc stronnicy Bronisława Komorowskiego mówią, że przegrana wynikała ze złej kampanii, to znaczy, że nie udało im się zniechęcić młodych wyborców do udziału w głosowaniu. Bo tylko to gwarantowało odchodzącemu prezydentowi sukces. Przekonać ich Komorowski nie był przecież w stanie. Z tego punktu widzenia szeroko rozumiany obóz władzy jest skazany na dalsze porażki, ponieważ z każdym rokiem będzie przybywało lepiej wykształconych wyborców, dla których nie ma on teraz oferty.

Co więcej, obecny obóz władzy nie jest dziś w stanie dokonać żadnej zmiany w sposobie komunikowania się z młodymi ludźmi. Z jednej więc strony nie odbiera on sygnałów od młodych wyborców (albo odbiera błędnie), z drugiej komunikaty, jakie im wysyła nie trafiają lub wywołują skutek odmienny od zamierzonego.

Przykładem tego była choćby decyzja premier Ewy Kopacz o zatrudnieniu 50 trolli internetowych, którzy mają w przyszłych wyborach wygrać z opozycją bój w sieci. Andrzej Duda nie wygrał przecież w przestrzeni wirtualnej dlatego, że miał armię trolli. Powodem sukcesu był spójny przekaz, ale przede wszystkim wystrzeganie się wpadek, a co za tym idzie brak pretekstów do memów czy błyskawicznie rozchodzących się w internecie żartów.

Ponadto internet, jako najbardziej demokratyczne medium, stał się dla dużych grup społecznych jedynym sposobem swobodnej wymiany myśli. Niemożliwej dziś w opanowanych przez ludzi władzy bądź sympatyzujących z nimi stacjach telewizyjnych. Trollowanie w sieci będzie kolejnym dowodem na fałszywość intencji władzy, która stara się zabrać obywatelom ostatnią sferę wolności. I tu więc skutek może być odwrotny.

Narodowi Europejczycy

Gdy dziś patrzy się na strukturę elektoratów dwóch najsilniejszych kandydatów, podział wydaje się prosty: lepiej wykształceni poparli Komorowskiego, gorzej -Dudę. Ale mówimy tu głównie o ludziach, którzy wyższe szkoły kończyli kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. To osoby, które miały inne autorytety i wzorce niż absolwenci obecnie otrzymujący dyplomy.

Pokolenie czterdziesto-, pięćdziesięcio-, czy sześćdziesięciolatków ukształtowało swoje polityczne przekonania poprzez konflikt z lat 90. ubiegłego wieku i pierwszego dziesięciolecia obecnego. Rzadko przenoszą swe preferencje z jednego obozu na inny. Ich aktywność ogranicza się raczej do pójścia do wyborów lub pozostania w domu.

Młodzi wyborcy są w dużej mierze wolni od obciążeń sporu dwudziestu pierwszych lat polskiej wolności. Dla nich polityka w coraz mniejszym stopniu określa przynależność do plemienia, a w większym ma być elementem realizowania dobra wspólnoty. To o tyle istotne, że bardzo różnią się tym od swoich rodziców. Pokolenie transformacji było skupione głównie na tym, by wsiąść do pociągu o nazwie sukces i zdobyć profity z rodzącego się kapitalizmu. Nie chodzi tylko o udział we władzy czy korzyści płynące ze współpracy z władzą. To zjawisko szersze, bo obejmujące wszystkich, którzy w tworzącej się nowej rzeczywistości dostrzegli – i często osiągnęli – prywatny sukces. Można powiedzieć, że na początku lat 90. ubiegłego wieku stanęli do wyścigu szczurów i dziś jako zwycięzcy dobiegają do mety. Dla wielu nowy ład kojarzy się więc z osobistym zadowoleniem, a jego symbolem było porozumienie okrągłego stołu. Nawet jeśli uznają tamten kompromis za zgniły, to jednak dla nich był opłacalny i korzystny.

Po drugiej stronie mieliśmy osoby, które nie wsiadły do pociągu o nazwie sukces i dla nich okrągły stół stał się symbolem osobistej porażki.

W tym znaczeniu porozumienie z komunistami ma więc podwójnie zdradziecki charakter: z jednej strony oznaczało układanie się z ludźmi, którzy mieli krew na rękach, co – przy rzeczywistym zagwarantowaniu im nietykalności - jest zaprzeczeniem podstawowej zasady sprawiedliwości, z drugiej skazanie ludzi walczących z komunistami na biedę.

Oczywiście, narysowany tu podział jest bardzo jaskrawy – w rzeczywistości miał znacznie więcej szarości – ale trudno nie zauważyć, że w 2015 roku już się wyczerpał.

Młodzi wyborcy, nie rozumiejąc okrągłostołowego sporu pierwszych lat polskiej wolności, w dużej mierze odrzucili także autorytety stojące po dwóch stronach barykady. Nie mogli jednak pozostać w pustce normatywnej, dlatego autorytetów zaczęli szukać w nieco dalszej historii. To właśnie stąd wziął się kult żołnierzy wyklętych, powstańców warszawskich, a nawet styczniowych. Szukając innych punktów odniesienia, sięgnęli więc po najbardziej absolutne. Co więcej, wtedy przekonali się, że pokolenie ich rodziców w dużej części wykpiwało ten rodzaj bezkompromisowego patriotyzmu. To jeszcze bardziej zaostrzyło konflikt między pokoleniami.

Tego rodzaju mieszanka prędzej czy później musiała przynieść przewartościowanie na scenie politycznej. Przekonamy się wkrótce, czy porażka Bronisława Komorowskiego była tylko epizodem, czy początkiem zmian.

JOW-y i NSZ

Nie przez przypadek Paweł Kukiz, który jest dziś symbolem buntu przeciwko establishmentowi III RP, w czasie kampanii prezydenckiej zgłaszał w zasadzie tylko jedno hasło – wprowadzenie większościowej ordynacji wyborczej. Nie przez przypadek też na wiece wyborczej i do telewizji przychodził w koszulce z symbolem „Polski Walczącej” czy Narodowych Sił Zbrojnych.

To są proste i czytelne sygnały wysyłane do młodych ludzi. Kukiz mówi im: „Jeśli podoba wam się w Wielkiej Brytanii, dokąd emigrujecie, to pomyślcie sobie, że taką Wielką Brytanię możemy zbudować u siebie. Wystarczy, że wprowadzimy taki sam system wyborczy.” To oczywiście w dużej mierze złudna nadzieja, bo jednomandatowe okręgi wyborcze nie podniosą jakości posłów z dnia na dzień, a wręcz na długi czas mogłyby zatrzymać ewolucję systemu władzy w Polsce, ponieważ umocniłyby dominację dwóch największych partii politycznych, zwłaszcza Platformy Obywatelskiej.

Paradoksem wprowadzenia JOW-ów byłoby więc to, że „partia Kukiza”, ciesząca się dziś poparciem nawet ponad 20 proc. wyborców, najprawdopodobniej nie wprowadziłaby do Sejmu znaczącej reprezentacji. Być może nawet poza samym Kukizem nikt z tej formacji nie dostałby się do parlamentu.

Z pewnością jednak zmiana ordynacji wyborczej rozpoczęłaby przeobrażenia wewnątrz samych partii i w tym należy upatrywać największej szansy na zmianę polityczną w naszym kraju.

A o tym, jakiej zmiany oczekuje młode pokolenie mówią koszulki Pawła Kukiza czy imponujące oprawy pojawiające się na stadionach. Młodzi ludzie oczekują, że reprezentujący ich ludzie będą prawdziwymi patriotami. Rzecz jasna, tego rodzaju myślenie nie jest domeną całego młodego pokolenia, ale wystarczy porównać marsz z 11 listopada z manifą czy próbami organizacji demonstracji 1 maja, by dostrzec różnicę potencjałów młodej polskiej prawicy i lewicy.

Tego rodzaju postawy często utożsamia się z konserwatyzmem. To jednak nie jest dziś takie oczywiste. Konserwatyzm wartości narodowych i patriotycznych nie musi się wcale przekładać na konserwatyzm wartości światopoglądowych czy wolnorynkowych.

Bunt, który dziś obserwujemy jest raczej rodzeniem się społeczeństwa, pozbawionego kompleksów wobec młodych Niemców, Francuzów, czy Brytyjczyków. Polscy dwudziestolatkowie znają tamte kraje, wiedzą jak zachowują się ich rówieśnicy mówiący w innych językach i nie godzą się na pozostawanie w pozycji ubogiego krewnego. Chcą podniesienia jakości usług świadczonych przez państwo do poziomu, jaki poznali w Europie. A jeśli ktoś nie jest w stanie wskazać drogi do tego celu, musi odejść. Tak jak Bronisław Komorowski.

Tekst został opublikowany w 20 numerze kwartalnika "Rzeczy Wspólne".

Mariusz Staniszewski

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego tygodnia "Wprost", publicystą tygodnika „Do Rzeczy”. Ukończył nauki polityczne na Uniwersytecie Wrocławskim.

Komentarze

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Close