Pogodzić Piłsudskiego z Dmowskim. Chrześcijaństwo – republikanizm – narodowość

Pogodzić Piłsudskiego z Dmowskim. Chrześcijaństwo – republikanizm – narodowość

Debata o polskiej polityce wschodniej w III RP ogniskuje się wokół dwóch skrajnych koncepcji, będących współczesną emanacją konkurencyjnych idei polityki wschodniej z czasów II RP: federacyjnej – reprezentowanej przez obóz marszałka Piłsudskiego oraz inkorporacyjnej – związanej z Narodową Demokracją Romana Dmowskiego. O ile pierwsza z nich znalazła swego spadkobiercę w postaci programu „prometeizmu” środowiska Kultury Paryskiej, który niemal całkowicie zdominował okres po 1989 r., tak ta druga – częściowo skompromitowana w okresie PRL – wciąż nie doczekała się godnej kontynuacji. Obecnie, w obliczu częściowego sukcesu idei prometejskiej na odcinku ukraińskim, ale również wobec pewnych jej niepowodzeń, coraz wyraźniej widać potrzebę dokonania korekty polskiej polityki wschodniej. Tym razem powinna ona przyjąć nieco bardziej „endecki” charakter, co nie oznacza, że pozostawać ma w opozycji do koncepcji Giedroycia i Mieroszewskiego. Wręcz przeciwnie. Wydaje się, że warunki do symbolicznego „pogodzenia Piłsudskiego z Dmowskim” zaistniały częściowo w warunkach III RP, a w pełni zaistnieć mogą w niedalekiej przyszłości. Co więcej, pogodzenie to mogłoby znaleźć oddźwięk nie tylko w obszarze polityki wschodniej i zagranicznej w ogóle, ale również w sprzężonych z nimi, kluczowych kwestiach polityki wewnętrznej.

Piłsudski i Dmowski
Koncepcja federacyjna Piłsudskiego zakładała utworzenie na ziemiach należących do Rosji – w oparciu o klucz narodowościowy – niepodległych Litwy, Białorusi i Ukrainy, połączonych w federację pod przewodnictwem Polski. Realizacja takiego scenariusza miała odbywać się z zachowaniem równouprawnienia wszystkich narodów federacji oraz w oparciu o porozumienie z Niemcami. Będąca jej przeciwieństwem koncepcja inkorporacyjna z kolei, polegała na utworzeniu państwa polskiego na ziemiach o przewadze ludności polskiej w porozumieniu z Rosją, a następnie asymilacji pozostałych mniejszości narodowych (z wyjątkiem Żydów). Jak wiemy żadnej z koncepcji nie udało się całkowicie wprowadzić w życie, jednak to właśnie polityka endecji ostatecznie zatriumfowała w praktyce.

Paradoksem historii jest fakt, że finalne wytyczenie granic wschodnich II RP na mocy traktatu ryskiego w 1921 r., w kształcie niemal zupełnie zgodnym z proponowanym przez Dmowskiego w trakcie konferencji paryskiej (i takim, który według jego autora pozwalał na asymilację ludności niepolskiej), mogło być możliwe w dużej mierze dzięki działalności Piłsudskiego. Paradoks ten odzwierciedla tylko ów mackiewiczowski wielki problem międzywojennej Polski, jakim było współistnienie dwóch tak wybitnych osobistości, który niemalże uniemożliwiał osiągnięcie ogólnonarodowego konsensusu w kluczowych dla państwa sprawach. Istnienie obu tych osobowości było jednak wtórne wobec okoliczności w jakim przyszło im działać. Potęgowało ono tylko wpisane w nie sprzeczności, wynikające z niemożliwości pogodzenia w owym czasie i w warunkach państwa demokratycznego, fundamentalnych interesów państwa o charakterze wewnętrznym jak i zewnętrznym. W wymiarze wewnętrznym, po tak długim braku niepodległości i funkcjonowania w różnych organizmach państwowych, ewidentną dla państwa polskiego koniecznością była konsolidacja społeczeństwa wokół – tak żywych przecież wśród Polaków – haseł narodowych. Konieczność taką potęgował dodatkowo fakt, że okres po zakończeniu I wojny światowej stanowił zenit idei państw narodowych i zasady samostanowienia narodów. Z takich właśnie powodów do haseł narodowych odwoływał się Dmowski, co miało jednak swoją cenę w wymiarze geopolitycznym.

W warunkach dopiero co wyzwolonej, słabej politycznie, chłopskiej, demokratycznej i wielonarodowościowej II RP, leżącej pomiędzy dwoma potężniejszymi sąsiadami, powszechna konsolidacja narodowa musiała odbyć się poprzez wskazanie wspólnego wroga. Z uwagi spory terytorialne z Niemcami oraz pewien odsetek mniejszości niemieckiej w kraju, głównym wrogiem musiały stać się Niemcy. Z powodu licznej obecności w państwie polskim oraz faktu zdominowania życia gospodarczego kraju, kolejnym wrogiem narodu musieli stać się także Żydzi, szczególnie wziąwszy pod uwagę powszechny wśród ludu antysemityzm. Realizując taką strategię nie dało się również uniknąć zantagonizowania pozostałych mniejszości narodowych w kraju, a w szczególności Ukraińców i Litwinów. Przy niewątpliwej przenikliwości koncepcji Dmowskiego, naiwną musiała być mimo wszystko wiara, że uczucie antypatii do Niemców i Żydów na zasadzie „wspólnego wroga”, okaże się silniejsze od chęci emancypacji narodowej. Co najważniejsze jednak, wskazanie wszystkich wymienionych powyżej wrogów musiało nieść za sobą jasne implikacje geopolityczne, a mianowicie próbę porozumienia z „białą Rosją”. Takie porozumienie jednak, przy założeniu włączenia w obręb Rzeczypospolitej tylko obszarów o przewadze ludności polskiej (zrealizowanym de facto w traktacie ryskim), oznaczało sankcjonowanie geostrategicznej przewagi podówczas Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej w Europie Wschodniej i to w sytuacji, kiedy granicę Polski (lub też państw sojuszniczych) prawdopodobnie przesunąć można było dalej na Wschód. Nie trzeba również wspominać o tym, że – nawet przyjmując paradygmat realistycznej szkoły stosunków międzynarodowych o znaczeniu czynników materialnych w przeciwieństwie do ideowych – forsowanie porozumienia z epatującą ideologią komunistyczną bolszewicką Rosją musiało rodzić spore wątpliwości.

Próba polonizacji ludności niepolskiej na terenach II RP musiała ponadto trącić hipokryzją, będąc zaprzeczeniem dominującej wówczas idei samostanowienia narodów, tak hołubionej przez endecję jeszcze przed uzyskaniem przez Polskę niepodległości. Co gorsza, stanowiła ona realizację – przyjętej w Świecie Zachodnim – teorii, zakładającej, że to państwa tworzą narody. Było to podejściem błędnym, jako że teoria ta mogła mieć zastosowanie w „erze przednarodowej” na Zachodzie Europy, a nie na początku XX w. w Europie Wschodniej, której narody – wytworzone w warunkach braku suwerenności państwowej w XIX w. – w sposób naturalny dążyły do uzyskania własnej państwowości. Co więcej, były one w większości prawosławne, co przy powiązaniach endecji z polskim Kościołem Katolickim nie mogło pozytywnie wpływać na ich asymilację. Nie sposób nie wspomnieć w tym kontekście także o tym, że wobec aktów terroru, których dopuszczała się władza sowiecka na terenach RFSRR, tolerancyjnej wobec mniejszości narodowych Rzeczpospolitej dość łatwo byłoby pozyskiwać je dla swoich interesów lub też nawet do idei federacyjnej. To właśnie w odniesieniu do wszystkich powyższych punktów, w wymiarze geopolitycznym, leżała przewaga koncepcji Józefa Piłsudskiego, która była prawdziwą spadkobierczynią tradycji I Rzeczpospolitej. Pozwalała ona bowiem prawdopodobnie na przesunięcie granic Polski i sojuszniczych Litwy, Ukrainy i Białorusi dalej na Wschód, uzyskując tym samym nad RFSRR przewagę strategiczną w Europie Wschodniej. Gdyby nie wewnętrzna obstrukcja działań Marszałka ze strony endecji, być może plany te udałoby się wprowadzić w życie, a nawet jeśli nie, to polityka Warszawy odnośnie mniejszości narodowych w ostatecznych granicach II RP mogłaby być bardziej liberalna i tym samym skuteczniejsza (choć bardzo trudna do zaakceptowania przez endecko nastawione społeczeństwo polskie na Kresach). Stwarzałoby to dobry grunt ku temu, aby Polska jak dawniej promieniowała kulturowo na Wschód oraz by ewentualna polonizacja ludności niepolskiej miała charakter dobrowolny, a nie wymuszony. Należy podkreślić, że tylko realizacja takiego scenariusza była w stanie stworzyć w Europie Środkowo-Wschodniej potencjał odpowiedni ku temu, by przy pomocy aliansów zewnętrznych móc równoważyć wpływy RFSRR i Niemiec w regionie. Jako że to geopolityka miała ostatnie słowo w środkowoeuropejskiej rozgrywce w latach 30., to właśnie z tego powodu koncepcji Piłsudskiego należy przyznać wyższość.

Podsumowując, realizując wewnętrznie słuszną strategię konsolidacji narodowej, Dmowski stał się jej zakładnikiem w polityce zagranicznej i analogicznie, polityka federacyjna – mimo że w wymiarze zewnętrznym właściwa – czyniła z Piłsudskiego zakładnika w polityce wewnętrznej. Podział ówczesnego społeczeństwa polskiego, spotęgowany jeszcze przez spór obu tych wybitnych postaci, w warunkach dopiero co wyzwolonej, słabej politycznie, chłopskiej, demokratycznej i wielonarodowościowej II RP, uniemożliwiał dokonanie jednoczesnej konsolidacji narodowej oraz budowy federacji z państwami wschodnioeuropejskimi, co byłoby rozwiązaniem optymalnym.

Pogodzić Piłsudskiego z Dmowskim
Jak opisano powyżej, w warunkach II RP nie było możliwości dokonania jednoczesnej konsolidacji społeczeństwa wokół haseł narodowych oraz realizacji wizji federacyjnej. Połączenie obu tych koncepcji w wyżej opisanych warunkach, było bowiem nie do zaakceptowania przez społeczeństwo. Wydaje się jednak, że warunki do połączenia spuścizn obu tych wizji – z uwzględnieniem współczesnych realiów –zaistniały częściowo w warunkach III RP (głównie w aspekcie zewnętrznym) i w pełni zaistnieć mogą w przyszłości (aspekt wewnętrzny).

Jeśli chodzi o wymiar zewnętrzny, to III RP funkcjonuje w warunkach o wiele bardziej komfortowych, aniżeli jej międzywojenna poprzedniczka. Po pierwsze, po przesunięciu granic na Zachód po II wojnie światowej i rozpadzie ZSRR (utworzenie niepodległych Białorusi i Ukrainy), III RP posiada zdecydowanie lepsze położenie geopolityczne względem Niemiec oraz Rosji. Po drugie, ma uregulowany prawnie przebieg wszystkich swych granic (oraz brak sporów terytorialnych), które posiadają dodatkowo międzynarodowe gwarancje. Po trzecie, z uwagi na współczesny, liberalny model stosunków międzynarodowych i dominację idei prometejskiej, nie posiada ona powszechnych resentymentów odnośnie ziem kresowych. Po czwarte, funkcjonuje w ramach unii politycznej i gospodarczej (Unia Europejska), a także w ramach najpotężniejszego sojuszu militarnego świata (NATO). Po piąte, po rozpadzie ZSRR, Czechosłowacji oraz Jugosławii w Europie Środkowo-Wschodniej poza Polską nie istnieje też inne państwo, które posiadałoby potencjał odpowiedni do odgrywania roli nieformalnego lidera regionu.

W wymiarze wewnętrznym z kolei, współczesna Polska jest krajem jednolitym narodowościowo, znacznie zamożniejszym od II RP, który od prawie siedemdziesięciu lat nie widział wojny. Posiada ona również relatywnie większą siłę polityczną i dość ustabilizowaną demokrację z pokaźnym udziałem klasy średniej. Nie oznacza to oczywiście, że III RP brak jest – często nieobecnych w II RP – bolączek, które utrudniają osiągnięcie konsolidacji narodowej, która to z kolei – wraz z uwzględnieniem wyżej opisanych warunków zewnętrznych – pozwoliłaby na połączenie spuścizn idei Piłsudskiego i Dmowskiego.

Mimo ponad dwudziestu lat niepodległości główna oś podziału rodzimej sceny politycznej (spór między PiS a PO) wciąż nie przypomina bowiem tej klasycznej, w której kryterium podziału są kwestie ideowe. Co więcej, temperatura tego sporu wciąż przypomina czasy braku niepodległości i jest zdecydowanie zbyt wysoka jak na warunki suwerennego państwa. Zbyt często utrudnia ona też osiągnięcie ponadpartyjnego konsensusu w kluczowych dla interesów narodowych sprawach. Problemem współczesnej Polski pozostaje także wciąż niski poziom zaufania społeczeństwa do klasy politycznej oraz partycypacji w wyborach, jak również silny indywidualizm (brak poczucia wspólnoty) i niski poziom kapitału społecznego. Niestety wydaje się, że w warunkach III RP nie istnieje możliwość rozwiązania powyższych problemów i dokonania prawdziwej konsolidacji narodowej. Abstrahując od wszelkich teorii spiskowych na temat porozumienia Okrągłego Stołu i doceniając pozytywne jego aspekty, nie sposób nie zauważyć, że ceną jaką przyszło zapłacić za jak najbardziej chwalebną pokojową rewolucję było zachowanie w III RP wielu elementów dawnego porządku, zwłaszcza w aspekcie ludzkim oraz instytucjonalnym.

Taki stan rzeczy może burzyć w społeczeństwie elementarne poczucie sprawiedliwości społecznej i tym samym podważać moralną legitymację III RP do egzekwowania prawa. Jest to najprawdopodobniej jedną z przyczyn tego, że współczesnemu państwu polskiemu brak jest powszechnej legitymizacji społecznej, czego najjaskrawszym przykładem są wspomniane już: skrajny indywidualizm Polaków, porzucenie zasady dobra wspólnego, a także niski poziom frekwencji w kolejnych wyborach. Warto również zauważyć, że III RP stworzona została w wyniku umowy zawartej między elitami opozycyjnymi i rządowymi i w niepełny sposób stanowiła realizację wspomnianej powyżej zasady, że w Europie Środkowo-Wschodniej, to narody tworzą państwa. Tylko bowiem w sytuacji, kiedy zasada ta zostanie w pełni zrealizowana na polskim gruncie, uda się doprowadzić do symbolicznego pogodzenia Piłsudskiego z Dmowskim.

Nowa generacja
Jak wspomniano powyżej, w warunkach III RP nie jest najprawdopodobniej możliwe dokonanie symbolicznego „pogodzenia Piłsudskiego z Dmowskim”. Obecne elity oraz klasa polityczna nie są bowiem w stanie podjąć się takiego wyzwania, a w ich interesie jest raczej utrzymanie status quo, w którym to one są klasą uprzywilejowaną. Aby owa konsolidacja narodowa i związane z nią „pogodzenie” mogły się dokonać, potrzebna jest zmiana generacyjna, tym bardziej, że w dorosłe życie wchodzi obecnie nowe pokolenie Polaków, wychowane już w wolnej Polsce. Pokolenie to łączy generacyjne doświadczenie niezadowolenia z obecnego stanu państwa polskiego, które nie jest w stanie zapewnić możliwości rozwoju zawodowego. Część młodych ludzi ma również problem z bezpośrednim identyfikowaniem się z III RP w sferze symbolicznej, co nie pozwala na swobodne wyrażanie swojego patriotyzmu w ujęciu państwowym.

Powyższe argumenty przemawiają zatem za dokonaniem gruntownych zmian ustrojowych w obecnie obowiązującym porządku konstytucyjnym, lub też poprzez uchwalenie nowej ustawy zasadniczej. Z obu tych rozwiązań, to drugie wydaje się o tyle bardziej uzasadnione, że posiadałoby zdecydowanie głębszy wymiar symboliczny, który pozwalałby na stworzenie klarowniejszych fundamentów nowego porządku. Co najważniejsze jednak, ażeby w pełni zrealizowana mogła zostać zasada, że to naród tworzy państwo, konieczne byłoby powstanie nowej Rzeczpospolitej na gruncie konstytucji, która byłaby wynikiem ogólnonarodowego konsensusu.

Należy podkreślić, że nie chodzi w tym miejscu o działania rewolucyjne, lecz ewolucyjne, z zachowaniem respektu dla obecnie obowiązujących reguł prawa. Ażeby wspomniana nowa konstytucja mogła być ostatecznym „aktem pojednania Piłsudskiego z Dmowskim”, musiałaby się ona opierać na uporządkowanej hierarchicznie triadzie zasad: chrześcijaństwo – republikanizm – narodowość. Wychodząc od najniższego poziomu, zasada narodowości polegać by miała na pogodzeniu tradycji wielonarodowościowej I RP – w której przymiotnik „polski” oznaczał jedynie przynależność do narodu szlacheckiego, niezależnie od pochodzenia i języka – z nowoczesną myślą narodową Dmowskiego, zgodnie z którą naród polski rozumiany jest współcześnie. W takim ujęciu pojęcie narodowości ulegałoby rozszerzeniu i stwarzałoby pobudkę do identyfikowania się obywateli Rzeczpospolitej nie tylko na zasadzie języka, pochodzenia czy tradycji (jak to jest obecnie), lecz przede wszystkim ze względu na posiadanie obywatelstwa polskiego i tym samym równych praw (podobnie jak w I RP). Byłoby też użyteczne pod kątem asymilacji zwiększającej się w Polsce imigracji, której potrzebuje polska gospodarka. Stworzenie atmosfery stworzenie przyjaznej imigrantom mogłoby być również swego rodzaju przewagą konkurencyjną w rywalizacji o pracowników przyjezdnych, szczególnie wobec szerzącej się w Europie Zachodniej niechęci do ich przyjmowania. Znajdująca się na drugim miejscu w hierarchii triady zasada republikanizmu, przesądzać miałaby o republikańskiej formie rządów w Rzeczypospolitej, rozumianej jako dobro wspólne wszystkich obywateli w warunkach demokratycznych. Idąc dalej, obywatele ci – kierowani interesem podtrzymania zasady dobra wspólnego – „stawaliby się jej akcjonariuszami”, tworząc wspólnotę polityczną, będącą de facto kolejną płaszczyznę identyfikacji mieszkańców Rzeczypospolitej ponad różnicami narodowościowymi. Pozwalałoby to obywatelom na swobodne identyfikowanie się z państwem i mogło być remedium na tak posunięty w Polsce indywidualizm. Co więcej, taki republikański ustrój, gwarantując jednocześnie wolność każdego obywatela w aspekcie prywatnym, światopoglądowym, politycznym i gospodarczym, a także ograniczone do podstawowych funkcji i kierujące się zasadą dobra wspólnego państwo, stwarzałby atrakcyjne środowisko do życia, pracy i prowadzenia działalności gospodarczej.

Zapewnienie takich warunków mogłoby być magnesem przyciągającym imigrantów oraz skłaniających Polaków za granicą do powrotu do kraju. Jest to szczególnie pożądane w przypadku Polski, która posiada kilkunastomilionową diasporę i na Wschód od której znajduje się szereg podobnych kulturowo i językowo państw, które stanowią główne źródło imigrantów w Polsce. Umieszczona na najwyższym szczeblu hierarchii triady zasada chrześcijaństwa pozwalałaby stworzyć ostatnią płaszczyznę identyfikacji obywateli Rzeczpospolitej, ponad wspomnianymi już narodowością i republikanizmem (obywatelskością). Oznaczać by ona miała, że zgodnie z optyką chrześcijańską postrzegać by oni mogli siebie samych (a także wszystkich innych ludzi) w pierwszej kolejności jako bliźnich, a dopiero później jako obywateli danego państwa czy też członków danego narodu. Taka zmiana na poziomie świadomościowym mogłaby przyczynić się do głębszego zacieśnienia więzi międzyludzkich, aniżeli poczucie przynależności do tej samej zbiorowości państwowej czy narodowej, które w gruncie rzeczy mają charakter konwencjonalny i abstrakcyjny. Byłoby to rozwiązaniem niezwykle korzystnym pod kątem asymilacji przybywających do Rzeczpospolitej imigrantów, których zdecydowana większość pochodzi przecież z chrześcijańskich krajów wschodniego i południowego sąsiedztwa Polski. Mogłoby to mieć również znaczenie w kontekście nasilających się na świecie prześladowań chrześcijan, którzy w Rzeczpospolitej mogliby znaleźć dogodne miejsce do życia.

Odnosząc się jeszcze do kwestii ustrojowych, obecność chrześcijaństwa w życiu społeczno-politycznym mogłaby być źródłem tak potrzebnych w każdej republice cnót obywatelskich oraz rekompensować braki państwa socjalnego. Odwołanie się do chrześcijaństwa mogłoby mieć również wpływ na prawnoustrojowe usytuowanie Kościoła katolickiego w Rzeczpospolitej. Z racji jego wyjątkowej roli dla przetrwania państwa i narodu w okresie utraty niepodległości oraz jego pozycji w społeczeństwie, usytuowanie to mogłoby mieć charakter pośredni między zachodnim modelem całkowitego rozdziału Kościoła od państwa, a wschodnim „cezaropapizmem”. Polegać by ono mogło na de facto pełnym rozdziale Kościoła od państwa, w którym Kościół katolicki otrzymywałby miano państwowego, z prawem do obecności w sferze publicznej, w zamian za co miałby on w pełni realizować zasadę subsydiarności. Takie rozwiązanie mogłoby mieć również przełożenie w sensie honorowym, gdzie Kościół Katolicki otrzymywałby uprzywilejowaną pozycję wobec innych Kościołów i związków wyznaniowych, co znajdowałoby odzwierciedlenie w celebrowaniu świąt państwowych w świątyniach katolickich oraz w zasadach precedencji. W sferze realnego funkcjonowania i finansowania działałby on jednak na takich samych zasadach jak inne Kościoły i związki wyznaniowe. Fakt, że Kościół Katolicki i generalnie chrześcijaństwo ujmowane byłyby w mechanizmy republikańskie w sferze realnego funkcjonowania, nie rodziłby ryzyka narzucenia swej dominacji innym Kościołom, wyznaniom czy osobom niewierzącym.

Takie właśnie prawnoustrojowe umocowanie Kościoła Katolickiego na zasadzie powszechnego konsensusu sankcjonowałoby de facto stan realny, a także pozwalało na uniknięcie często jałowej debaty na temat jego miejsca w porządku prawnym Rzeczpospolitej. W efekcie stabilizowałoby to i poprawiało współpracę Kościoła i państwa w aspekcie wewnętrznym, ale również i zewnętrznym, szczególnie na Wschodzie. Podsumowując, prawnoustrojowe odwołanie się do triady chrześcijaństwo – republikanizm – narodowość stanowiłoby symboliczny akt pojednania tradycji myśli Józefa Piłsudskiego oraz Romana Dmowskiego w aspekcie wewnętrznym i byłoby swego rodzaju połączeniem przednarodowej tradycji I RP z nowożytną tradycją narodową II RP. Pozwalałoby ono bowiem na jednoczesne dokonanie konsolidacji narodowej przy zachowaniu otwartości i prawnie gwarantowanej tolerancji wobec innych narodowości, a także na zachowanie świeckości państwa i jego rozdziału od Kościoła z ewentualnym nadaniem Kościołowi katolickiemu specjalnego statusu . Takie pogodzenie spuścizn ideologicznych obu bohaterów polskiego międzywojnia w wymiarze wewnętrznym, stwarzałoby również podstawy do analogicznych działań w aspekcie zewnętrznym.

Płuco wschodnie i zachodnie chrześcijaństwa
Ustrojowa realizacja triady chrześcijaństwo – republikanizm – narodowość mogłaby mieć również swoje konsekwencje geopolityczne. Pozostając w aspekcie politycznym dokładnym przeciwieństwem triady "prawosławie - samodzierżawie - ludowość (narodnost')" (православие, самодержавие, народность), obowiązującej w czasach carskiej Rosji, stwarzałaby konkurencyjny wobec Moskwy model ustrojowy w Europie Środkowo-Wschodniej, a szczególnie na obszarze byłego ZSRR. Stawiałoby to Rzeczpospolitą w pozycji alternatywnego ośrodka politycznego, który za pomocą tego modelu mógłby jak dawniej promieniować kulturowo.

Traktując narody (a nie państwa) regionu jako prawdziwych suwerenów, oferując tak tolerancyjny model ustrojowy, przy tak dużej opresyjności państwa rosyjskiego, a także przy podobieństwach językowych i kulturowych, Polsce łatwo byłoby skupiać wokół siebie państwa i/lub narody tego obszaru. Tyczyć miałoby się to również, a nawet przede wszystkim Rosji. W takiej sytuacji Warszawa stawiałaby się bowiem po stronie narodu rosyjskiego (na ten moment przynajmniej jego liberalnej części) – w opozycji do państwa, „oddolnie” podmywając fundamenty rosyjskiego autorytaryzmu i neoimperializmu. W przypadku ich obalenia, w długim okresie nowa demokratyzująca się Rosja mogłaby stać się dla Polski i całego regionu partnerem. Szerokie odwołanie się do chrześcijaństwa (a nie katolicyzmu) miałoby w tym aspekcie jeszcze inną zaletę.

Dla wyznających wartości chrześcijańskie większości mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej, stwarzałoby ono kolejną płaszczyznę identyfikacji z Rzeczpospolitą, bez ranienia uczuć wynikających z innego – głównie prawosławnego – wyznania. Pozwalałoby to jednocześnie, w przeciwieństwie do czasów unii brzeskiej, uniknąć oskarżeń Kremla i Cerkwi o prozelityzm, a także wytrącić z rąk Moskwy argument o materialistycznym i dekadenckim Zachodzie. Dodatkowym atutem są w tym kontekście również mające miejsce obecnie w świecie chrześcijańskim ruchy ekumeniczne, spowodowane chęcią przeciwstawienia się przybierającej na sile laicyzacji, islamizacji i popularyzacji dalekowschodnich prądów duchowych. Ich przykładami są chociażby zapoczątkowany już dialog polskiego Kościoła Katolickiego z Patriarchatem Moskiewskim, a także zwołany niedawno w Konstantynopolu na 2016 r. pierwszy od ponad tysiąca lat panprawosławny Sobór.

Nie bez znaczenia w tym kontekście pozostawać może również zwołany przez papieża Franciszka na październik 2014 r. nadzwyczajny synod biskupów. Takie duchowe zbliżenie „wschodniego płuca chrześcijaństwa” do Kościoła Katolickiego, w połączeniu z politycznym skupieniem wokół Polski krajów i/lub narodów Europy Środkowo-Wschodniej, stanowiłoby ostateczny akt pojednania koncepcji federacyjnej Piłsudskiego ze spuścizną idei Dmowskiego w wymiarze zewnętrznym. Po uprzednim dokonaniu tego na płaszczyźnie wewnętrznej i przy zachowaniu piłsudczykowskiego porozumienia z narodami i/lub państwami środkowo- i wschodnioeuropejskimi, pozwalałoby bowiem jednocześnie na umiarkowane realizowanie interesu narodowego oraz podjęcie próby budowy trwałego porozumienia z Rosją. To właśnie w tym punkcie wyrażać by się miała wspomniana we wstępie „endeckość” polskiej polityki wschodniej. W obecnych warunkach porozumienie takie nie musiałoby jednak odbywać się kosztem odgrodzenia od Niemiec czy Europy Zachodniej. Wręcz przeciwnie.

Polska oraz inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej – jako najlepiej rozumiejące politycznie, duchowo i kulturowo Wschód i Zachód jednocześnie – powinny dążyć do zbliżania obu, najlepiej poprzez integrację tego pierwszego ze strukturami instytucjonalnymi świata Zachodu. Pozwoliłoby to urzeczywistnić słowa Jana Pawła II o tym, że „chrześcijaństwo powinno oddychać dwoma płucami – zachodnim i wschodnim”. Instrumentem realizacji słów polskiego papieża powinna być właśnie triada chrześcijaństwo – republikanizm – narodowość. Tylko ona byłaby bowiem w stanie stworzyć wystarczająco szeroką płaszczyznę identyfikacji dla obu części Starego Kontynentu na kształt przedwestfalskiej rodziny narodów chrześcijańskich. Dzięki temu Europa mogłaby jak dawniej zająć miejsce centralnego ośrodka duchowego, politycznego i gospodarczego, a także skutecznie przeciwstawiać się konkurencji ze strony państw muzułmańskich czy azjatyckich. Taką płaszczyzną identyfikacji nie mogłaby być z pewnością próba budowy państwa czy narodu europejskiego, liberalno-lewicowy internacjonalizm czy jakakolwiek inna świecka ideologia. Te bowiem natrafiają na problemy nawet w znajdującej się w erze postnarodowej i wyznającej zasadę „państwowotwórczości” narodu – Europie Zachodniej. Jako świeckie i przeciwne zasadzie, że to narody tworzą państwa, nie mogłyby one rzecz jasna znaleźć zastosowania również i na Wschodzie Europy. Jak więc wspominano, Polska wraz z innymi państwami i/lub narodami europejskimi powinna dążyć do scalenia „obu płuc chrześcijaństwa” w jeden ośrodek duchowy, polityczny i gospodarczy według zasad triady chrześcijaństwo – republikanizm – narodowość.

W razie jednak gdyby okazało się to niemożliwe, a obecne tendencje do powstawania „Europy kilku prędkości”, zatrzymania rozszerzenia, ograniczania roli państw narodowych, eksperymenty w sferze obyczajowej oraz tendencje etatystyczne i biurokratyczne w gospodarce utrzymywały się, należałoby renegocjować warunki członkostwa Polski w UE. Takie „nowe członkostwo” polegać by mogło na uczestnictwie w integracji europejskiej w zakresie zachowania czterech podstawowych swobód, bez uczestnictwa w unii monetarnej i fiskalnej. Wyrażać by się miało ono również w jednoczesnym wsparciu dla Transatlantyckiej Umowy o Wolnym Handlu (TTIP) i rozszerzenia jej na kraje Europy Wschodniej. Do takiej renegocjacji warto byłoby wówczas zachęcać inne kraje członkowskie UE, w szczególności zaś te z Europy Środkowo-Wschodniej. Kraje tego regionu podążały bowiem innym tokiem rozwoju historycznego i w efekcie nie ukończyły jeszcze często swego procesu narodowo- i/lub państwowotwórczego, o czym świadczy chociażby przyjęcie nowej konstytucji przez Węgry czy wydarzenia na Majdanie. Z tego powodu nie są one gotowe ani chętne do wejścia na wyższy poziom integracji, jak to się dzieje czasem w przypadku – znajdujących się już w erze postnarodowej – państw zachodnioeuropejskich. W przypadku Europy Środkowo-Wschodniej jest to o tyle bardziej uzasadnione, że centralistyczna kultura gospodarcza i prawna Zachodu jest jej obca i często tylko konserwuje patologie wynikające z rozbudowanego sektora publicznego i biurokracji. Poza tym kraje regionu w zdecydowanej większości wyznają wartości chrześcijańskie i różnią się od Europy Zachodniej szczególnie w kwestiach dotyczących ochrony życia ludzkiego, płciowości i seksualności. To właśnie na tych płaszczyznach kraje Europy Środkowo-Wschodniej byłyby być może w przyszłości, już po zakończeniu procesów narodowo – i państwowotwórczych, skłonne do wejścia na wyższy poziom wzajemnej integracji.

Bardziej „endecki” charakter
Ponad dwadzieścia lat dominacji liberalnej idei prometeizmu– będącej spadkobierczynią federacyjnej myśli Józefa Piłsudskiego – oraz jej częściowy sukces na odcinku ukraińskim stwarzają dobrą cezurę do dokonania rewizji polityki wschodniej III RP. Z uwagi na wypełnienie w pewnym stopniu jej celów, powinna ona przybrać nieco bardziej „endecki” charakter. Polegać by on miał na większej asertywności, silniejszym zaakcentowaniu interesu narodowego oraz próbie osiągnięcia porozumienia z Rosją, przy jednoczesnym zaangażowaniu we współpracę z państwami byłego bloku wschodniego. Stwarzałoby to warunki do symbolicznego pogodzenia spuścizn koncepcji Piłsudskiego i Dmowskiego w wymiarze zewnętrznym i pozwalałoby być może długofalowo na integrację tych ostatnich ze strukturami instytucjonalnymi świata Zachodu lub w ramach innego ośrodka politycznego. W odpowiednich warunkach stanowiłoby to również realizację słów Jana Pawła II o chrześcijaństwie, które powinno „oddychać wschodnim i zachodnim płucem”. Ażeby mogło się to jednak urzeczywistnić, konieczne byłoby uprzednie pojednanie Piłsudskiego z Dmowskim w wymiarze wewnętrznym, poprzez konsolidację narodową Polaków na gruncie prawnoustrojowej triady zasad chrześcijaństwo – republikanizm – narodowość. Stwarzałoby to bowiem swego rodzaju wzorzec ustrojowy, którym Rzeczpospolita mogłaby promieniować na świat chrześcijański, ale i poza nim.

Artykuł pierwotnie ukazał się w kwartalniku „Rzeczy Wspólne” nr 16 (2/2014).

Artykuł przedstawia prywatne opinie autora.

Autor: Marcin Kacperek

Komentarze

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Close