Daliśmy sobie wmówić. Czas na refleksję

Daliśmy sobie wmówić. Czas na refleksję

Biorąc przykład z dobrych amerykańskich wzorców demaskowania poliyczno-ekonomicznych frazesów, Bartosz Marczuk napisał książkę: Nie daj sobie wmówić. Rozprawia się w niej z takimi mitami, jak ten, że „Karta Nauczyciela dobrze służy szkole”, że „przywileje nic nie kosztują, a „ochrona przed zwolnieniem pomaga chronionym”.

d200f9b69c2607411172a160de0f713f

„Ta książka powstała z troski. Z troski o to, jak urządzone jest nasze krajowe podwórko. Ogromnie dużo tu bowiem absurdów i wykoślawień” - pisze autor we wstępie. „A przecież może być inaczej. Wystarczy mądry i oświecony rząd, by pchnąć nas na inne tory rozwoju’ - dodaje. Absurdów, które opisuje, jest więcej niż dwadzieścia. Dużo więcej. I choć sam nie wierzę, w żaden „oświecony rząd”, który poprawi to, co poprzednie rządy zepsuły, to generalnie się zgadzam.

Już Tocqueville przestrzegał, że „jak rząd zajął miejsce Opatrzności, każdy, kto znalazł się w potrzebie, wzywa jego pomocy”. Rząd lubi być wzywany na pomoc i ją obiecywać. Najczęściej obiecuje albo raczej wmawia nam to, na co wyczula nas Bartosz Marczuk. Powinniśmy zapamiętać, co mówił Ronald Reagan, że „rząd nie jest rozwiązaniem żadnego problemu - rząd sam jest problemem”. Na przykład rząd walczy o to, by nasze dzieci mogły chodzić do „darmowego” przedszkola. Ale dzieci nie głosują, a nauczyciele - owszem. Dlatego przedszkolanki objęte są Kartą Nauczyciela, bo w ten sposób Związek Nauczycielstwa Polskiego może docierać do większej liczby osób. W efekcie pracują 15 godzin tygodniowo! Dla dobra naszych dzieci oczywiście - bo każdy jakby pracował tyle samo, co ich rodzice w tym czasie, w którym posyłają do przedszkola, to mogłyby nienależycie wywiązywać się ze swoich obowiązków. Przecież praca z dziećmi jest stresująca - o czym wiedzą wszyscy rodzice.

A żeby rodzice nie czuli się zbyt pewnie, minister spraw wewnętrznych zapowiada walkę z sytuacją, w której „państwo polskie kończy się na progu prywatnego domu”. Oczywiście też dla dobra dzieci. No i ewentualnie ich mam. Przecież policjanci i urzędnicy wiedza lepiej, co to miłość i nie mogą dopuścić do sytuacji, żeby jakieś dziecko było za grube albo może za chude. To też mit. I z nim też rozprawia się Marczuk.

Przejmujące są zwłaszcza przykłady konkretnych osób i konkretnych zdarzeń, gdy dochodziło do zderzenia mitu z ponurą rzeczywistością. Bo o teorii najlepiej rozmawiać na konkretnych przykładach. Te, które opisuje Marczuk wywołują w człowieku czasem litość (dla ofiar działania państwa), czasem złość - na państwo oczywiście. Ale wyznawcy socjalizmu nie przejmują się przykładami. Ważna jest idea! Jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów. Pewnie dużo by dali, żeby te, które opisuje Marczuk, nigdy się nie zdarzyły. Bo na fakty mogą odpowiedzieć tylko jak w kultowym dowcipie… oj tam, oj tam.

W dwóch rzeczach się zasadniczo z Bartoszem nie zgadzamy. Uparcie broni on OFE przed, jak pisze, „nacjonalizacją”. I narzeka na KRUS. Nie wierzcie mu. W OFE też nie było żadnych pieniędzy. Wszystko, co płacimy, jest wydawane na dziś wypłacane emerytury, tylko część za pośrednictwem OFE. A jakbyście mogli sami wybierać, czy być w ZUS i płacić 1 tys. zł albo 45 proc. swojego wynagrodzenia miesięcznie albo w KRUS i płacić 125 zł miesięcznie? Tak zwana „reforma” KRUS to … mit. Bartosz o nim nie napisał, więc ja napiszę. De facto chodzi o podwyższenie składki na KRUS. Tylko i wyłącznie. Jak pytamy ubezpieczonych w ZUS, czy są za reformą KRUS, odpowiadają, że są - wiadomo, „reforma” dobra rzecz. Jak się ich pytamy, czy woleliby płacić niższe składki emerytalne - takie jak rolnicy, czy żeby rolnicy płacili wyższe - odpowiadają, że woleliby niższe, jak rolnicy. Czym się różni ZUS od KRUS, mówiąc obrazowo? Na KRUS jest niska składa i niskie świadczenie. Na ZUS składka jest wysoka, za to świadczenie będzie… niskie.

Ale spór o emerytury, zwłaszcza o OFE, sprawił, że niektórzy ich zwolennicy, którzy do dziś nimi pozostali i ci, którzy dziś stali się ich przeciwnikami, przestali się do siebie odzywać. Ja byłem zawsze przeciwnikiem obowiązku przynależenia do OFE. więc mogę z pewną pobłażliwością obserwować żarliwą wiarę Bartosza, że w OFE były „jego” pieniądze. I nadal ze sobą rozmawiamy, dlatego poprosił mnie o recenzję jego książki. I właśnie ją napisałem - do bólu obiektywnie. Z rekomendacją: warto przeczytać.

autor: Robert Gwiazdowski

Komentarze

Zespół "Rzeczy Wspólnych"

Close